Historia

Podporucznik „Gromek”

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

3 grudnia 1941 roku powieszony został przez Niemców komendant Inspektoratu Katowickiego ZWZ ppor. Józef Skrzek ps. „Gromek”.

18 grudnia 1940 roku Niemcy zastrzelili Jana Klauzę, który podjął próbę ucieczki, gdy Niemcy zamierzali go aresztować. Jego następcą na stanowisku komendanta Inspektoratu Katowice został właśnie ppor. Józef Skrzek – „Gromek” z Michałkowic (dziś dzielnica Siemianowic Śląskich). Oddajmy w tym miejscu głos Józefowi Kretowi:

„Józef Skrzek, podobnie jak Lis i Pukowiec, był z dziada pradziada Ślązakiem. Ojciec jego, Franciszek, górnik, brał czynny udział we wszystkich powstaniach śląskich. Brat matki, Józef Białas, organizował i prowadził w  Michałkowicach miejscową akcję plebiscytową za przyłączeniem Śląska do Polski, a ponieważ mieszkał u Skrzeków, stąd też w ich domu skupiał się w tym czasie najważniejszy nurt życia polskiego tej osady górniczej pod Siemianowicami. Wrażliwa dusza dziesięcioletniego wówczas chłopca nasiąkała jak gąbka patriotyczną atmosferą domu.”

Józef Skrzek urodził się 15 września 1911 roku. Jako uczeń szkoły podstawowej w Michałkowicach związał się z harcerstwem, wstępując do miejscowej drużyny im. Adama Mickiewicza i wkrótce zostając w niej zastępowym. Po ukończeniu ośmioletniej szkoły wstąpił do seminarium nauczycielskiego w Mysłowicach, a po zdaniu w roku 1932 egzaminu dojrzałości objął posadę nauczyciela w Brzezinach Śląskich. W następnym roku przeniósł się do powiatu rybnickiego, do miejscowości Piece, gdzie został nauczycielem w dwuklasowej szkole. Tutaj właśnie założył drużynę harcerską, którą prowadził przez kilka lat. W roku 1935 uzyskał stopień podharcmistrza i  wszedł w skład Komendy Śląskiej Chorągwi Harcerzy, gdzie kierował referatem starszych chłopców. Ponownie zacytujmy Józefa Kreta:

„Jak najwięcej zajęć harcerskich, ćwiczeń, gier, zabaw starał się przeprowadzać na wolnym powietrzu, na wycieczkach z biwakowaniem, wędrówkach, obozach. Rodzeństwu odwiedzającemu Józka w niedzielę trudno było zastać brata w domu, bo gdy tylko pogoda nie przeszkodziła – ruszał z  drużyną w otwarty świat. Było prawdziwym dobrodziejstwem dla chłopców z  głuchej, małej wioszczyny mieć takiego drużynowego, który nie tylko udostępniał im poznanie bliższej i dalszej okolicy, ale poszerzał ich horyzonty myślowe, kształtował charaktery, ożywiał wyobraźnię. […]

Jemu samemu harcerstwo dawało okazję do wyładowania energii, zdolności przywódczych i żyłki wychowawczej. W harcerstwie widział przede wszystkim ważny czynnik wychowania społecznego i patriotycznego. Uważał ten ruch za szczególnie wartościowy, wprost niezbędny dla polskiej młodzieży na Śląsku. […] Trawestując słowa Mickiewicza powiedział kiedyś Józef Skrzek półżartem na zebraniu instruktorów: „… o ile powiększycie szeregi harcerskie, o tyle wzmocnicie potęgę Polski i pogłębicie jej kulturę”.

Powołany do służby wojskowej odbywał ją najpierw jako saper kolejowy w Zambrowie, potem w Łodzi, a następnie w Bielsku, w 3 pułku strzelców podhalańskich. Chlubnie ukończył podchorążówkę, w r. 1935 mianowany został oficerem rezerwy.”

Gdy powstał Ośrodek Harcerski w Górkach Wielkich, powołano przy nim Uniwersytet Ludowy. Kierownictwo jego objął Józef Kret, który zaproponował Skrzekowi pracę w nim. W Uniwersytecie Ludowym uczył on języka polskiego i literatury, a także przyrodoznawstwa. Nadto prowadził zajęcia artystyczne. W sierpniu 1939 roku, w trakcie letnich kursów Uniwersytetu Ludowego Skrzeka, jako podporucznika rezerwy 3 pułku strzelców podhalańskich, zmobilizowano. Oddajmy ponownie głos Józefowi Kretowi:

„Kampanię wrześniową odbył jako oficer rezerwy 3 p.s.p. Dostał się do niewoli, ale niedługo pozostaje w obozie jenieckim. Ucieka i wraca do rodzinnych Michałkowic. Skrzek nie zastanawia się długo. Buta okupanta i  oszołomienie ludności klęską Polski nie skłaniają go do bierności. Wręcz przeciwnie – podsycają nastrój buntu.”

