Jak informowaliśmy wczoraj rano w naszym artykule, działania szefa grupy Wagnera mogły być operacją specjalną, klasyczną moskiewską maskirowką. Teraz mamy na to dowody.
Prigożyn wygrał potyczkę z kierownictwem Ministerstwa Obrony Narodowej. Najpierw otoczył siedzibę Południowego Okręgu Wojskowego w Rostowie nad Donem, gdzie rozpoczął rozmowy z przedstawicielami MON. Jednocześnie podległe mu jednostki ruszyły w trasę w kierunku Moskwy, obsadzajac kilka miast i kluczowych węzłów komunikacyjnych w zachodniej Rosji. Po drodze doszlo do strącenia trzech rosyjskich helikopteró i jednego samolotu. Widzieliśmy też nagranie z wybuchu jednej z ciężarówek należących do Wagnerowców, choć wygladało to na samozapłon, lub wybuch przewożonej amunicji, niż na atak z zewnątrz.
Jak się później dowiedzieliśmy, z Prigożynem negocjować miał w imieniu Putina dyktator Białorusi, Aleksandr Łukaszenka. To miało przeważyć szalę i doprowadzić do zakończenia konfliktu. Wagnerowcy zatrzymali się ok. 200 km przed Moskwą. Podpisano umowę, na podstawie której wagnerowcy nie będą ścigani za udział w puczu. Ma też dojść do zmian w kierownictwie MON i stylu prowadzenia „operacji specjalnej” na Ukrainie.
Maskirowka
Konflikt na linii Prigożyn-Szojgu + Gierasimow trwał od dawna. Raz nasilał się, raz osłabiał, przy czym widać było, że nie chodziło wyłącznie o kwestie wojskowe, lecz też polityczne. Prigożyn krytykował dowództwo wojskowe z pozycji jastrzębia. Nie chciał zakończenia wojny, lecz jej eskalacji. Domagał się zwiększenia produkcji i dostaw broni, choćby kosztem jeszcze wiekszoych wyrzeczeń ze strony społeczeństwa. Chciał też usunięcia nieudolnych dowódców oraz prowadzenia skutecznych działań ofensywnych. Swoimi wypowiedziami człowiek ten podgrzewał dysputę w rosyjskich mediach i kierował ją w stronę prowojenną, na czym bardzo zależało Moskwie. Dzięki niemu Kreml podtrzymał w społeczeństwie wysokie poparcie dla wojny, skutecznie marginalizował głosy propokojowe oraz kumulował niezadowolenie za kiepskie rezultaty wojskowe na nazwiskach Szojgu i Gierasimowa. Prigożyn odgrywający rolę skutecznego żołnierza i dowódcy, któremu MON rzekomo pęta nogi, sprawdzał się w tym dziele doskonale.
Spektakl nie mógł jednak trwać wiecznie. Należało w pewnym momencie przeciąć nabrzmiałego guza i stąd „pucz”. Inscenizacja została odegrana po mistrzowsku i wyciągnięto z niej szereg korzyści. Przede wszystkim, pomimo pewnej wiedzy na temat planowanych działań, Zachód i Ukraina zostały całkowicie zaskoczone wydarzeniem. Zachodnie media zacierały ręce i grzmiały o wybuchu rosyjskiej wojny domowej, rychłym upadku Putina i końcu wojny. Ośmieszyły się tym do cna. Niezrozumienie sytuacji wciąż jest ogromne, stąd poszczególni dziennikarze np. Onetu i Interii, kompromitują się w tej chwili artykułami o porażce Prigożyna, Rosji jako państwie bananowym, czy rychłej likwidacji szefa grupy Wagnera. „Marsz na Moskwę” odbył się też idealnie w momencie ukraińskiej pauzy operacyjnej, uzupełniania strat i dyslokacji oddziałów. Zaskoczenie było tak wielkie, że dowództwo ukraińskie w żaden sposób nie wykorzystało okazji do zmasowanego ataku, który miał szanse powodzenia w obliczu zachwiania się rosyjskiego przywództwa.
W autentyczność „puczu” uwierzyli też białoruscy dysydenci. Przedstawiciele Pułku Kailnowskiego nagrali materiał, w którym triumfalnie wezwali ludność białoruską do gotowości, gdyż lada chwila wojna domowa rozpocznie się także na terytorium Białorusi, a Łukaszenka zostanie obalony. To oczywiste, żę tego typu deklaracje są koordynowane z Ukrainą i wywiadami zachodnimi. Do żadnego puczu nie dojdzie. Doszło natomiast do zdemaskowania i ośmieszenia planów Zachodu co do Białorusi.
Prawdziwy cel
Warto zauważyć, że Prigożyn w ani jednym zdaniu nie zaatakował prezydenta Putina. Sugerowało to, że panowie współpracują, zgodnie ze starą rosyjską zasadą „car dobry, źli bojarzy”. Prawdziwym celem operacji puczystowskiej, wydaje się zatem dokonanie zmian w rosyjskim dowództwie; pozbycie się z kierownictwa wojskowego frakcji gołębi z Szojgu i Gierasimowem na czele. Ci dwaj, w kwestii wojny na Ukrainie działali zachowawczo, co mogło z zewnątrz wyglądać na zwykłą nieudolność. W rzeczywistości autentycznie stali na pozycjach ugodowych względem Zachodu. Zachowywali się jak dowódcy polskiego Powstania Listopadowego. Niby walczyli za interes kraju, ale bez energii, unikając ryzyka i eskalacji. Teraz, na podstawie ugody między Prigożynem i Moskwą, najprawdopodobniej zostaną usunięci. Kreml w sposób całkowity opanuje frakcja jastrzębi.
Co dalej?
Wszystko wskazuje na to, że w rosyjskim MON lada chwila dojdzie do poważnych zmian i zlikwidowania frakcji ugodowej. Funkcje Szojgu i Gierasimowa przejmą ludzie bardziej zdecydowani prowadzić wojnę aż do zwycięstwa, zaprzyjaźnieni zarówno z Prigożynem, jak i Putinem. Prawdopodobnie ważną funkcję otrzyma generał Surowikin, który jak pamiętamy, był zwalczany przez Gierasimowa. Tenże, po skutecznym wycofaniu się z przyczółka chersońskiego, odebrał Surowikinowi funkcję dowódcy „operacji spoecjalnej” i uczynił go zaledwie swoim zastępcą. W konsekwecji „puczu”, a faktycznej maskirowki w celu wzmocnienia się, Moskwa dokonała zatem konsolidacji sił. Co więcej, w obwodzie biełgorodzkim już teraz stacjonuje ponad 100 tys. żołnierzy. Lada chwila wzmocnią ich wagnerowcy wracający spod Moskwy. Możliwe, że siły te zostaną użyte do nowej, masowej ofensywy na kierunku charkowskim.





