Wraz ze zbliżającym się terminem pełnego wdrożenia unijnego rozporządzenia EUDR, co nastąpi 30 czerwca 2027 roku, coraz częściej pojawiają się pytania o jego realny wpływ na codzienne życie mieszkańców obszarów wiejskich oraz drobnych użytkowników drewna. Choć regulacja została zaprojektowana jako narzędzie walki z globalnym wylesianiem, jej skutki mogą sięgać znacznie dalej – także do przydomowych kotłowni.
Eurokomuniści zaczęli wojnę z drewnem opałowym. Jeszcze do niedawna obrazek był prosty: ktoś miał kawałek lasu albo kilka drzew na działce, ciął drewno i palił nim w piecu. Ewentualnie kupował od sąsiada lub ze składu drewna. Transakcja szybka, papierologia znikoma. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że po pełnym wejściu w życie rozporządzenia EUDR ten sielski scenariusz może przejść do historii, ustępując miejsca typowym biurokratycznym formularzom, kodom i analizom ryzyka. Wszystko, by żyło się nam „lepiej”.
Największe zdziwienie budzi interpretacja pojęcia „wprowadzenia do obrotu”. W potocznym rozumieniu chodzi o sprzedaż. W rozporządzeniu – również o użycie na własne potrzeby. Innymi słowy, jeśli ktoś zetnie drzewo na własnej działce i spali je w swoim piecu, to w świetle prawa dokonuje czynności, która wymaga spełnienia określonych obowiązków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że oto właściciel drewna staje się jednocześnie jego dostawcą, odbiorcą i – przy okazji – podmiotem zobowiązanym do raportowania samego przed sobą.
Zanim więc pierwsza siekiera pójdzie w ruch, należałoby wypełnić stosowny formularz. Pojawiają się tam takie elementy jak kod systemu zharmonizowanego, opis produktu, nazwa handlowa czy szacowana roczna ilość drewna, wyrażona w masie netto albo objętości, najlepiej z uwzględnieniem możliwego odchylenia. Innymi słowy, zanim drewno trafi do pieca, musi najpierw trafić do rubryk.
Jeszcze ciekawiej robi się w sytuacji, gdy drewno nie pochodzi z własnej działki. Zakup „od chłopa”, jak to się mówiło, przestaje być sprawą prostą i zaczyna przypominać miniaturowy audyt środowiskowy. Trzeba ustalić nie tylko, co się kupuje, ale również skąd dokładnie to pochodzi – z geolokalizacją działek włącznie. Do tego dochodzi identyfikacja gatunków drzew, ocena ryzyka wylesienia oraz ewentualne działania ograniczające to ryzyko. W praktyce oznacza to, że zakup kilku metrów sześciennych opału może wymagać więcej analizy niż wybór kredytu hipotecznego.
Zwolennicy regulacji podkreślają, że jej celem jest walka z globalnym wylesianiem i eliminacja z rynku produktów powiązanych z niszczeniem lasów. Trudno się z tym celem spierać. Problem pojawia się wtedy, gdy narzędzia zaprojektowane do kontroli międzynarodowych łańcuchów dostaw zaczynają być stosowane wobec drobnych użytkowników, którzy chcą po prostu ogrzać dom.
Warto przy tym pamiętać, że zakres EUDR nie kończy się na drewnie opałowym. Obejmuje także szereg produktów pochodnych oraz inne sektory, od kakao i kawy po bydło i soję. W efekcie regulacja, która miała uderzyć w wielkoskalowe procesy wylesiania, zaczyna rozlewać się na codzienność zwykłych ludzi i małych przedsiębiorstw.
NASZ KOMENTARZ: Rodzi się pytanie, czy w tej „nowej normalności” bardziej opłacalne okaże się palenie drewnem, czy może jednak studiowanie instrukcji jego legalnego użycia. W każdym razie, jeśli ktoś liczył, że w przyszłości będzie mniej papierów do wypełnienia, bo „ekologia”, to EUDR błyskawicznie otrzeźwi go ze złudzeń. W Eurokołchozie papier musi być na wszystko. Czyżby to kolejny krok milowy by osłabić rodzimy przemysł drzewny (w tym meblarski) z którego słyniemy na świecie? Bez wątpienia tak.
Polecamy również: Kosiniak-Kamysz chce wpisania członkostwa w Eurokołchozie do Konstytucji
Wspieraj Fundację Magna Polonia! 🇵🇱
Dziękujemy za pomoc prawną Kancelarii Prawnej Litwin: https://kancelaria-litwin.pl
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




