Prawo własności od stuleci stanowi jeden z fundamentów państwa prawa. To ono chroni obywatela przed arbitralnością władzy. Gdy państwo zaczyna uzależniać możliwość nabycia nieruchomości od oceny działalności lub poglądów politycznych, przekracza granicę, za którą znajduje się mniej lub bardziej czerwony terror. Niestety, tak właśnie dzieje się u naszego zachodniego sąsiada.
Niemcy znalazły kolejny sposób na uderzenie w prawicową stronę sceny politycznej. Tamtejszy lewicowo-liberalny rząd przedstawił projekt nowelizacji prawa budowlanego i planistycznego. Szczególne kontrowersje budzi przepis, który umożliwia gminom skorzystanie z prawa pierwokupu nieruchomości, jeżeli istnieją podstawy do uznania, że nabywca zamierza wykorzystywać ją do działalności skierowanej przeciwko „wolnemu demokratycznemu porządkowi podstawowemu” (freiheitliche demokratische Grundordnung). Co to oznacza?
Proponowane przepisy oficjalnie nie wprowadzają powszechnego „testu poglądów politycznych” dla osób kupujących domy lub mieszkania. Nie przewidują również automatycznego zakazu nabywania nieruchomości przez członków konkretnej partii. Projekt rozszerza natomiast istniejące już w niemieckim prawie prawo pierwokupu gmin o istotny szczegół.
Oto w określonych przypadkach samorząd mógłby zastąpić kupującego i nabyć nieruchomość na tych samych warunkach, jeżeli uzna, że planowany zakup „służyłby działalności wymierzonej przeciwko porządkowi konstytucyjnemu”. Przy podejmowaniu takiej decyzji gmina ma zwracać się o informacje do Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) oraz innych właściwych organów. Jeśli te mają w swojej bazie danych danego polityka i podejrzewają go o nieporawne politycznie działania, zakup może zostać anulowany.
Oznacza to, że ocena działalności konkretnego nabywcy może mieć wpływ na to, czy ostatecznie stanie się on właścicielem nieruchomości. W projekcie nie pada nazwa AfD, jednak równie trudno znaleźć w Niemczech poważnego komentatora, który miałby wątpliwości, że to właśnie ta partia i jej członkowie stanowią główny polityczny kontekst nowych przepisów.
Od lat część struktur AfD znajduje się pod obserwacją służb odpowiedzialnych za ochronę konstytucji. Przedstawiciele partii rządzących wielokrotnie zapowiadali konieczność ograniczania wpływów tej formacji. Trudno więc uznać za przypadek, że właśnie teraz pojawia się projekt pozwalający uwzględniać informacje służb przy ocenie transakcji dotyczących nieruchomości.
Można oczywiście twierdzić, że przepisy mają służyć wyłącznie ochronie jedynie słusznej demokracji. Nie zmienia to faktu, że ich oczywistym adresatem są właśnie politycy i działacze AfD. Niepokój nie wynika wyłącznie z tego, kogo przepisy mogą dotknąć dzisiaj. Znacznie ważniejsze jest pytanie, jakie narzędzie państwo tworzy na przyszłość.
Historia pokazuje, że ograniczenia wprowadzane wobec jednej, niepopularnej grupy bardzo często z czasem rozszerzają swój zakres. Zmieniają się rządy, zmieniają się większości parlamentarne, zmieniają się definicje tego, kto jest uznawany za zagrożenie dla państwa. Jeżeli dziś administracja uzyskuje możliwość ingerowania w obrót nieruchomościami na podstawie oceny działalności politycznej określonych osób, jutro podobny mechanizm może zostać wykorzystany wobec innych środowisk. Państwo nie powinno otrzymywać instrumentów, które stwarzają taką możliwość.
Oczywiście państwo ma obowiązek ścigać przestępstwa, zwalczać terroryzm czy działalność zagrażającą bezpieczeństwu publicznemu. Jeżeli ktoś popełnia przestępstwo, powinien odpowiadać przed niezależnym sądem. Czym innym jest jednak odpowiedzialność za konkretne czyny, a czym innym tworzenie mechanizmu, w którym decyzja administracyjna dotycząca prawa własności może być poprzedzona oceną działalności politycznej potencjalnego nabywcy. To właśnie ten element budzi największe kontrowersje.
Paradoks polega na tym, że państwo deklarujące obronę demokracji może jednocześnie osłabiać jedną z jej podstawowych gwarancji – ochronę prawa własności przed arbitralną ingerencją władzy. Można uważać AfD za partię szkodliwą, krytykować jej program i działania, jednak prawa obywatelskie nie są tworzone po to, by chroniły wyłącznie tych, z którymi się zgadzamy. Ich prawdziwa wartość ujawnia się wtedy, gdy chronią również osoby niepopularne i kontrowersyjne.
Dlatego największym problemem tego projektu nie jest to, że może uderzyć w AfD. Największym problemem jest stworzenie precedensu, zgodnie z którym państwo otrzymuje kolejne narzędzie pozwalające ingerować w wykonywanie prawa własności z wykorzystaniem kryteriów związanych z działalnością polityczną obywatela.
Jeżeli państwo niemieckie zaczyna uzależniać możliwość nabycia nieruchomości od tego, jak organy władzy oceniają działalność konkretnej osoby, należy postawić pytanie nie tylko o granice walki z ekstremizmem, lecz także o granice samej władzy. Historia wielokrotnie pokazała, że prawa ograniczane wobec jednych mogą w przyszłości zostać ograniczone wobec wszystkich. Tak rodzi się prawdziwy faszyzm, nie ten z absurdalnej lewicowej propagandy, w której główną cechą ustrojową faszyzmu są tzw. „homofobia” i tzw. „antysemityzm”.
Główną cechą faszyzmu była wszechstronna ingerencja państwa w życie człowieka i społeczeństwa na zasadzie „wszystko w państwie, nic poza państwem, nic przeciwko państwu”.
Polecamy również: Czesi chcą odebrać Zełenskiemu odznaczenie
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





