Nawrocki podpisał ustawę o cenzurze Internetu

II Powojenna Konferencja Żydoznawcza GŁÓWNE WYDARZENIE MAGNA POLONIA II Powojenna Konferencja Żydoznawcza Program i szczegóły →

25 września, w ostatnim dniu przewidzianym na decyzję, prezydent Karol Nawrocki podpisał ustawę wdrażającą w Polsce część unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA). Nowelizacja wyznacza prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej na koordynatora ds. usług cyfrowych i ustanawia krajowe ramy egzekwowania przepisów DSA. Za naruszenia przewidziano administracyjne kary sięgające 6% światowego obrotu dostawcy usług pośrednich. Niestety, sprawa tej ustawy nie odbiła się szerokim echem i została przykryta ustawą o obniżkach cen paliw, co jest wygodne zarówno dla Tuska jak i Nawrockiego.

Podpis prezydenta jest o tyle zaskakujący, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej Karol Nawrocki zawetował poprzednią wersję ustawy, wskazując na poważne wątpliwości związane z ingerencją administracji w treści publikowane w internecie i niewystarczające gwarancje kontroli sądowej. 9 stycznia prezydent odmówił podpisania ustawy z 18 grudnia 2025 roku.

Tymczasem zasadniczy problem wcale nie zniknął. Został przede wszystkim przesunięty do innej ustawy. Najbardziej kontrowersyjny mechanizm, czyli administracyjne nakazy dotyczące usuwania lub blokowania nielegalnych treści, został wyłączony z podpisanej teraz regulacji i znalazł się w osobnym projekcie – druku nr 2693. Projekt ten trafił do Sejmu w czerwcu, a we wrześniu został skierowany ponownie do komisji po drugim czytaniu. Innymi słowy: pomysł, który wcześniej skłonił prezydenta do weta, nie został porzucony. Został rozdzielony legislacyjnie.

To właśnie dlatego podpisanie obecnej ustawy trudno uznać za rozwiązanie problemu. Otwiera ono bowiem drogę do stworzenia systemu, w którym coraz większą rolę w sporach o treści publikowane w internecie odgrywać będą organy administracji.

Szczególnie poważne wątpliwości dotyczą relacji pomiędzy postępowaniem administracyjnym a postępowaniem sądowym. W określonych sporach dotyczących moderacji treści ustawa przewiduje mechanizmy, które mogą powodować zawieszenie postępowania sądowego w związku z równolegle prowadzonym postępowaniem przed organem administracji. To rodzi fundamentalne pytanie: czy o granicach dopuszczalnej wypowiedzi powinien w pierwszej kolejności rozstrzygać niezawisły sąd, czy urzędnik wyposażony w kompetencje administracyjne?

Problem jest tym większy, że organ administracji może w określonych przypadkach nakazać dostawcy usług podjęcie działań wobec treści, włącznie z uniemożliwieniem dostępu do niej. W takim postępowaniu bezpośrednią stroną jest dostawca usługi. Autor konkretnego wpisu nie otrzymuje więc pozycji odpowiadającej pozycji platformy. W praktyce decyzja dotycząca jego wypowiedzi może zostać podjęta w postępowaniu, w którym sam zainteresowany nie jest jego centralnym uczestnikiem.

Kolejną kwestią są tzw. zaufane podmioty sygnalizujące. Sam DSA przewiduje ich funkcjonowanie i nadaje zgłoszeniom takich podmiotów priorytet w systemie moderacji. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy krajowe przepisy tworzą dodatkowe uprawnienia dla organizacji uczestniczących w tym mechanizmie. Komisja Europejska sama wskazuje, że system wymaga jasnych warunków kwalifikowalności oraz odpowiednich zabezpieczeń.

Jeżeli podmiot może masowo zgłaszać treści jako potencjalnie nielegalne, szczególnie istotne stają się pytania o jego niezależność, sposób finansowania i odpowiedzialność. Nie wystarczy bowiem powiedzieć, że jest to „zaufany” podmiot. Trzeba jeszcze odpowiedzieć na pytanie: zaufany przez kogo i na jakiej podstawie?