Józef Skrzek podjął pracę w Banku Rolnym w Katowicach, a  równocześnie zaangażował się w działalność konspiracyjną. Józef Kret tak o  tym pisał:

„Jako wybitny instruktor harcerski gruntownie wojskowo wyszkolony, działacz o ujmującym sposobie bycia, taktowny i odważny, cieszący się zaufaniem ludności polskiej, zwraca na siebie uwagę organizatorów jednego z  pierwszych ośrodków działalności podziemnej na Śląsku, tzw. Sił Zbrojnych Polski. W sierpniu 1940 r. powierzono mu inspektorat wojskowy tej organizacji w okręgu katowickim z zadaniem utrzymywania bardzo ścisłych kontaktów z  całym tajnym harcerstwem. Podlegały mu następujące obwody organizacyjne: Katowice, Chorzów, Mikołów, Tarnowskie Góry, Lubliniec.”

Należy zauważyć, że Józef Kret nie wspomina ani słowem o organizacji „Ku Wolności”. Tymczasem istnieje szereg źródeł, z których wynika, iż wcześniej, nim znalazł się w szeregach ZWZ, zwanym na Śląsku Siłami Zbrojnymi Polski lub Polskimi Siłami Zbrojnymi, Józef Skrzek związał się właśnie z organizacją „Ku Wolności”. Kolejna kwestia dotyczy tego, jakie właściwie stanowisko objął on w sierpniu 1940 roku w ZWZ. Można gdzieniegdzie spotkać się z informacją, iż został on komendantem Inspektoratu Katowickiego, co jednak absolutnie nie polega na prawdzie. Komendantem Inspektoratu Katowice był w tym czasie Jan Klauza, który został zastrzelony podczas próby ucieczki w dniu 18 grudnia 1940 roku.

Informacja podana przez Kreta, iż „powierzono mu inspektorat wojskowy tej organizacji w okręgu katowickim z zadaniem utrzymywania bardzo ścisłych kontaktów z całym tajnym harcerstwem”, brzmi dość tajemniczo. Nie wykluczone, że chodzi tu o funkcję analogiczną do tej, jaką sprawował w Komendzie Okręgu Śląskiego Bolesław Wiechuła (jedną z wielu sprawowanych przez niego), a mianowicie inspektora wyjazdowego ds. szkolenia i łączności na teren Inspektoratów Rybnik i Cieszyn. Natomiast na czele Inspektoratu Katowice Józef Skrzek stanął dopiero po śmierci Jana Klauzy. Ale nie uprzedzajmy wypadków… Zajrzyjmy ponownie do książki Józefa Kreta:

„Był zawsze w ścisłym kontakcie z komendantem tajnego harcerstwa na Śląsku Józefem Pukowcem oraz Jerzym Lisem. Dokoła tej trójki skupiało się wielu najlepszych, nieustraszonych bojowników polskości na Śląsku. Mimo skrupulatnej selekcji szeregi ich szybko się powiększały. Niektórzy uczestnicy konspiracji szacują stan liczebny harcerskiego i wojskowego podziemia na Śląsku z początkiem 1940 r., a więc jeszcze przed większymi represjami na około 10 tysięcy osób.

Na czoło zadań akcji wojskowej wysuwało się systematyczne i  gruntowne przygotowanie się do zbrojnego wystąpienia w odpowiednim momencie. Zatem szkolenie wojskowe, jak również utrzymanie bojowej postawy całego społeczeństwa zajmowało pierwsze miejsce w planie działania „Gromka”. […]

Skrzek jest coraz rzadszym gościem w domu. Uwija się niepostrzeżenie po swoim terenie, organizuje punkty kontaktowe, udziela instrukcji podkomendnym, układa szyfry, zaprzysięga coraz nowych członków organizacji, kieruje ich szkoleniem bojowym, wdraża do taktyki konspiracyjnej. Sam jednak nie jest jeszcze dostatecznie ostrożny. Nienawiść do okupanta bierze czasem górę nad ostrożnością. Oto np. pewnego dnia latem 1940 roku przyszła do domu Skrzeków jedna z miejscowych kobiet kwestować z ramienia hitlerowskiej organizacji National-Sozialistische Volkswohlfahrt.

– Wollen sie spenden für NSV – zwróciła się do obecnych w pokoju.

