Przez lata polskim przedsiębiorcom i opinii publicznej powtarzano, że ogromne zaangażowanie Polski w pomoc Ukrainie przełoży się w przyszłości na znaczący udział naszego biznesu w procesie odbudowy kraju zniszczonego wojną. Tymczasem rzeczywistość po raz kolejny okazuje się znacznie mniej optymistyczna. Przestrzegaliśmy przed tym już od 2022 roku, gdy zaczęto łudzić Polaków w tym zakresie, uzasadniając wielomiliardowe straty w związku ze wsparciem dla banderowskiego reżimu.
Gdańsk podjął się organizacji konferencji poświęconej odbudowie Ukrainy. W jej trakcie przedstawiciele władz Lwowa ogłosili podpisanie sześciu nowych porozumień o wartości liczonych w milionach euro. Problem polega na tym, że wśród beneficjentów tych kontraktów zabrakło polskich firm. Jak poinformował mer Lwowa Andrij Sadowy, nowe umowy zawarto z podmiotami z Litwy, Niemiec, Czech, Szwecji i Francji. Polski biznes ponownie został pominięty, co w przypadku konferencji odbywającej się w Polsce, zakrawa o kpinę wyższego rzędu.
W ten sposób rodzi się zasadnicze pytanie: jaki konkretny efekt gospodarczy dla Polski przyniosła organizacja tego wydarzenia? Jeśli mierzyć ją liczbą kontraktów trafiających do polskich przedsiębiorstw, odpowiedź jest rozczarowująca. Po stronie Polski pozostają koszty organizacyjne, logistyczne i polityczne związane z goszczeniem międzynarodowej konferencji. Po stronie zagranicznych firm pozostają natomiast wielomilionowe kontrakty.
Sytuacja jest tym bardziej wymowna, że mówimy o mieście, które pozostaje w ostrym sporze z polskim przedsiębiorstwem Control Process. Krakowska spółka realizowała we Lwowie strategiczną inwestycję związaną z budową kompleksu przetwarzania odpadów.
Według informacji podawanych przez media, firma wygrała szereg postępowań arbitrażowych prowadzonych zgodnie z międzynarodowymi procedurami FIDIC, a arbitrzy mieli uznać, że to strona lwowska naruszała warunki kontraktu. Mimo to spółka do dziś nie odzyskała należnych środków. Według przedstawicieli firmy Lwów zalega z wypłatą około 10 mln euro wynagrodzenia za wykonane prace.
Sprawa budzi szczególne kontrowersje dlatego, że Control Process miała zrealizować znaczną część inwestycji jeszcze pomimo trwającej wojny, a następnie została usunięta z projektu. W kolejnych publikacjach wskazywano, że polska firma wygrała wszystkie dotychczasowe postępowania arbitrażowe dotyczące sporu, jednak władze Lwowa nadal kwestionują te rozstrzygnięcia i nie regulują zobowiązań wynikających z wykonanych prac.
Trudno oczekiwać, aby polscy przedsiębiorcy z entuzjazmem angażowali się w kolejne projekty na Ukrainie, gdy jeden z najbardziej medialnych sporów inwestycyjnych kończy się wieloletnią walką o wypłatę należnych pieniędzy mimo korzystnych rozstrzygnięć arbitrażowych. Taka sytuacja stanowi poważny sygnał ostrzegawczy dla całego środowiska biznesowego.
Dlatego zamiast kolejnych deklaracji o przyszłych korzyściach dla Polski warto postawić pytanie o konkretne rezultaty. Jeżeli podczas konferencji organizowanej w Polsce milionowe kontrakty otrzymują firmy z Niemiec, Francji, Szwecji, Czech czy Litwy, a jednocześnie polska firma od miesięcy bezskutecznie walczy o odzyskanie pieniędzy od władz Lwowa, to trudno mówić o partnerskiej współpracy gospodarczej.
Polska od początku wojny udzieliła Ukrainie ogromnego wsparcia politycznego, militarnego, humanitarnego i logistycznego. Coraz więcej Polaków oczekuje jednak, że za tą pomocą pójdzie również elementarna ochrona interesów polskich przedsiębiorców. Zwłaszcza wtedy, gdy chodzi o firmy, które podjęły ryzyko działalności na Ukrainie i zrealizowały swoje zobowiązania.