Jeszcze bardziej kontrowersyjne są dodatkowe uprawnienia procesowe przyznawane takim podmiotom. Jeżeli organizacja może zarówno inicjować zgłoszenia dotyczące treści, jak i następnie uczestniczyć w sporach sądowych dotyczących ich moderacji, powstaje ryzyko koncentracji wpływu na dwóch etapach tego samego konfliktu.

Nie oznacza to oczywiście, że każde zgłoszenie zaufanego podmiotu będzie prowadziło do usunięcia treści. Oznacza jednak, że sposób skonstruowania krajowych procedur ma znaczenie dla praktycznego kształtu wolności słowa w internecie.

Prezydent miał już okazję jasno postawić granicę pomiędzy koniecznością wykonania prawa unijnego a tworzeniem krajowego systemu, który może zwiększać rolę administracji w rozstrzyganiu sporów o wolność słowa. W styczniu z tej możliwości skorzystał. We wrześniu podpisał jednak ustawę, mimo że najważniejsze kontrowersje nie zostały ostatecznie rozwiązane, lecz częściowo przeniesione do kolejnego projektu.

Można oczywiście argumentować, że obecna ustawa jest znacznie węższa od zawetowanej i że Polska musi wreszcie stworzyć krajowe ramy wykonywania DSA. Jest to istotny argument – unijny akt obowiązuje bezpośrednio, a brak pełnego krajowego systemu jego egzekwowania był przedmiotem postępowania Komisji Europejskiej. Nie oznacza to jednak, że każda krajowa regulacja implementacyjna powinna być przyjmowana bez krytycznej oceny jej skutków dla wolności słowa.

Dlatego prawdziwa batalia dopiero się rozpoczyna. Jej przedmiotem będzie druk nr 2693. To tam znajduje się kwestia, której prezydent wcześniej się sprzeciwił: możliwość administracyjnego ingerowania w dostęp do treści uznanych za nielegalne. Projekt jest nadal procedowany przez Sejm.

Jeżeli prezydent rzeczywiście traktował swoje styczniowe weto jako obronę przed cenzurą i prawa do niezależnego sądu, będzie musiał odpowiedzieć na pytanie, dlaczego podpisał ustawę stanowiącą element tego samego systemu, a najważniejszy sporny mechanizm pozostawił do dalszego procedowania. Samo przesunięcie najbardziej kontrowersyjnych przepisów do innego druku nie rozwiązuje bowiem problemu.

Wolność słowa nie oznacza, że państwo nie może nakazać obywatelowi milczenie, albo że wolno mówić co się komuś podoba. Przede wszystkim prawdziwa wolność słowa, zgodna z nauczaniem Kościoła to prawo do mówienia prawdy i pewność, że państwo nie będzie za takie wypowiedzi ścigało. Jeżeli o tym, co obywatel może powiedzieć w Internecie, coraz częściej będą decydowały procedury administracyjne a potem sądy, powstaje realne ryzyko przesunięcia ciężaru ochrony wolności słowa z wymiaru sprawiedliwości na administrację. To krok wstecz względem obecnego stanu, gdzie kwestie wymawianych słów od razu rozpatrywały sądy.

NASZ KOMENTARZ: Karol Nawrocki już raz powiedział temu rozwiązaniu „nie”. Tym bardziej trudno zrozumieć, dlaczego tym razem powiedział „tak”. Kto wie, może pojawiły się jakieś „naciski”, jak na Lecha KAczyńskiego w sprawie Traktatu Lizbońskiego?

Polecamy również: Francja znów płonie. Rozruchami kieruje burmistrz strefy „no-go”

MAGNA POLONIA NA E-MAIL Nie przegap najważniejszych tekstów.

Najważniejsze publikacje, nowe wydania i informacje o naszych działaniach bezpośrednio na Twoją skrzynkę.

FUNDACJA MAGNA POLONIA

Ten portal istnieje dzięki Czytelnikom.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie wartościowy, pomóż nam finansować kolejne materiały, książki i działalność Fundacji.

0 zł0%
Cel: 18 200 zł · brakuje 18 200 zł
Zobacz darczyńców tego miesiąca →