Józka, który w tym momencie jadł obiad po powrocie z pracy, poderwało. Opanował się jednak i spokojnie zwracając się do kwestarki powiedział:

– Coś za szybko zapomniało się swojego języka! – Po czym zaraz dodał: – Może i dałbym ofiarę, ale gdyby pani powiedziała po polsku.

– Jak to – mówi zaperzona niewiasta po niemiecku – to jest Reich a nie Polska, tu się mówi tylko po niemiecku.

Józek nie wytrzymał. Zerwał się od stołu i wolno a dobitnie wyrecytował:

– Tu nie żaden Reich, tu była, jest i będzie Polska!

– Was? Ich werde das melden.

– Możesz sobie meldować, a teraz precz z tego domu.

To rzekłszy otworzył szeroko drzwi i zdecydowanym gestem nakazał kobiecie wyjście.

Obawiano się w domu Skrzeków groźnych następstw. Na szczęście nie aresztowano nikogo. Ale od tego czasu czuli wszyscy, że dom ich jest obserwacją.

Z czasem nauczył się panować nad swymi uczuciami, a spokój, jaki zachowywał w niebezpiecznych sytuacjach, imponował wszystkim jego współpracownikom. W mieszkaniu w Mikołowie, które było jednym z miejsc kontaktowych, mieszkał jako sublokator komendant policji hitlerowskiej Brandt. Śmieszna to była figura: z zawodu stolarz, kiedy został mianowany oficerem policji, czuł się ogromnie szczęśliwy, gdy w mundurze przeglądał się w lustrze, prężył się wówczas i chodził sztywnym krokiem po pokoju. Dla dodania sobie splendoru zaopatrzył się w monokl i nie rozstawał się z nim ani na chwilę. Ten to Brandt był zapalonym graczem w skata i szukał chętnych do gry. Pokój, gdzie grano w skata, służył również do spotkań konspiratorów. Tutaj właśnie „Gromek” omawiał pewnego razu z druhem Pawłem Krawczykiem z Mikołowa ważny szyfr. Gdy układali cyferki szyfrowe, wszedł do ich pokoju Brandt, któremu pilno było zasiąść do skata. Chwila groźna. „Gromek” jednak nie stracił zimnej krwi i objaśnił komendanta policji, że odbywa się nauka buchalterii: idzie to ciężko, bo uczeń tępy. Skończą wkrótce lekcję i wtedy zagrają w karty. Brandt wyszedł i czekał cierpliwie, aż skończą swoją „buchalterię”, by zasiąść z nimi do kart.

Ta idylla skończyła się jednak, gdyż ktoś ostrzegł Brandta, że przebywa w nieodpowiednim towarzystwie „zatwardziałych Polaków”. Dalsze zatem spotkania w tym mieszkaniu stały się niemożliwe. Trzeba było znaleźć nowy punkt kontaktowy w Mikołowie. Takim dogodnym punktem okazał się gabinet lekarski doktora Jerzego Świtały w Mikołowie. Częstym pacjentem doktora Świtały był „Gromek”, a obok niego wielu innych wtajemniczonych. Gabinet ten, mający połączenie z prywatnym mieszkaniem doktora, oddał wojskowemu podziemiu cenne usługi. Kiedy w poczekalni zebrała się większa ilość pacjentów, doktor wzywał do gabinetu najpierw tych, którzy przyszli „po zastrzyki”. Zgłaszali się wówczas ci, którzy przychodzili na punkt kontaktowy dla omówienia spraw konspiracji i odebrania nowych instrukcji.

Nieocenione usługi oddał działaczom konspiracyjnym samochód doktora, czynny na równi w służbie zdrowia, jak i w służbie podziemia. W tym to samochodzie „Gromek”, a także inni komendanci odebrali niejedną przysięgę od nowo przyjętych do tajnej organizacji.”

Jak już wiemy, katastrofa przyszła 18 grudnia 1940 roku. Tego dnia aresztowano 456 żołnierzy konspiracyjnego wojska. Trzy osoby zostały zastrzelone przy próbie ucieczki. Wśród tych ostatnich był także dotychczasowy komendant Inspektoratu Katowice – kpt. Jan Klauza ps. „Saper”. Zastąpił go na tym stanowisku właśnie ppor. Józef Skrzek – „Gromek”. Ponownie odwołajmy się do ustaleń Józefa Kreta:

„W styczniu 1941 Skrzek zakazał jakiejkolwiek działalności wśród podległych sobie ogniw konspiracyjnych, polecił nawet zerwanie dotychczasowych kontaktów. Uderzenie gestapo było zbyt silne i trafne, żeby nie podejrzewać całkowitej dekonspiracji na skutek nieostrożności lub zdrady. Należało przeczekać. Przerwa w pracach konspiracyjnych trwała około 2  miesięcy. W marcu „Gromek” nawiązał kontakt z nową komendą okręgu śląskiego, występującą tym razem pod nazwą Związek Walki Zbrojnej. […]