Bez rozwiązania takich sporów jak sprawa Control Process wszelkie zapewnienia o wielkich szansach dla polskiego biznesu przy odbudowie Ukrainy będą coraz częściej traktowane nie jako realna perspektywa, lecz jako polityczny slogan.
Nie mniej interesująco brzmią dziś zapewnienia Pawła Kowala, który w wywiadzie dla Money.pl przekonywał, że „polski biznes będzie miał korzyści z konferencji w Gdańsku”, a teza o gorszej pozycji Polski względem innych państw jest rzekomo „nieprawdziwa”. Polityk wskazywał na istniejące instrumenty finansowe, programy wsparcia oraz fakt, że na konferencji mają być podpisywane umowy i listy intencyjne.
Problem polega na tym, że rzeczywistość bardzo brutalnie zweryfikowała ten optymizm. Gdy Kowal opowiadał o korzyściach dla polskiego biznesu, w tym samym czasie mer Lwowa z dumą ogłaszał podpisanie wielomilionowych kontraktów z firmami z Niemiec, Francji, Szwecji, Czech i Litwy. Polskich przedsiębiorców na tej liście nie było. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że Polska ponownie została sprowadzona do roli gospodarza wydarzenia, podczas gdy najbardziej konkretne korzyści gospodarcze przypadły innym.
Jeszcze bardziej znamienne jest to, że na pytanie dziennikarza o konkretne umowy korzystne dla polskiego biznesu, które miałyby zostać podpisane podczas konferencji, Kowal nie wskazał żadnych konkretnych kontraktów. Zamiast tego mówił o instrumentach finansowych, programach, funduszach, planach oraz przyszłych możliwościach. Innymi słowy: zamiast twardych danych o zyskach dla polskich firm otrzymaliśmy katalog obietnic i potencjalnych szans.
Nie zabrakło również zapewnień, że przypadek krakowskiej spółki Control Process nie powinien wpływać na ocenę całości relacji gospodarczych z Ukrainą. Kowal stwierdził nawet, że „nie ma co budować ogólnej opinii na jednym przypadku” i zapowiedział bliżej nieokreślone „duże koszty” dla tych partnerów, którzy potraktowali polski biznes niesprawiedliwie.
To stwierdzenie brzmi jednak dość osobliwie. Mówimy przecież nie o drobnym sporze handlowym, lecz o wielomilionowym konflikcie dotyczącym jednej z największych polskich inwestycji realizowanych na Ukrainie. Firma wygrała kolejne postępowania arbitrażowe, a mimo to nadal walczy o odzyskanie należnych środków. Jeśli taki przypadek nie jest sygnałem ostrzegawczym dla przedsiębiorców, to trudno wskazać, co miałoby nim być.
Cała sytuacja przypomina więc nieco szkolną akademię sukcesu. Na scenie słyszymy o historycznej szansie, strategicznym partnerstwie i wielkich możliwościach. W tle pojawiają się kolejne listy intencyjne, fundusze, programy oraz zapewnienia o świetlanej przyszłości. Kiedy jednak kurtyna opada i przychodzi czas na sprawdzenie, kto faktycznie otrzymał kontrakty, okazuje się, że rachunek za organizację wydarzenia pozostaje w Polsce, natomiast konkretne zamówienia trafiają do firm z innych państw.
Jeżeli taka ma być definicja „korzyści dla polskiego biznesu”, to należałoby ją chyba doprecyzować. Przedsiębiorcy zwykle rozumieją korzyści jako podpisane umowy, zrealizowane inwestycje i wpływy na konta. Tymczasem z wypowiedzi przedstawicieli rządu coraz częściej wynika, że za sukces należy uznać już sam fakt uczestnictwa w konferencji oraz możliwość wysłuchania kolejnych zapewnień o przyszłych możliwościach na spotkaniu, finansowanym z kieszeni polskiego podatnika.
NASZ KOMENTARZ: Dobrze, że gdańska konferencja nie odbywała się w pociągu. Wówczas polska delegacja znów siedziałaby w oddzielnym wagonie.
Polecamy również: Dewiantka gender zamordowała swoich rodziców
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





