Jeszcze niedawno wydawało się, że zachodni i polskojęzyczni politycy są gotowi przymykać oczy na każdą kontrowersję związaną z ukraińskim kultem nazistowskich zbrodniarzy. Wojna z Rosją przez cztery lata skutecznie spychała na dalszy plan pytania o honorowanie postaci związanych z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armią. Dziś pojawiają się sygnały, że ten okres bezwarunkowej taryfy ulgowej dobiega końca.
Czesi z partii SPD chcą, aby prezydent Petr Pavel odebrał Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Białego Lwa. Powodem mają być decyzje i działania władz Ukrainy dotyczące polityki historycznej, w tym nagminne, systemowe upamiętnienia hitlerowskich kolaborantów z UPA, batalionów Roland i Nachtigall oraz SS Galizien. Sprawa wpisuje się w szerszy kontekst napięć wokół decyzji o nadawaniu nazw odwołujących się do „Bohaterów UPA” jednostkom wojskowym oraz narastającego sporu historycznego z Polską.
– Nie możemy milczeć, gdy nasz najwyższy order państwowy posiada osoba, która nazywa jednostki wojskowe imionami nazistowskich potworów – powiedział poseł SPD i dodał, że UPA miała na sumieniu dziesiątki tysięcy Polaków, Żydów i Węgrów, ale także Czechów.
Znacznie istotniejszy od odebrania orderu może okazać się sygnał polityczny. Przez wiele lat zachodni partnerzy Ukrainy unikali publicznego krytykowania jej polityki historycznej, uznając ten temat za niewygodny i drugorzędny wobec bezpieczeństwa. Jeżeli jednak kolejne państwa zaczną uznawać gloryfikację postaci odpowiedzialnych za współpracę z III Rzeszą lub zbrodnie na ludności cywilnej za problem również w relacjach dyplomatycznych, może rozpocząć się proces, którego skutków dziś trudno jeszcze oszacować.
Może to być dopiero początek lawiny. Lawiny niewymierzonej przeciwko samej Ukrainie jako państwu, lecz przeciwko systemowej polityce historycznej, która od lat buduje tożsamość narodową nad Dnieprem w oparciu o kult zbrodniczych ukronazistów, sojuszników Hitlera. W wielu ukraińskich miastach funkcjonują pomniki Stepana Bandery i Romana Szuchewycza, ich nazwiska noszą ulice i place, organizowane są państwowe lub samorządowe uroczystości rocznicowe, a część formacji nacjonalistycznych przedstawiana jest jako jednoznaczni bohaterowie walki o niepodległość.
Postacie te pozostają symbolem kolaboracji z III Rzeszą oraz odpowiedzialności za zbrodnie na ludności cywilnej, w tym Polakach i Żydach podczas rzezi wołyńskiej. To właśnie ta sprzeczność może coraz częściej prowadzić do dyplomatycznych konfliktów. Państwa zachodnie przez długi czas uznawały, że nie jest to moment na publiczne spory o historię i że czas na to przyjdzie po wojnie. Co więcej, osoby, które słusznie wskazywały na rosnący na Ukrainie kult nazizmu, były nazywane „ruskimi onucami”, a ich wpisy komentowano jako wpisujące się w politykę Kremla.
A jednak, im bardziej oddala się perspektywa szybkiego zakończenia wojny, tym większą rolę ponownie zaczynają odgrywać kwestie wartości, pamięci historycznej oraz standardów obowiązujących państwa aspirujące do pełnej integracji z europejskimi strukturami. Potencjalna decyzja Czech odebraniu orderu Zełęnskiemu to ważny krok na drodze do ogólnego sprzeciwu wobec kultu zbrodniarzy.
Niestety, bez wątpienia wiele rządów europejskich nadal będzie przedkładało względy geopolityczne nad historyczne. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, w którym kolejne parlamenty, organizacje kombatanckie czy środowiska opiniotwórcze zaczną domagać się rewizji wcześniej przyznanych wyróżnień lub głośniej krytykować ukraiński nazizm.
Dla Kijowa już dziś jest to poważny problem wizerunkowy. Ukraina buduje bowiem swoją pozycję jako państwo walczące o wolność i europejskie wartości. Jednoczesne podtrzymywanie kultu środowisk szowinistycznych odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne tworzy coraz większy dysonans, który staje się bowiem zauważalny również poza Polską.
NASZ KOMENTARZ: Jeżeli rzeczywiście kolejne państwa zaczną podejmować decyzje podobne do tej Karola Nawrockiego, może się okazać, że wieloletnia strategia unikania dyskusji o ukraińskiej polityce historycznej właśnie dobiega końca. Wtedy presja na zmianę podejścia do dziedzictwa OUN i UPA może przestać być wyłącznie polskim postulatem i stać się szerszym europejskim problemem politycznym. To naprawdę dobra wiadomość – Zełenski może sobie nadal mówić „pier…lić Polskę i Polaków” ale pod naciskiem ogółu państw Zachodu, będzie musiał się ugiąć, gdyż inaczej nie dostanie nawet złamanego szekla.
Polecamy również: Anglikanie zaczęli błogosławić eutanazję
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