„Gromek” wkrótce z dużą satysfakcją powiadomił swych zwierzchników i podwładnych, że udało mu się odbudować sztab inspektoratu. Zapowiedział także chwilowe wstrzymanie liczebnego rozwoju organizacji z równoczesną mocniejszą konsolidacją istniejących komórek ZWZ i innych ugrupowań antyhitlerowskich. Staje się on jednym z filarów śląskiego podziemia wojskowego. Już zresztą po aresztowaniu Pukowca przejął po nim w swoje ręce niektóre agendy tajnego harcerstwa. Wpłynęło to na jeszcze mocniejsze powiązanie harcerskiej konspiracji z wojskową.”

Większą część zerwanych w następstwie aresztowań z grudnia 1940 roku kontaktów udało się odbudować. Jedynie z niektórymi komórek organizacyjnych, o czym będzie jeszcze mowa, nie udało się nawiązać łączności. Po chwilowym wstrząsie, wywołanym grudniową katastrofą, organizacja szybko stanęła na nogi. W skład Inspektoratu Katowice wchodziły obwody: Katowice-miasto, Katowice-powiat, Chorzów i Tarnowskie Góry. Na ich czele stali:

w Obwodzie Katowice-miasto – hm Marcin Skorupa
w Obwodzie Katowice-powiat – ppor. Alfred Rompel ps. „Janosik”
w Obwodzie Chorzów – ppor. Władysław Strabel
w Obwodzie Tarnowskie Góry – Edward Halek

Ale oto przyszedł kolejny cios. Oddajmy raz jeszcze głos Józefowi Kretowi:

„Dla odciążenia organizacji wojskowej pomyślano o powołaniu do życia Komitetu Walki Cywilnej na Śląsku. „Gromek” przyklasnął gorąco tej myśli, chciał bowiem, by wojskowa akcja skupiła się ściślej na zadaniach bojowych w zwartych, zdyscyplinowanych komórkach organizacyjnych, złożonych z ludzi wojskowo wyszkolonych i doświadczonych.

Komitet Walki Cywilnej objąć miał pracę ideowo – wychowawczą, społeczno – narodową i charytatywną. Chodziło głównie o umacnianie w  społeczeństwie ducha oporu, podkreślanie łączności Śląska z losami całego narodu polskiego, paraliżowanie wpływów NSDAP, HJ, BDM. Tak pomyślany Komitet stanowiłby zarazem zaplecze akcji wojskowej.

„Gromek” zaczął się krzątać koło organizowania Komitetu, skupiania w  nim odpowiednich ludzi i precyzowania form działania. W tej sprawie miał się spotkać z dwoma działaczami, organizatorami Komitetu. Było to w sierpniu 1941 r. Spotkanie miało nastąpić w kawiarni „Europa” w Katowicach, a  skontaktować miała go z tymi ludźmi Jula (Helena Mathea), poznana niedawno przez „Gromka” młoda kobieta współdziałająca z konspiracją. Skrzek cenił ją wysoko, gdyż z niezwykłą urodą łączyła śmiałość, odwagę i  szybkość orientacji.”

Wydaje się jednak, że nie od razu Skrzek obdarzył ją zaufaniem. Tak przynajmniej wynika z ustaleń Edmunda Odorkiewicza. Ale zacznijmy od początku…

Helena Mathea, zwana Matejanką, używająca pseudonimów „Jula” i  „Lu”, była kobietą niezwykłej urody. Wysoka, zgrabna, z długimi blond włosami, obdarzona promiennym uśmiechem – mężczyźni wprost szaleli na jej punkcie. Czy to ona stała za aresztowaniem Karola Kornasa, którego była łączniczką? Nie ma na to bezpośrednich dowodów, ale wiele wskazuje na to, że już wówczas była agentką gestapo.

Ludwik Walczak, zanim został aresztowany, osobiście nie znał Matejanki. Na przełomie wiosny i lata 1941 roku był on przesłuchiwany w  więziennej izbie chorych przez gestapowca nazwiskiem Marol, któremu towarzyszyła – jak to określił – piękna blondynka. Zeznania składał po niemiecku, a gdy miał problem ze znalezieniem właściwego słowa po niemiecku, to wtrącała się owa blondynka, która tłumaczyła je z polskiego na niemiecki. Później dowiedział się, że ową blondynką była Matejanka, której to jednak nie znał z pracy konspiracyjnej, bowiem jego łączniczką była „Genia” (Wanda Kurkówna z Tarnowskich Gór, nauczycielka z Piotrowic).

