Monarchia to prestiż. Demokracja nie

II Powojenna Konferencja Żydoznawcza GŁÓWNE WYDARZENIE MAGNA POLONIA II Powojenna Konferencja Żydoznawcza Program i szczegóły →

Monarchia to prestiż

Monarchizm wywołuje przeróżne reakcje społeczne. Niekiedy mówi się o nim z cichym i umiarkowanym poparciem. Częściej jednak budzi agresywny sprzeciw. Wówczas to okazywana jest wobec niego otwarta, atawistyczna, wręcz zezwierzęcona wrogość. Rzadko kiedy nie wywołuje żadnych skojarzeń, a stanowisko zajęte wobec niego bliskie jest ambiwalentnemu, ale i to też się zdarza. Ja należę jednak do osób, które na ideę monarchiczną patrzą przez pryzmat prestiżu i tego, co Polska mogłaby faktycznie na nim zyskać, a trochę tego jest.

Moja ocena jest wypadkową dwóch kwestii. Z jednej strony może wydawać się czymś odrobinę wyidealizowanym, bo zwykle odnoszę się do samej idei, głównie kładąc nacisk na zalety tego ustroju, kosztem podnoszenia jego wad. Na pierwszy rzut oka będziemy więc mieli wrażenie stronniczości w moich tekstach, poświęconych tej tematyce, a nawet wręcz jej wyidealizowania.

Nie tylko zresztą ja jestem tak odbierany. Monarchia, jak wszystko na tym świecie, ma swoje, że tak powiem, plusy dodatnie i plusy ujemne. Mały wałęsalizm w tym miejscu nikomu, mam taką nadzieję, nie zaszkodzi, choć nie chciałbym przyczyniać się do wzrostu analfabetyzmu wśród ludzi. Nie mniej jednak z wad tego ustroju zdaję sobie sprawę.

Ja po prostu nie muszę przyłączać się do grona tych, którzy obrzucają monarchię zgniłymi pomidorami i kloacznym językiem. Zamierzam więc skorzystać ze swojego przywileju. Ludzi mających złą wolę jest wielu, a nawet bardzo wielu. Zresztą pewnie im to schlebia, że tak o nich mówię, no bo przecież liczy się dla nich ilość, a nie jakość. Za pewne na sam dźwięk słowa „wielu” dostają dreszczy i wypieków na twarzy. Powtórzę to zatem. Monarchia ma licznych wrogów i opluwaczy. Nie oczekujmy od nich jednak zbyt wiele. Emocje uniemożliwiają im rewizję błędnego osądu rzeczy. Zostawmy ich na pastwę własnej złości.

Czyż da się przekonać demona aborcyjnego, aby zostawił dzieci w spokoju? Bardzo nieliczne są przypadki takiego opamiętania. Tak i tutaj trudno rozmawiać z tymi, którzy chcieliby się spierać, ale najchętniej ze związanym przeciwnikiem po drugiej stronie, trzymając przy tym pięść przy jego twarzy. Brakuje im dobrej woli, którą zastępują w dużej mierze właśnie emocje, a z tymi nie da się rozmawiać, bo to jest ściana.

Jej wady, słuszne, bądź domniemane, często są wywlekane, i to w mało eleganckim stylu, w różnego rodzaju polemikach. Monarchizm nie zasłużył na taki los, aby byle pętak w Internecie kopał go i łajał, zupełnie tak, jak gdyby to była jakaś korporacja wysysająca życie z ludzi. Staję więc pozornie po stronie słabszego, a tak naprawdę, po stronie rzeczy niesłusznie wzgardzonej.

Takiej postawy domaga się elementarna sprawiedliwość, niewinnie przelana krew i odpowiedź na czarny PR, którym próbuje się dobić dobre imię  i pamięć o katolickich władcach. Ja lubię ująć się za tymi, którym odebrano prawo głosu do własnej obrony, stąd przywołanie nieco wyżej okrutnego losu dzieci nienarodzonych. Uciszanie mnie i mi podobnych, będzie przeciw-skuteczne. Marny wprawdzie ze mnie rycerz, ale cenię sobie jedno – pragnę być po właściwej stronie. Tylko tyle. Czyste sumienie cenię sobie bowiem bardziej niż złoto, ponieważ nie da się go kupić za żadne pieniądze.

Z drugiej strony, na moją ocenę monarchizmu, składa się również drugi element. O ile mogę, staram się postępować pragmatycznie, tam gdzie da się to pogodzić z tym pierwszym czynnikiem. Sprawy dotyczące duszy muszą bowiem być na pierwszym miejscu. Zawsze. Idąc w mroku nie da się za daleko dojść. Co więcej, ja nie chcę iść tam, gdzie można zajść, brnąc w ciemności. Wolę zdecydowanie pogodny dzień, w którym promienie słońca przebijają przez witraże gotyckiego lub barokowego kościoła. Szkoda zresztą, że moda na witraże, choć powraca, to zbyt wolno zdobywa swoich zwolenników.

