W ostatnich latach coraz częściej obserwujemy zjawisko relatywizowania symboliki i narracji wywodzących się z tradycji ukraińskiego szowinizmu. Sprawa wypowiedzi wiceministra Andrija Szeptyckiego, który skomentował wpis banderowskiego wydawnictwa Rainshouse, pokazuje, jak łatwo w debacie publicznej pomija się historyczny i moralny kontekst takich treści. W obliczu narastających napięć międzynarodowych szczególnie niepokojące jest to, że przedstawiciele władz unikają jednoznacznego dystansowania się od symboliki powiązanej z radykalnym nacjonalizmem.
Polski (?) wiceminister pochwala banderowców chcących Przemyśla. Andrij Szeptycki z rządu Tuska przyzwyczaił już nas do skrajnie proukraińskich wypowiedzi. Tym razem poszło o terytorium Ukrainy. Według doniesień medialnych, w sprzedaży pojawiła się flaga przedstawiająca wizję „Wielkiej Ukrainy”, obejmującą m.in. polskie miasta, takie jak Przemyśl czy Chełm. Opis produktu odwoływał się do czerwono-czarnych barw UPA oraz haseł ideologicznych charakterystycznych dla środowisk skrajnych.
Zamiast stanowczej krytyki takich treści, reakcja Szeptyckiego ograniczyła się do ogólnikowego komentarza, który nie odnosił się do kwestii roszczeń terytorialnych wobec Polski ani do ogólnego, propagandowego charakteru publikacji. Napisał za to, że Krym jest ukraiński. Taka postawa może być odbierana jako milczące przyzwolenie na reinterpretację historii w duchu ukronazistowskim.
Problem nie dotyczy jedynie pojedynczej wypowiedzi. W szerszym kontekście widać tendencję do normalizowania symboliki związanej z formacjami, które dla wielu Polaków pozostają synonimem tragicznych wydarzeń XX wieku. Historyczne mapy „etnograficzne”, na które powołują się niektóre środowiska ukraińskie, były już wcześniej wykorzystywane jako narzędzie propagandy i uzasadniania aspiracji terytorialnych. Publikowanie ich w nowych formach – choćby jako gadżetów czy materiałów ideologicznych – budzi uzasadnione obawy o próbę rewizji pamięci historycznej oraz przesuwania granic debaty publicznej.
Crimea is Ukraine!
— Andrzej Szeptycki (@szeptycki) February 19, 2026
Krytyka takich zjawisk nie powinna być traktowana jako wrogość wobec współczesnej Ukrainy czy jej społeczeństwa, lecz jako obrona standardów demokratycznych. Współpraca międzynarodowa wymaga bowiem jasnego rozróżnienia między solidarnością polityczną a akceptacją ekstremistycznych narracji. Jeśli państwowi urzędnicy reagują wybiórczo, podkreślając jedynie elementy wygodne politycznie, ryzykują utratę wiarygodności w oczach obywateli, którzy oczekują konsekwentnej polityki historycznej i jednoznacznego potępienia ideologii totalitarnych.
Niepokój budzi także działalność środowisk określających się jako zaplecze ideologiczne formacji wojskowych, które w swojej retoryce odwołują się do symboliki banderowskiej. Nawet jeśli część tych organizacji funkcjonuje dziś w zupełnie innych realiach geopolitycznych, ich przekaz wciąż może sprzyjać radykalizacji debaty publicznej. W Europie, która doświadczyła skutków skrajnych ideologii w XX wieku, szczególna ostrożność wobec takich symboli powinna być standardem, a nie wyjątkiem.
Sprawa Andrija Szeptyckiego staje się więc symbolem szerszego problemu: braku jasnych granic w dyskusji o historii i tożsamości w regionie oraz celowego wsadzania wrogów Polski na polskie stołki ministerialne. Zamiast jednoznacznego sprzeciwu wobec banderowskiej propagandy pojawiają się milczenie i dyplomatyczne uniki. Taka strategia prowadzi do erozji zaufania społecznego i utrwalania sporów historycznych. Jeżeli nasza przestrzeń publiczna ma pozostać wolna od ekstremizmów, potrzebna jest konsekwencja – pełne potępienie ukraińskiego nazizmu i ekspansjonizmu.
Polecamy również: SG rozbiła grupę handlarzy ludźmi. Członkami Ukraińcy i Uzbecy
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