Walczak miał się potem dowiedzieć od Józefa Pukowca, komendanta Śląskiej Chorągwi Harcerzy i zarazem szefa Biura Informacji i Propagandy Komendy Okręgu Śląskiego ZWZ, aresztowanego 18 grudnia 1940 r., ściętego na gilotynie w Katowicach 14 sierpnia 1942 roku, że podobno w maju 1940 roku został zatrzymany przez gestapo, a następnie zwolniony ojciec Matejanki. Zdaniem Pukowca, to wtedy Matejanka miała podjąć współpracę z gestapo („w zamian za uwolnienie ojca”). Pukowiec miał nadto oświadczyć, że to Matejanka sypnęła Glaglę i Aniołów, bowiem Gestapo, przychodząc po tych ostatnich, świetnie orientowało się w rozkładzie budynku, wiedząc, gdzie znajduje się drukarnia.

Jak wynika z relacji Jerzego Janoty, do konspiracji wciągnął Matejankę właśnie Bronisław Anioł. Była dyspozycyjna, aktywna i wkrótce została łączniczką. To właśnie w domu Aniołów w Ligocie – Zadolu drukowana była gazetka „Świt”. Bronisław Anioł został aresztowany, a następnie skazany na karę śmieci przez ścięcie. Jerzy Janota ps. „Jan” z Ligoty był kurierem Delegatury Rządu RP na Okręg Śląski i jeździł z pocztą konspiracyjną do Warszawy. On to zawiózł do Warszawy, do Alojzego Targa, gryps od Bronisława Anioła, który zaczynał się od słów „Uważajcie na Helę Matejankę”. Dalej w grypsie tym Bronisław Anioł miał napisać, że Matejanka była na jego przesłuchaniu i gdy on wypierał się, ona właśnie uderzyła go w  twarz.

Warto w tym kontekście przywołać wspomnienia siostry Jerzego Rudy ps. „Jolly”, która chodziła do siedziby gestapo, mieszczącej się na ul. Powstańców w Katowicach, prosząc o możliwość widzenia z bratem:

„Wchodząc do budynku widziałam ją [Matejankę] jak siedziała w  fotelach w wykuszu, roześmianą w towarzystwie podrywających ją gestapowców. Gdy mnie zobaczyła, przestała się śmiać i skinęła głową, po czym szepnęła coś najbliższemu esesmanowi do ucha i oboje patrząc na mnie, wybuchnęli śmiechem”.

Było to gdzieś w okolicach marca 1941 roku. Jerzy Ruda aresztowany został 18 grudnia 1940 roku, a zmarł 17 kwietnia 1941 roku. Wygląda przy tym na to, że Jerzy Ruda już wcześniej miał obiekcje co do Matejanki. Łączniczka Karola Kornasa i zarazem dobra koleżanka „Julki”, zeznając w dniu 12 lipca 1972 roku przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w  Katowicach, powiedziała:

„W październiku 1939 r. spotkałam się z Kornasem, którego znałam z  harcerstwa i z ławy szkolnej, kiedy uczęszczał do gimnazjum Matematyczno – Przyrodniczego w Katowicach przy ul. Jagiellońskiej. […]

W pierwszej połowie listopada 1940 r. rozmawiałam z Jerzym Rudą, zam. w Ochojcu przy ul. Ziołowej /16 – 18/ na temat, że jako łączniczka obejmę okręg Cieszyn, ponieważ Helena Mathea po pierwsze jest za ładna i nie nadaje się do tej pracy, a nadto że jest podejrzana o współpracę, ale to nie jest jeszcze sprawdzone. Jeśli się to potwierdzi, to ją trzeba sprzątnąć. Dla mnie było to zaskakujące, bo była ona moją koleżanką i nie rozumiałam się jeszcze na sądzie organizacyjnym. Podejrzenie padło z tego powodu, że samodzielnie była nawiązała kontakt z Mazurem i Rymerami w Dziedzicach.

W moim skojarzeniu niektórych faktów i rozmów z Matheanką przypuszczam, że nawiązanie łączności z Niemcami nastąpiło w okresie, kiedy jej ojciec był aresztowany przed 3 maja 1940 r. Ona właśnie robiła starania o  jego zwolnienie. Jednego razu rozmawiała ze mną i powiedziała, że jej ojciec wyjdzie, że gestapowcy do niej się umizgiwali, narzekała na siebie, że jest świnią, jednym słowem mówiła o sobie najgorsze rzeczy, miała pretensje do całego otoczenia. Podkreślić należy, że ona bardzo ojca kochała.

