Morska farma wiatrowa na Bałtyku to sztandarowa inwestycja rządu Tuska. W teorii miała produkować tanią, czystą i niezależną od paliw kopalnych energię. Jak się jednak okazało, bilans jej produkcji okazał się na razie ujemny.
Morska farma Tuska miała dawać prąd, a zaczęła go pobierać z krajowego systemu. Chodzi o Baltic Power, jedną z najważniejszych inwestycji rządu warszawskiego w morską energetykę wiatrową, realizowaną przez Orlen i Northland Power. Farma ma docelowo składać się z 76 turbin o łącznej mocy około 1,2 GW i produkować około 4 TWh energii rocznie, co według inwestorów odpowiada zapotrzebowaniu ponad 1,5 mln gospodarstw domowych.
Problem w tym, że podczas fazy rozruchu i testów system PSE pokazał momentami coś, czego przeciętny odbiorca energii raczej nie spodziewałby się po „zielonej elektrowni”: zamiast produkować energię, instalacja wykazywała ujemną moc, sięgającą około 3 MW, czyli według odczytu pobierała energię z krajowej sieci.
Oczywiście nie oznacza to, że Baltic Power będzie na stałe urządzeniem pobierającym prąd zamiast go wytwarzać, ponieważ farma znajduje się w fazie uruchamiania, a PSE wskazywały na możliwość błędów pomiarowych; infrastruktura farmy również musi zużywać energię na działanie systemów sterowania, zabezpieczeń czy urządzeń pomocniczych.
Nie zmienia to jednak faktu, że sytuacja ta dobrze pokazuje podstawowy problem całej idei energetyki wiatrowej: sama turbina nie jest jeszcze kompletnym systemem energetycznym. Turbina o mocy 15 MW nie produkuje przecież przez całą dobę 15 MW, ponieważ jej rzeczywista produkcja zależy od siły wiatru, a kiedy wiatr jest zbyt słaby, produkcja spada, natomiast kiedy jest zbyt silny, turbiny mogą zostać wyłączone ze względów bezpieczeństwa.
System energetyczny nie może jednak działać według zasady, że prąd będzie dostępny wtedy, kiedy akurat odpowiednio mocno zawieje, dlatego rozwój energetyki wiatrowej wymaga równocześnie inwestowania w sieci przesyłowe, magazyny energii, źródła rezerwowe i mechanizmy bilansowania, a każdy z tych elementów oznacza kolejne miliardy złotych niepewnej inwestycji.
W przypadku farm morskich dochodzi jeszcze ogromna infrastruktura techniczna: fundamenty, kable podmorskie, stacje elektroenergetyczne, przyłącza lądowe oraz skomplikowany i kosztowny serwis urządzeń znajdujących się dziesiątki kilometrów od brzegu. W efekcie opowieść o „darmowym prądzie z wiatru” staje się coraz bardziej odległa od rzeczywistości ekonomicznej.
Warto w tym kontekście spojrzeć na Niemcy, które przez lata były jednym z największych europejskich entuzjastów rozwoju morskiej energetyki wiatrowej. Berlin powoli wycofuje się z prowadzenia morskich farm wiatrowych. Federalna Agencja Sieciowa przesunęła część aukcji dla nowych morskich farm wiatrowych z 2026 na 2027 rok, natomiast branżowe organizacje ostrzegają, że zagrożonych realizacją może być nawet 16 GW projektów przyznanych w ramach wcześniejszych aukcji, których inwestorzy nie podjęli jeszcze ostatecznej decyzji inwestycyjnej.
Jeszcze bardziej wymowny jest przypadek koncernu TotalEnergies, który rozpoczął przegląd swoich niemieckich projektów offshore, a w przypadku jednej z koncesji rozważał nawet jej zwrot, wskazując między innymi na opóźnienia i problemy z przyłączeniem do sieci.
Nie oznacza to końca niemieckiej energetyki wiatrowej, ale pokazuje coś istotnego: kiedy kończy się etap politycznych deklaracji, a zaczyna liczenie kosztów, entuzjazm dla kolejnych miliardowych inwestycji może bardzo szybko osłabnąć.
Polska powinna wyciągnąć z tego wnioski, zanim na kolejne projekty wydane zostaną następne miliardy. Nie chodzi o to, że energetyka wiatrowa jest całkowicie bezużyteczna, lecz o to, że przedstawianie jej jako prostego lekarstwa na wszystkie problemy energetyczne jest zwyczajnie niepoważne. Każdy megawat zainstalowanej mocy trzeba bowiem rozpatrywać w kontekście rzeczywistej produkcji, kosztów infrastruktury, bilansowania systemu i konieczności utrzymywania innych źródeł energii.
Tymczasem polityczna narracja europejskiej „zielonej transformacji” zbyt często zakłada, że skoro wiatr jest odnawialny, to inwestycje w wiatr muszą być automatycznie racjonalne ekonomicznie. Nie, nie muszą. Jeżeli państwo buduje coraz droższy system energetyczny nie dlatego, że jest on najbardziej efektywnym sposobem zapewnienia obywatelom taniej i stabilnej energii, lecz dlatego, że wpisuje się w ideologiczny projekt bezemisyjnej gospodarki, trudno nie dostrzec w tym kosztownej, skrajnie lewicowej utopii.
Ostatecznie rachunek za lewackie fanaberie zielonych komunistów płaci podatnik i odbiorca energii — poprzez podatki, opłaty, koszty infrastruktury oraz przede wszystkim horrendalną cenę prądu. Dlatego zamiast zachwycać się kolejnymi gigawatami „zielonej mocy”, warto odpowiedzieć na proste pytanie: ile będzie kosztował cały system i ile naprawdę zapłacimy za energię, kiedy wiatr przestanie wiać?
Polecamy również: Francuska policja pomaga przemytnikom nachodźców
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




