Netfliksowy kobieton Łęcka
Izabela Łęcka ma za sobą trzy procesy. W pierwszym dostała wyrok, w dwóch następnych – obrońców. Gdybym była na jej miejscu, tych ostatnich bałabym się bardziej niż wszystkich oskarżeń razem wziętych. Każdy z nich wie o niej coś, czego jakimś sposobem nie zauważył Prus, choć znał ją, było nie było, od urodzenia.
W niejednej PRL-owskiej szkole, gdzie „Lalkę” czytano, rzecz była prosta: nazwisko się zgadzało, majątek, przynajmniej dawny, też, więc Izabela lądowała na ławie oskarżonych jako przedstawicielka zgniłej arystokracji i tak to się nad całą „Lalką” rozwodzono. Kłopot sprawiała prezesowa Zasławska, również przecież dumna arystokratka, a przy tym kobieta, która umiała gospodarować i miała do pracy szacunek tak szczery, że uczciwego kupca stawiała wyżej niż dziesięciu austriackich hrabiów. Nikt jej widać nie doręczył obowiązującej oceny własnej klasy. Mówi to zresztą Izabeli prosto w oczy, kiedy próbuje wybić jej z głowy pogardę dla Wokulskiego, z mizernym, trzeba przyznać, skutkiem.
Prus gołym okiem widział próżność salonów i nie potrzebował do tego żadnego podręcznika marksizmu. Widział też, że wśród arystokratów trafiają się ludzie zdolni do obowiązku, choć według późniejszego klucza urodzili się po niewłaściwej stronie barykady. Przez to właśnie jego powieść uwierała każdego, kto podchodził do niej z wyrokiem napisanym zawczasu.
Kiedy klasowy klucz zardzewiał, dorobiono nowy, dopasowany do zamka z napisem „zniewolenie kobiet”. Oto w niektórych współczesnych odczytaniach Izabela jest kobietą uwięzioną w roli arystokratki, której salon, urządzony oczywiście przez mężczyzn, nie daje oddychać, a małżeństwo zagraża wolności! Rzecz przejmująca, sama bym się może wzruszyła, gdyby nie mój nieszczęsny zwyczaj czytania. A Prus napisał: „Świat salonów kochała panna Izabela na śmierć i życie”. Na śmierć i życie, proszę! Bała się, że ten świat odwróci się od niej, kiedy skończą się pieniądze, a przy wyborze męża pilnie rachowała nazwisko i majątek, o urodzie bynajmniej nie zapominając. Do ucieczki z salonu wcale jej się nie spieszyło. Trzymała się go kurczowo.
Jej wybawczynie znalazły i na to wyjaśnienie: Izabela kochała salon, bo tak ją wychowano. A i pogardę dla Wokulskiego też jej wpojono. Cóż, trudno wymagać, by zajrzały do pamiętników szlachcianek. Jeszcze odkryłyby, że wychowanie obejmowało także wiarę i obowiązki wobec bliźnich. Z „Lalką” też chyba były na bakier, skoro przeoczyły Zasławską. Wystarczyło im obwinić wychowanie, żeby uniewinnić dorosłą kobietę. Tyle że gdy Łęcka traktuje Wokulskiego z góry, robi to już na własny rachunek. Naiwny Prus zajmował się jej charakterem, zamiast wystawić jej glejt ofiary męskiego szowinizmu. Ot, facet…
Netflix przyszedł wprawdzie na gotowe, ale doszedł do wniosku, że sam glejt to za mało. Trzeba było jeszcze z Łęckiej zrobić kobietona. Najpierw jednak należało jej dorobić życiorys bojowniczki, więc serialowa Izabela interesuje się emancypacją, chce pisać do „Bluszczu” i spotyka Orzeszkową. Twórcom wolno wymyślać bohaterom nowe losy. Gorzej, gdy widz ma uwierzyć, że właśnie taka Łęcka była u Prusa. Widziałam scenę, w której salonowe starcie, u Prusa prowadzone półgłosem, przechodzi we wrzaskliwą, wulgarną kłótnię. O języku całego serialu zresztą piszą, że pełen jest przekleństw. Kostium uszyto starannie, obyczaje natomiast wzięto ze speluny.
Kobietona znam ze współczesności, bo choć takich nie ma wielu, każdy napotkany robi wszystko, żeby go było widać i słychać. Przerywa i podnosi głos, a gdy to nie pomaga, sypie wulgaryzmami. Jeśli rozmówca w końcu zamilknie, choćby z czystego zmęczenia, kobieton uważa, że wygrał. Oczywiście siłą argumentu. Chciałoby się wytłumaczyć mu pomyłkę, ale niepodobna dojść do słowa. Kobieton bowiem ryczy.
Skąd się wziął? Między innymi z bardzo wygodnego odkrycia, że dobre maniery są formą ucisku kobiet. Kobieton usłyszał to i odetchnął. Skoro opanowanie ma być oznaką uległości, nie trzeba już nad sobą pracować. Można rzucić mięsem, potraktować ludzi z góry i oczywiście ogłosić, że wreszcie jest się sobą. Rachunek za to wyzwolenie płaci ten, kto musi stać obok. Kobieton pilnie przypatrzył się najgorszym męskim obyczajom i wybrał grubiaństwo – najtańszą podróbkę siły charakteru.
Z pomocą przychodzi mu kamera. Awantura mieści się w krótkim nagraniu jak ulał. Spokojna stanowczość znacznie gorzej – no i dla łowców kliknięć jest nudna. Gniew za to zbiera w sieci reakcje, które zachęcają do kolejnych wystąpień. Są kliknięcia – taka współczesna atencja. Nic dziwnego, że kamera znajduje kobietona bez trudu, a on chętnie przemawia przed nią w imieniu kobiet, które nigdy go o to nie prosiły, mnie nie wyłączając.
Prusowska Izabela Łęcka nie była wzorem cnót. Potrafiła upokorzyć Wokulskiego, nie podnosząc głosu, a jej wychowanie wiele wprawdzie tłumaczyło, ale odpowiedzialności z niej nie zdejmowało. Obok niej Prus postawił Zasławską, arystokratkę, której ani rozumu, ani odwagi nie brakowało, więc kto szukał w „Lalce” silnej kobiety, miał ją pod ręką przez cały czas.
I tak oto Łęcka odbyła drogę od klasowej winowajczyni do kobietona w eleganckiej sukni, zahaczywszy jeszcze (jak to obwieściły feministki) o więzienie salonu. Za każdym razem ktoś poprawiał Prusa. Ostatnia poprawka jest najgłośniejsza, co dziś zapewne wystarcza za dowód, że była najlepsza – zwłaszcza w oczach kobietonów, którzy na swoich profilach piszą z dumą: „szlachta nie pracuje”.
Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.