Dnia 18 grudnia 1940 r. zostałam aresztowana z całą grupą Siły Zbrojne Polski.”

Z kolei przywołajmy oświadczenie Heleny Wiechuły, siostry Bolesława Wiechuły, szefa służby sanitarnej Okręgu Śląskiego ZWZ/AK:

„Oświadczam, że Helena Mateja, zwana u nas Halą, często przychodziła do naszego domu w czasie od grudnia 1939 r. do chwili aresztowania brata Władysława w dniu 18 XII 1940 r. Od czasu do czasu przychodziła również po aresztowaniu rodziny w czerwcu 1943 r. pytając się, czy mamy środki do życia pozostałych nieletnich dzieci aresztowanych sióstr. Napisała mi nawet prośbę do siostry Hitlera o zwolnienie rodziców z obozów koncentracyjnych. Byłam bardzo ostrożna w rozmowie z nią, ponieważ osobiście od obu braci dowiedziałam się po powrocie z robót przymusowych z  początkiem 1942 r., że „Hala” jest na usługach Gestapo.

Brat Władysław więziony w Raciborzu w czasie oficjalnego widzenia oświadczył mi przy strażniku, żebym wystrzegała się fałszywej koleżanki Hali. Pytając się o moje koleżanki, powiedział dosłownie: „Koleżankę Halę wyrzuć z  domu, bo ona jest fałszywa” i trącił mnie przy tym nogą.

Brat Bolesław, ukrywający się od 18 XII 1940 r. przed Gestapo, informował to wyraźnie. Powiedział mi w tym samym okresie, że czytał gryps Józefa Skrzeka, aresztowanego inspektora katowickiego ZWZ, który napisał,że „Jula pracuje dla Gestapo”. Bolek dodał: „Hala będzie pierwsza, której wpakuję kulę w łeb”.

Matejanka była bliską współpracownicą moich braci w pracy konspiracyjnej. Jedynie ojciec ostrzegał braci, że taka dziewczyna nadaje się na randki, a nie do pracy w podziemiu. Na to bracia odpowiedzieli, że ona oddaje nam duże usługi, bo umie zawsze wszystko załatwić, szczególnie z  mężczyznami.”

Józef Loga do wybuchu wojny był drużynowym drużyny szkolnej im. Władysława Jagiełły w Szopienicach. W kampanii wrześniowej walczył w  szeregach 37 pułku piechoty. Powróciwszy do Szopienic pod koniec października 1939 roku zaczął tworzyć w oparciu o członków swojej drużyny harcerskiej konspiracyjne „trójki”, włączając się w działalność Polskiej Organizacji Partyzanckiej. W połowie marca 1940 roku został aresztowany. Składając w dniu 21 stycznia 1974 roku zeznania przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich, powiedział:

„Jednego razu Koczy z Ligoty po przesłuchaniach go na „Abteilung – politisch” mówił, że w czasie jego przesłuchiwania na tym oddziale była konfrontowana Matheyanka z nim. Zaznaczam, że ja Matheyanki nie znałem, tylko Koczy wymienił jej nazwisko. Tak samo młody chłopak, którego nazwiska nie pamiętam, tak samo mówił, że był konfrontowany z Matheyanką.”

Wszystkie te fakty wyszły jednak na jaw dopiero sporo później, a na razie nikt z pozostałych na wolności żołnierzy podziemnego wojska nie podejrzewał, że to właśnie ona stać może za aresztowaniami. Ci, którzy mieli coś do powiedzenia na jej temat, siedzieli w więzieniach albo w obozie koncentracyjnym. Ale oto 18 maja 1941 roku i ona została aresztowana. Czyżby coś w niemieckiej machinie terroru zawiodło na łączach? W taki oto sposób więc Niemcy omal nie zdekonspirowali swojej cennej agentki, która to po kilku dniach odzyskała wolność. Oddajmy w tym miejscu głos Pawłowi Krawczykowi, komendantowi placówki ZWZ w Mikołowie:

„Przed około 4 latami rozmawiałem (1969) z profesorem Alojzym Targiem na temat „Julki”. Targ oświadczył mi następująco: W trakcie pełnienia przez niego łącznika Rządu na województwo śląskie, dotarła do niego w Warszawie wiadomość, że Julka Matheyanka w czasie śledztwa w  więzieniu w Berlinie – Moabicie przeszła na usługi gestapo. W celu wyjaśnienia tej sprawy przedsięwziął bardzo niebezpieczną wyprawę na Śląsk. Porucznik Skrzek przedstawił mu następującą wersję uwolnienia Julki z  więzienia w Berlinie: Julka po powrocie z Berlina natychmiast zameldowała się u niego z prośbą o możliwość działania w organizacji, ponieważ jest w tej chwili znacznie lepiej zakonspirowana, gdyż ma dojście do gestapo. W czasie śledztwa w Berlinie – Moabicie zakochał się w niej jeden z gestapowców i za cenę zostania jego kochanką przyrzekł umożliwić jej zwolnienie z więzienia. Julka przystała na tę propozycję, jest w tej chwili kochanką gestapowca, ale hańbę, w której żyje, chce zmazać wierną służbą w organizacji. Porucznik Skrzek uwierzył w takie tłumaczenie i uważał je za w pełni wiarygodne.”

