Stanisław Michalkiewicz: Przebierańcy pokazują pazury
“Dziś moja moc się przesili. Dziś poznam, czym najwyższy, czylim tylko dumny” – powiada Konrad w III części “Dziadów” Adama Mickiewicza. Właśnie nadszedł taki moment dla naszego nieszczęśliwego kraju. Poznamy, czy jest on suwerenny, czy też jest popychadłem grona przebierańców ze Strasburga, które przybrało pretensjonalną nazwę “Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”.
Chodzi oczywiście o wyrok tego Trybunału, nakazujący wszystkim polskim władzom, by nie utrudniały obywatelom, których Sejm mianował kandydatami na sędziów Trybunału Konstytucyjnego, dostępu do “orzekania”, a także – o czym wyrok taktownie już nie wspomina – do wynagrodzeń, których w przeciwnym razie by ci obywatele nie otrzymali. Dlaczego Sejm wybrał akurat tych obywateli, a nie innych – tajemnica to wielka.
Można oczywiście dowodzić, że wybrał ich dlatego, że sobie w nich szczególnie upodobał – ale takie wyjaśnienie niewiele wyjaśnia, prowokując do postawienia kolejnego pytania, dlaczego właściwie Sejm, a konkretnie – Wielce Czcigodni posłowie należący do koalicji 13 grudnia – upodobali sobie akurat w tych obywatelach, a nie w jakichś innych, których kandydatury też były zgłaszane. Ja oczywiście tych przyczyn nie znam, bo jak wspomniałem – tajemnica to wielka, a podejrzewam – że nie tylko wielka, ale i państwowa.
Do takich podejrzeń skłoniła mnie reakcja nie tylko pana generała Marka Dukaczewskiego, ale i pana marszałka Czarzastego, a nawet – Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego na pomysł pana prezydenta Karola Nawrockiego, by opublikować “Aneks” do “Raportu o rozwiązaniu Wojskowych Służb Informacyjnych”.
Pan generał Dukaczewski uznał pomysł pana prezydenta za “antypaństwowy”, pan marszałek Czarzasty wyraził przypuszczenie, że pomysł ujawnienia treści “Aneksu” musiał panu prezydentowi przyjść do głowy podczas kąpieli, a Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński dał do zrozumienia, że w tym całym “Aneksie” jest tylko jakaś “publicystyka”, a żadnych godnych uwagi rewelacji nie ma. Okazuje się, że wbrew pozorom istnieją u nas obszary, w których panuje całkowita jedność poglądów ponad podziałami i że jednym z tych obszarów jest zakres władztwa starych kiejkutów.
Stare kiejkuty, czyli wywiad wojskowy, był najtwardszym jądrem systemu komunistycznego, a wiele wskazuje na to, iż pozostał tym najtwardszym jądrem systemu również za drugiej komuny. Stare kiejkuty nie tylko przeszły transformację ustrojową w szyku zwartym, ale jako WSI, kontrolowały prawidłowy jej przebieg, rozwiązując sobie przy okazji problemy socjalne poprzez rozkradanie majątku państwowego w ramach uwłaszczenia nomenklatury i odstępowaniu go po zaniżonej cenie przedstawicielom Naszych Nowych Sojuszników.
Co więcej, w celu zabezpieczenia całego procederu i zachowania wpływu na funkcjonowanie państwa – werbowały agenturę, między innymi wśród niezawisłych sędziów. Na przykład kiedy tylko w 1990 roku rozwiązana została PZPR, będąca transmisją bezpieki do niezawisłych sędziów, ci natychmiast utworzyli Stowarzyszenie Sędziów Polskich “Iustitia”, które funkcjonuje do dziś i wysuwa kandydatury niezawisłych sędziów nie tylko do Krajowej Rady Sądownictwa, ale i do Trybunału Konstytucyjnego.
