Jeszcze trzy lata temu miało być wielkie wejście na polski rynek, ekspansja, sukces i podbój galerii handlowych. Ukraińska marka odzieżowa Vovk inwestowała setki tysięcy euro, otwierała salon w warszawskim Blue City i najwyraźniej liczyła, że Polacy rzucą się na nową „wschodnią jakość”. Rzeczywistość okazała się jednak zupełnie inna niż ukrofilskie, propagandowe laurki od polskojęzycznych władz i mediów głównego ścieku. Sklep właśnie zakończył działalność w Polsce, a jego ekspansja skończyła się spektakularną klęską.
Ukraiński biznes zderzył się z Polską. Według informacji branżowych firma Vovk zainwestowała około 300 tys. euro, ale nie była w stanie zdobyć polskiego klienta. Sama przyznała, że popełniła serię błędów: fatalny wybór lokalizacji, zbyt późne uruchomienie sprzedaży internetowej i oparcie strategii głównie na klientach ukraińskich mieszkających w Polsce. Innymi słowy — ktoś uznał, że wystarczy otworzyć sklep dla własnej diaspory i pieniądze same zaczną płynąć szerokim strumieniem. Polska jednak nie okazała się bankomatem bez dna.
Co ciekawe, przedstawiciele marki narzekali też na wysokie koszty prowadzenia działalności w Polsce. To dość ironiczne, biorąc pod uwagę, że od kilku lat słyszymy nieustannie, iż Polska ma obowiązek „pomagać bardziej”, „finansować bardziej” i „otwierać się bardziej”, bo Ukraina jest krajem wyniszczonym wojną. A jednak równolegle znajdują się miliony na eksperymentalne ekspansje biznesowe, kosztowne wejścia do galerii handlowych i zagraniczne inwestycje. Jak widać, pieniądze na biznesowe ryzyko jednak się znajdują — szczególnie gdy ktoś liczy, że polski rynek wszystko wchłonie bez zadawania pytań.
Vovk nie jest zresztą jedynym przykładem. W ostatnich latach kilka ukraińskich projektów próbowało agresywnie wejść do Polski, często pod narracją „nowoczesnej ukraińskiej przedsiębiorczości”, która miała zachwycić lokalnych klientów. Efekty bywały dalekie od oczekiwań.
Problemy miały między innymi ukraińskie koncepty gastronomiczne i sieci spożywcze kierowane głównie do uchodźców i migrantów. Wiele z nich zakładało, że miliony Ukraińców w Polsce automatycznie zapewnią stały sukces finansowy. Tymczasem okazało się, że Polacy nadal wybierają dobrze znane marki, a sami Ukraińcy również nie zamierzają przepłacać tylko dlatego, że biznes ma odpowiednie pochodzenie narodowe.
Podobnie wyglądała sytuacja części ukraińskich startupów technologicznych i usługowych, które w mediach przedstawiano niemal jako przyszłych zdobywców Europy Środkowej. Marketing był wielki, opowieści o „dynamicznej gospodarce odpornej na wojnę” jeszcze większe, ale później przychodziło zderzenie z realiami rynku: konkurencją, kosztami pracy, oczekiwaniami klientów i koniecznością faktycznego dostarczenia jakości.
I tutaj pojawia się pytanie, którego w mainstreamowych mediach niemal nikt nie chce zadawać. Skoro Ukraina jest państwem dramatycznie wyniszczonym wojną i stale apeluje do Zachodu — w tym Polski — o kolejne miliardy pomocy, to jakim cudem ukraińscy oligarchowie oraz wielkie firmy znajdują środki na zagraniczne ekspansje, inwestycje i ryzykowne projekty biznesowe?
Skąd nagle pojawiają się setki tysięcy euro na otwieranie butików w Warszawie? Czy naprawdę mówimy o kraju na granicy finansowej katastrofy, czy może raczej o państwie, w którym jedni proszą Europę o kolejne transze wsparcia, a inni spokojnie rozwijają własne interesy za granicą? A może chodzi o te same pieniądze, przeprane z pomocy wojskowej na ekspansję cywilnego rynku?
Wbrew pozorom, polski konsument okazał się mniej naiwny, niż zakładali oligarchowie. Samo ukraińskie pochodzenie marki w dobie wszędobylskiego ukroamoku nie wystarczyło, by osiągnąć sukces. Polacy patrzą przede wszystkim na cenę, jakość i rozpoznawalność. Vovk boleśnie się o tym przekonał.
I bardzo dobrze.
Polecamy również: Naukowcy znów odwołali koniec świata
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