Zdaniem Edmunda Odorkiewicza, Skrzek nie od razu jednak jej uwierzył. W świetle jego ustaleń przypadkiem spotkała ona w pociągu prof. Alojzego Targa, który był wówczas zastępcą Delegata Rządu na Okręg Śląski, i  opowiedziała mu, jak to gestapowiec Paul Breuche zakochał się w niej i  doprowadził do jej uwolnienia (wtedy to dopiero Paul Breuche miał nakłonić Matejankę, by ta „dla pozorów” podpisała zobowiązanie do współpracy z  gestapo). Józef Skrzek, według Odorkiewicza, zgłosił zastrzeżenia odnośnie „Julki”, w związku z czym odbyły się dwie narady w jej sprawie. Pierwsza miała miejsce jeszcze w maju, druga – w lipcu. Na nieszczęście większość zebranych uznała wyjaśnienia „Julki” za wiarygodne i została ona dopuszczona do pracy konspiracyjnej. A „Julka”, powtórzmy to raz jeszcze, była kobietą niezwykłej urody i nietrudno było wyobrazić sobie, że ktoś mógł się w niej zakochać. Większość członków dowództwa ZWZ, a byli to wszak przeważnie ludzie młodzi, podkochiwała się w niej. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Na pierwszy ogień poszedł Józef Skrzek, z którym to „Julka” umówiła się 5 września 1941 roku w katowickiej kawiarni „Europa”. Powróćmy do książki Józefa Kreta:

„W kawiarni zamówił herbatę i rozglądał się nieznacznie za łączniczką i  organizatorami Komitetu. Był spokojny i opanowany. Minęła umówiona godzina, a oni nie nadchodzili. Zaczęły go ogarniać wątpliwości co do samej łączniczki, pośredniczącej w dzisiejszym spotkaniu. Przypomniały mu się sceptyczne o niej uwagi przyjaciela. Na podstawie paru dotychczasowych spotkań z Julą zaczął analizować jej postawę i zachowanie. Ojciec jej siedzi w  więzieniu, ją jakoś łatwo zwolniono. Czy to nie pułapka?

Jula rozejrzała się po sali i dostrzegłszy „Gromka” podeszła do niego. Dziewczyna usiadła i bardzo uważnie lustrowała siedzących na sali. Zaczęła mówić o mającym się tworzyć komitecie, tłumaczyć spóźnienie organizatorów. W chwilę potem zjawił się kto inny: podeszli trzej gestapowcy i aresztowali „Gromka”.

Osadzono go w osławionym z okrucieństwa więzieniu w Mysłowicach. Przebywał tam w pojedynczej celi. Za pomocą tortur próbowano wydobyć od niego wiadomości o akcji i ludziach podziemia. Najbliżsi przyjaciele w  napięciu oczekiwali, czy nie przedostanie się jakaś wiadomość o nim zza więziennych murów, czy się nie załamie.

Nadszedł wreszcie dostarczony przez harcerzy gryps z więzienia. Pisał „Gromek”: „Jestem po śledztwie. Śledztwo trwało miesiąc. Nie wydałem nikogo, nie wsypcie i wy mnie. Wmówiłem Gestapo, że jestem przedstawicielstwem harcerstwa w Polskiej Organizacji Charytatywnej, pomagającej rodzinom aresztowanych. Wszystko skończyło się dobrze. Grozi mi osiem lat Zuchthausu. Jula pracuje dla Gestapo.”.”

Tymczasem aresztowania trwały. 6 września 1941 roku aresztowany został na dworcu w Katowicach ks. Jan Macha, wikary parafii św. Józefa w  Rudzie Śląskiej, który w swoim czasie miał bezpośredni dostęp do por. Józefa Korola, zajmując się organizowaniem w ramach Wydziału Cywilnego Sztabu Okręgu Śląskiego opieką społeczną, a nadto był jednym z    organizatorów struktur konspiracyjnych na terenie Rudy Śląskiej i  okolicznych miejscowości. Tego dnia z dwoma ministrantami udał się on do Katowic po katechizmy. Po odebraniu katechizmów wszyscy wrócili na dworzec, ksiądz bowiem chciał widzieć, jak ministranci bezpiecznie wsiadają do pociągu. Sam miał zostać w Katowicach, gdzie zamierzał wziąć udział w  spotkaniu konspiracyjnym.