Innym takim stowarzyszeniem sędziowskim jest “Themis”, które nawet w nazwie nawiązuje do operacji “Temida”, jaką prowadziła Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a której celem był werbunek agentury w środowisku niezawisłych sędziów. Sprawa ta – jak wielokrotnie wspominałem – wyszła przypadkowo na jaw podczas procesu sędziego Andrzeja Hurasa przez Sądem Okręgowym w Warszawie. Prowadzący tę sprawę pan sędzia Lipiński zażądał od ABW wyjaśnień – ale oczywiście głuche milczenie było mu odpowiedzią, bo ABW schroniła się za murami “tajności”.
Rzuca to pewne światło na tajemnicę, dlaczego koalicja 13 grudnia upodobała sobie akurat w tych kandydatach, a nie w innych, podobnie jak w ogóle – na funkcjonowanie naszego państwa, a nawet – życia publicznego, podszytego niewidzialnymi nićmi agentury.
Dzięki temu lepiej rozumiemy zaangażowanie, jakie w tej sprawie wykazał vaginet obywatela Tuska Donalda, wzorem Archimedesa, który gotów były nawet podnieść Ziemię, byleby wcześniej znalazł punkt oparcia dla swojej dźwigni, znajdując punkt oparcia właśnie w Europejskim Trybunale Praw Człowieka, do którego się zwrócił w ramach “Planu B”, obywatela Żurka Waldemara.
Toteż nic dziwnego, że obywatel Tusk Donald, którego Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje przysłała do naszego nieszczęśliwego kraju, by przepoczwarzył go w Generalną Gubernię w ramach IV Rzeszy, nie krył satysfakcji ze wspomnianego wyroku, retorycznie pytając zarówno pana prezydenta Karola Nawrockiego, który nie zaprosił czterech wybranych przez Sejm kandydatów do TK gwoli odebrania od nich ślubowania, jak i pana prezesa TK Bogdana Święczkowskiego, który nie przydzielił tej czwórce obywateli gabinetów i spraw do “orzekania”, oraz pensji – czy “dotarło”?
Ciekawe, co w tej sytuacji uczyni pan prezydent Karol Nawrocki? Czy z podkulonym ogonem wyśle panu prezesowi TK iskrówkę (wiecie, rozumiecie, prezesie; przydzielcie im te cholerne gabinety i sprawy oraz wypłaćcie forsę, bo inaczej i z wami i ze mną będzie brzydka sprawa), czy też – stojąc na nieubłaganym gruncie suwerenności politycznej naszego bantustanu, oleje wspomniany wyrok, jak i strasburskich przebierańców ciepłym moczem?
Pamiętamy wszak, jak to Trybunał Konstytucyjny kilkakrotnie buńczucznie stwierdzał, że w dziedzinie praworządności nasz bantustan zachowuje całkowitą suwerenność i ani unijnym, ani europejskim przebierańcom żadne kompetencje stanowiące w tej dziedzinie nie przysługują. Z drugiej jednak strony tamtejsi przebierańcy też muszą się pilnować, by nie stracić prestiżu, więc pewnie obmyślają, albo nawet zawczasu obmyślili jakieś formy nacisku na władze naszego bantustanu, by akomodowały się do ich woli.
Akurat obywatel Tusk Donald zamierza podpisać pożyczkę SAFE, która obarczona jest mechanizmem warunkującym, więc Reichsfuhrerin Urszula Wodęleje miałaby okazję do wstrzymania przekazywania Polsce kolejnych transz pożyczki, która naturalnie trzeby by oddać, nawet gdyby pod pretekstem łamania przez nasz bantustan ludowej praworządności nie dostalibyśmy ani centa.
Okazuje się, że ułożywszy odpowiednio traktaty, które – nawiasem mówiąc – obywatelu Tusku Donaldu i Księciu-Małżonku 13 grudnia 2007 roku pozwolono, (albo i nakazano?) w Lizbonie podpisać bez czytania, można praktycznie pozbawić “małe państwa” w Europie wszelkiego znaczenia, żeby nikt nie podskakiwał Niemcom, które jako jedyne potrafią prawidłowo zorganizować Europę – i to nawet bez Auszwicu, bez którego jeszcze nie mógł się obejść wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler.
Polecamy również: Eurokomuniści zaczęli wojnę z drewnem opałowym
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