Niemal wszystko na czym stoi współczesny świat, cały ten splendor i wielkość naszej, do niedawna przynajmniej, cywilizacji, jest zarówno przypomnieniem, dowodem, jak i potwierdzeniem tego, że monarchia i monarchowie, którzy lwią część z tego ufundowali, są powodem do dumy. Turyści, którzy zjeżdżają do Europy z całego świata, podziwiają przecież głównie katolickie zabytki i dorobek minionych epok. Tak, tak, starożytne zabytki też podziwiają.

Trudno by wręcz wyliczyć wszystkie te osiągnięcia na kilku stronach publicystycznego tekstu. Wielotomowe zbiory dzieł sztuki są tego najlepszym dowodem, a i tam nie ma przecież wszystkiego. Monarchia to brzmi dumnie i nie dziwi, że budzi podziw. Tyle wielkich imion, świętych, zwycięzców, budowniczych, mecenasów kultury, patronów ubogich, wdów i sierot. Nie mówię, że są bez skazy, bo i gdzie grzech pierworodny, tam zawsze nawet najpiękniejsze dzieło nosić będzie rysy.

Ponadto mądry monarcha patrzy daleko do przodu i z założenia postępuje ostrożnie. Stara się nie roztrwonić dóbr doczesnych, ale buduje spokojnie i pomnaża, bo ma na to czas, a jeśli nawet nie, to wówczas schedę po nim przejmie jego potomek. Nie musi się spieszyć i postępować pochopnie. Nie ma kadencji. Oczywiście, że zdarzają się źli, nieroztropni i rozrzutni królowie. Rzadko kiedy jednak zdarzają się dobrzy, roztropni, uczciwi i prawdomówni politycy w demokracji.

Ktokolwiek widział zresztą coś takiego? Z tym jest jak z yeti. Małe też prawdopodobieństwo, bliskie zera, że na 460 posłów trafi się większość szlachetnych i cnotliwych. Ani razu od 89 r. jeszcze się tak nie wydarzyło, abyśmy mieli mądry rząd.

Demokratyczny polityk słyszy z tyłu głowy nieustanne i głośne tykanie zegara. Śpieszy się więc, je szybko, chciwie i dużo. Przejada jednak to, co do niego nie należy. Ma wąski horyzont i patrzy tylko w stronę bufetu, bo już zaraz zamykają, a przed drzwiami stoją następni. To krwiopijcy bez zahamowań, którzy bardziej przypominają pasożyta wybieranego na kadencję niż gospodarza Polski. Oczywiście, że wśród nich mogą trafić się tacy, co obruszą się na te słowa, bo na tle pozostałych jawić się będą niemal jak chodzące ideały.

Ilu takich jest w danym okresie urzędowania? 5? 10? Niech będzie 15, a nawet 20. To jedynie 4,35% z całości. Nie ma więc szans, aby kiedykolwiek do władzy doszli ludzie, którym nie balibyśmy się powierzyć pod opiekę własnych dzieci, portfela i kluczy do domu.

To naturalne, że lepiej być poddanym króla, choćby najlichszym, ale dumnym ze swej przynależności niż wierzyć w to, że prawdziwa władza spoczywa w moich rękach albo, że w demokracji kiedyś będą rządzić prawi politycy. Nie można zaliczyć do takich stronnictw tych, które wysługują się innym państwom, a suwerenność służy im jako wycieraczka do butów, czy to amerykańsko-żydowskich, czy unijno-niemieckich, czy też rosyjsko-chińskich ambasadorów.

Świat przechodził różne choroby i miał swoje obłędy, aż nadto liczne zresztą. Można się podrapać po głowie, na samą myśl, że się jeszcze ostał we względnie jednym kawałku. Wśród tych szalonych idei, z których część jest, o, zgrozo, wyznawanych i propagowanych nadal, są komunizm, socjalizm, demokratyzm, liberalizm, kapitalizm, satanizm, gnostycyzm, panteizm, ateizm, laicyzm, feminizm, pacyfizm czy modny od niedawna populizm. Nie można zapomnieć o nieco młodszych chorobach ludzkości jak np. gender, LGBT, ekologizm, zwierzęce pseudo rodzicielstwo czy globalizm (dziecko kosmopolityzmu) etc.

Nie widzę zatem sensu, aby wyliczać kolejne wstydliwe rzeczy, za które ludzkość powinna przeprosić Pana Boga. To były nie tyle wyzwania rzucone mu w twarz, ile obelgi. Niestety, ale zdaje się, że świat nie dojrzał jeszcze do pokuty.

Wydaje się, że krytycy monarchizmu, jakby nie chcą pamiętać o tym, że istnieje tyle wstrętnych i szkodliwych idei – prawdziwie wstrętnych i prawdziwie szkodliwych. Być może mają bardzo duże klapki na oczach. Zresztą, nie musimy zestawiać tronu z tym całym wysypiskiem świata. Jeżeli komuś nie przeszkadza ten obmierzły zapach to z pewnością jest w stanie przywyknąć już do wszystkiego. Być może w monarchizmie drażni ich coś podskórnie, czego sami nie potrafią zidentyfikować i nazwać. Służę zatem pomocą.

