Polskie prawo rodzinne od lat budzi ogromne emocje, ale niewiele kwestii wywołuje tyle kontrowersji, co sposób ustalania alimentów. Teoretycznie wszystko brzmi rozsądnie – dziecko ma prawo do odpowiedniego poziomu życia, a rodzice mają obowiązek je utrzymywać. Problem zaczyna się wtedy, gdy sąd dochodzi do wniosku, że wie lepiej od ciebie, ile powinieneś zarabiać. Rzeczywiste dochody? Bilanse firmy? Straty? Kryzys w branży? To tylko niewygodne szczegóły. Liczy się przede wszystkim „potencjał” mężczyzny – dostawcy zasobów.
Kodeks rodzinny i opiekuńczy stanowi, że alimenty i ich wysokość zależą od usprawiedliwionych potrzeb dziecka oraz możliwości zarobkowych i majątkowych rodzica. W praktyce od wielu lat sądy interpretują ten przepis w ten sposób, że nie badają wyłącznie faktycznie osiąganych dochodów, lecz również to, ile dana osoba mogłaby zarabiać, gdyby – zdaniem sądu – w pełni wykorzystywała swoje kwalifikacje.
Masz wyższe wykształcenie? Przez kilkanaście lat pracowałeś jako specjalista IT? Prowadziłeś dobrze prosperującą firmę? Gratulacje – właśnie stałeś się właścicielem hipotetycznych pieniędzy. To, że firma od miesięcy przynosi straty, kontrahenci zniknęli, a rynek się załamał, nie zawsze musi oznaczać niższe alimenty. Przecież „mógłbyś” zarabiać więcej.
W postępowaniach sądowych analizowane bywają raporty płacowe, ogłoszenia o pracę, kwalifikacje zawodowe, doświadczenie, a nawet profile zawodowe w mediach społecznościowych. Zdarza się również, że oceniany jest posiadany majątek czy nieruchomości pod kątem tego, jakie dochody mogłyby przynosić. Innymi słowy – liczy się nie tylko to, ile zarabiasz, ale także to, ile – według różnych założeń – mógłbyś zarabiać.
Idea stojąca za takim rozwiązaniem ma teoretycznie swoje uzasadnienie. Przepisy mają chronić dzieci przed sytuacjami, w których rodzic celowo ukrywa dochody, przechodzi do pracy „na czarno” albo sztucznie obniża wynagrodzenie, aby płacić niższe alimenty. Problem polega na tym, że mechanizm stworzony do walki z nadużyciami może w niektórych przypadkach dotykać również osoby, które rzeczywiście znalazły się w trudnej sytuacji finansowej.
Przedsiębiorca nie zwiększy obrotów dlatego, że sąd uzna, iż powinien. Specjalista nie dostanie pracy za 20 tysięcy złotych miesięcznie tylko dlatego, że podobne stawki pojawiają się w raporcie płacowym. Rynek pracy nie działa na zasadzie życzeniowej, a gospodarka nie dostosowuje się do treści wyroku.
Coraz więcej emocji budzi także kwestia wydatkowania alimentów. Krytycy obecnych rozwiązań zwracają uwagę, że przy wysokich świadczeniach niezwykle trudno oddzielić koszty utrzymania dziecka od kosztów prowadzenia całego gospodarstwa domowego przez kobietę sprawującego nad nim opiekę. Zwolennicy obecnego modelu odpowiadają, że dziecko korzysta z mieszkania, mediów, wyżywienia czy transportu, więc rozdzielenie tych wydatków jest w praktyce niemożliwe. Sama dyskusja pokazuje jednak, że problem pozostaje nierozwiązany i nadal wywołuje liczne kontrowersje.
Nie mniej emocji budzi kwestia opieki nad dzieckiem po rozstaniu rodziców. Organizacje zrzeszające ojców od lat postulują szersze stosowanie opieki naprzemiennej oraz skuteczniejsze przeciwdziałanie przypadkom utrudniania kontaktów z dzieckiem. Ich zdaniem większe zaangażowanie obojga rodziców w wychowanie powinno znaleźć odzwierciedlenie również przy ustalaniu obowiązku alimentacyjnego.
Coraz częściej pojawiają się również postulaty zmian w prawie. Wśród nich wymienia się doprecyzowanie pojęcia „możliwości zarobkowych”, większe znaczenie faktycznie osiąganych dochodów przy ustalaniu alimentów, częstsze uwzględnianie opieki naprzemiennej oraz zwiększenie przejrzystości wydatkowania wysokich świadczeń.
Nie można też pominąć skutków społecznych tej debaty w postaci niższej dzietności ogólnie. Wielu mężczyzn deklaruje, że z niepokojem obserwuje funkcjonowanie obecnego systemu prawa rodzinnego. W ich ocenie ryzyko rozwodu, niepewność co do przyszłych rozstrzygnięć dotyczących dzieci oraz możliwość ustalenia alimentów na podstawie hipotetycznych zarobków powodują, że coraz ostrożniej podchodzą do decyzji o zawarciu małżeństwa czy nawet wejściu w trwały związek, w którym planowane jest posiadanie dzieci.
Nie oznacza to, że całkowicie rezygnują z zakładania rodzin, ale dla części z nich obawy związane z ewentualnym rozpadem związku stają się istotnym czynnikiem wpływającym na życiowe decyzje.
Polskie prawo rodzinne powinno przede wszystkim chronić dobro dziecka. Co do tego trudno polemizować. Pytanie brzmi jednak, czy obecny model zawsze zachowuje właściwą równowagę między interesem dziecka a realnymi możliwościami finansowymi rodziców. Coraz więcej osób uważa, że pojęcie „potencjału zarobkowego” stało się zbyt pojemne i pozostawia zbyt szeroki margines uznaniowości.
Być może najwyższy czas, aby dyskusja o alimentach przestała sprowadzać się do prostego hasła „ojciec ma płacić”, a zaczęła dotyczyć tego, jak stworzyć system jednocześnie skuteczny, sprawiedliwy i przewidywalny. Bo jeśli najlepszym dowodem na czyjąś zdolność do płacenia jest to, że mógłby zarabiać więcej, to pozostaje tylko pytanie, czy w podobny sposób zaczniemy kiedyś płacić podatki – od dochodów, które teoretycznie moglibyśmy osiągnąć.
Polecamy również: Glovo tonie w karach i stratach. Mimo to wciąż legalizuje w Polsce „trzeci świat”
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