Jeden z ministrantów, Bernard Łukaszczyk, opowiadał potem, że gdy będąc już w pociągu, rozmawiał z księdzem, niespodziewanie podeszło do niego dwóch funkcjonariuszy gestapo w cywilnych ubraniach. Towarzyszyła im urodziwa blondynka, która chwilę wcześniej wskazała im księdza Machę – z opisu wynikało, iż była to Matejanka. Najwyraźniej Niemcy nie wiedzieli, jak wygląda ksiądz Macha i dlatego zabrali ze sobą Matejankę. Z kolei Józef Guertler tak opisał to wydarzenie:

„W dniu 6 września 1941 roku został aresztowany na dworcu kolejowym ks. Macha. Ja byłem wówczas w jego ubezpieczeniu. Po spotkaniu, które odbyło się w kawiarni przy ul. Mielęckiego, około godziny 18:20 ks. Macha wyszedł z kawiarni, udając się na dworzec kolejowy. W Hali II przy okienku kupując bilet powrotny do Rudy Śląskiej, odwrócił się od okienka i wówczas podeszło do niego dwóch osobników w jasnych płaszczach z kapeluszami popielatymi z opuszczonymi rondami. Po wylegitymowaniu zabrali go do samochodu czekającego przed dworcem. Dodaję, że w obstawie byłem razem z  Wincentem Pyszem. Rozmowa w kawiarni trwała od 1 – 1,30. Z kim odbyło się spotkanie, nie wiem.”

Jak widzimy, opis ten różni się dość znacznie od tego, co przekazał w  swej relacji Bernard Łukaszczyk, a także ks. Antoni Gasz, którzy zgodnie twierdzili, że ks. Macha udał się do Katowic po katechizmy i że na dworzec poszedł jedynie po to, by odprowadzić ministrantów, którzy mu wówczas towarzyszyli. Zdaniem Edmunda Odorkiewicza obie wersje da się ze sobą pogodzić. Stwierdza on, iż „jedna wersja nie przeczy drugiej, gdyż ks. Macha mógł nawet dla bezpieczeństwa upozorować swój wyjazd obowiązkami kapłańskimi”. Rodzi się jednak pytanie, gdzie w takim razie byli owi towarzyszący księdzu ministranci, kiedy ten był na spotkaniu konspiracyjnym. Podejrzewam, że owej zagadki nigdy już nie zdołamy rozwikłać…

W ślad za aresztowaniem ks. Machy nastąpiły zakrojone na szeroką skalę aresztowania na terenie dzisiejszej Rudy Śląskiej, Piekar Śląskich oraz powiatu tarnogórskiego. 15 września Matejanka wystawiła Pawła Ulczoka, łącznika Komendy Okręgu Śląskiego ZWZ. Scenariusz był ten sam, co w  przypadku aresztowania Skrzeka – umówiła się z nim w katowickiej kawiarni „U Przybyły” (przy ul. Świętego Jana), gdzie czekało na niego gestapo. Ulczok załamał się w śledztwie i poszedł na współpracę. Ściśle potem współdziałał z „Julką” przy rozpracowywaniu struktur konspiracyjnych na Śląsku.

Józef Skrzek, który początkowo liczył, że uda mu się ujść śmierci, przemycił kolejny gryps, w którym napisał: „Wszystko stracone. Ulczok mnie wsypał. Żegnajcie.”

Skrzek został powieszony na drzewie w Bytkowie 3 grudnia 1941 roku. Dwa tygodnie wcześniej, 18 listopada 1941 roku, na tym samym drzewie powieszony został Paweł Wójcik. Do zgonionych przez hitlerowców, by przyglądali się egzekucji, mieszkańców Michałkowic i  Bytkowa, zwrócił się Józef Skrzek tuż po odczytaniu wyroku, by nie rozpaczali, zapowiadając, że nadejdzie dla katów dzień sądu. Kiedy zakładano mu pętlę na szyję, zawołał: „Niech żyje Polska! Niech żyje Chrystus Król!”.

Zgromadzony tłum z najwyższym trudem tłumił płacz, ale kiedy z ust Skrzeka wydobył się ów okrzyk, ludzie nie wytrzymali. Wielu spośród nich padło na kolana. Zebranym tłumem wstrząsnął zbiorowy szloch.

Wojciech Kempa

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Komentarze