Gospodarka Polska Wiadomości

Polska wybija fermy drobiu. Rząd robi miejsce dla jaj z Ukrainy i Mercosur

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Północne Mazowsze masowo wybija całe stada kur ze względu na rzekomą epidemię. Tymczasem Ukraina hurtowo zwiększa (ponad 200 milionów w marcu) eksport jajek do Unii Europejskiej i Polski. Od 1 maja wjadą do nas też jajka z Brazylii, więc musimy zrobić im miejsce.

Polska wybija fermy drobiu. Sytuacja w polskim drobiarstwie zaczyna przypominać dobrze znany scenariusz: najpierw domniemane choroby, potem likwidacja stad, a na końcu – zupełnie przypadkowo – „konieczność” zwiększonego importu. Tym razem jednak tempo wydarzeń jest wręcz podręcznikowe. Z najnowszych informacji wynika bowiem, że potwierdzono kolejne 10 ognisk wysoce zjadliwej grypy ptaków (HPAI), skoncentrowanych głównie w jednym z kluczowych regionów produkcji drobiu na Mazowszu. Dokładnie tam, gdzie produkcja jaj i drobiu ma realne znaczenie gospodarcze. Przypadek? Oczywiście.

Problem w tym, że to nie jest incydent, tylko kontynuacja trendu. Branża drobiarska znalazła się dziś w sytuacji, którą można by nazwać „idealnym sztormem”: wirus krąży, ogniska pojawiają się blisko siebie, a strefy zapowietrzone blokują handel i logistykę. Produkcja spada, koszty rosną, a niepewność robi swoje. I teraz wchodzi drugi akt tej historii – cały na biało. A właściwie na żółto, jak żółtko.

W momencie, gdy polscy producenci zmuszani są przez sanepid i inne narzędzia terroru rządu warszawskiego do likwidacji stad, na rynek europejski szerokim strumieniem trafiają jaja z Ukrainy, a tuż przy naszej granicy powstają nowe, ogromne fermy drobiu. W marcu br. eksport liczony był już w setkach milionów sztuk. Jakby tego było mało, od 1 maja dochodzi kolejny „zbieg okoliczności”: otwarcie rynku unijnego na jaja z Brazylii.

Trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś bardzo sprawnie zarządza „luką podażową” i epidemią ptasiej grypy. Najpierw mamy ograniczenie produkcji lokalnej (bo przecież wirus nie pyta o zgodę), a zaraz potem pojawia się gotowa alternatywa z importu. Rynek nie znosi próżni – a już na pewno nie takiej, którą można szybko wypełnić kontenerem jaj.

Oficjalnie wszystko jest w jak najlepszym porządku. Choroby drobiu się zdarzają, globalny handel działa, konkurencja jest zdrowa. A że dzieje się to równolegle i w idealnej synchronizacji? Cóż, najwyraźniej przypadki też potrafią być bardzo dobrze zorganizowane.

Najbardziej ironiczne w tym wszystkim jest to, że polski sektor drobiarski – jeden z liderów w Europie – zostaje osłabiony nie przez brak kompetencji czy technologii, ale przez kombinację czynników, na które pojedynczy producent nie ma żadnego wpływu. Wirus, decyzje administracyjne, a potem presja importowa. Efekt końcowy? Polskie fermy stoją puste albo działają w ograniczonym zakresie, a rynek „ratowany” jest dostawami z zewnątrz. Oczywiście w imię stabilności i bezpieczeństwa żywnościowego.

NASZ KOMENTARZ: Wygląda na to, że Ukraina i kraje Mercosur mają znacznie lepsze technologie hodowli drobiu i przepisy BHP niż Polska. Tam nie było, nie ma i nie będzie żadnej ptasiej grypy. Chylimy czoła!

Polecamy również: USA realizują koncepcję „Wielkiego Izraela”

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!