Skąd tak spazmatyczny wstrząs na sam dźwięk słowa „monarchia”? Powiem wprost. Chodzi o Boga, który jest w centrum tej idei. To jest tak proste, jak to. Władza króla pochodzi od Boga, nie od nas, ludzi. Król jest koronowanym władcą, którego namaszcza katolicki biskup zgodnie z katolickim rytuałem, w katolickiej katedrze. Jest zatem pomazańcem Bożym. Insygnia władzy królewskiej pełne są katolickich symboli. To jest potężne, wcale nie przesadzając, stężenie katolickości. Działa to podobnie jak woda święcona.

Nie dziwi więc zajadła wrogość tych wszystkich, którzy nienawidzą Boga i jego porządku. Widzą Go w monarchizmie i od razu, niemal intuicyjnie, rozpoznają Go i kierują przeciwko niemu swoje włócznie i języki. Szatan woli demokrację i chaos, gdzie nie wiadomo kto i za co jest odpowiedzialny, a on może swobodnie się przechadzać pomiędzy parlamentarnymi ławami. Jestem przekonany, że widząc demokrację śmieje się z ludzi. Sami przecież niszczą to i walczą z tym, co mogłoby im przywrócić chociaż część utraconej wolności. Tej prawdziwej, nie tylko od pasa w dół.

Ludziom wmówiono, że to oni rozdają władzę, że są suwerenem, że coś znaczą, że kształtują politykę i to na najwyższych szczeblach władzy. Skwapliwie więc uwierzyli, że są jak Bóg i chętnie mienią się bogiem w jego miejsce. Wolą być karmieni pochlebstwem, emocjonalnie drażnieni, to w jedną, to w drugą stronę. Trochę tak jakby ich rażono co chwila prądem, a oni nie mieliby nic przeciwko temu.

Lubią swoją rolę myszy w rękach kota. Prawdziwa mysz wie jednak, że to od kota zależy jej życie. Mysz-demokrata odwrotnie. Myśli, że to ona decyduje o życiu kota. Lud broni się więc przed utratą tego, co zdaje mu się, że ma, bo to jedna z niewielu rzeczy, która w demokratycznej rzeczywistości nadaje jego życiu wartość i sens. Kocha to swoje przekonanie, że „coś zależy od niego” i że trzyma kota za gardło. Sęk w tym, że to nieprawda.

Demokraci kochają swoje złudzenie, bo to ich jedyne, jak mniemają, prawo i przywilej. Bronią go więc zaciekle, bo bez niego zobaczyliby czym są w swej istocie, a tłum boi się przyjrzeć swojemu odbiciu w lustrze. Kogo by tam zobaczył? Spojrzałby na przedmiot, a nie podmiot polityki. Na mysz, a nie na kota. Demokrata raz jest szczuty, raz łechtany, na zmianę. Okłada się go razami, jak bezpańskiego kundla.

Lud jest masą ludzką, którą szczerze pogardzają elity polityczne i uważają go za tępy motłoch, którym można kierować, jak bydłem. Zdecydowana większość polityków nienawidzi ludzi i gardzi nimi. Gdyby mogli ustawiliby roboty przy urnach, którym algorytm nakazywałby głosować według ich wpływów i możliwości.

Demokratyczni politycy wyłącznie udają, że się liczą z ludźmi. Zachowują pozory i usypiają ich czujność, ale wyłącznie do wyborów. Potem czeka już na nich głównie pogarda, kłamstwo i lekceważenie. Mówi się, że opadają wtedy maski. To są te same elity, o których lud mniema, że to od niego otrzymały władzę i prawo do rządzenia. Wyborcy demokratyczni myślą, że są wszystkim, a tak naprawdę są niczym. Jak trzeba być ślepym, żeby wierzyć, że politycy są zdani na ich łaskawość?

Obywatele X, Y i Z wiedzą podświadomie, że nikt ich nie broni, że się z nimi nikt nie będzie pieścił, że się nikt za nimi nie wstawi, że podatków coraz więcej, że brzemię coraz cięższe, że politycy kłamali i że kłamać będą. Narkoman też wie, że powoli się sam zabija, że nie powinien dalej w to brać, że się trzeba otrząsnąć z ciągłego otępienia, a mimo to kocha swoją iluzję. To jego miejsce ucieczki.

Demokrata jest jak ćpun, który czeka tylko na kolejną możliwość sponiewierania głowy. Demokracja to jest najtańsza dykta i paździerz, o której się mówi, że najważniejsze, aby „sponiewierało”. Ludzie w demokracji są właśnie poniewierani, ale tego dalej chcą. Gdyby nie chcieli – zbojkotowaliby wybory. To przykre, bo ustrój ten został już dostatecznie skompromitowany, ale dalej unosi się jak wiadomo co w przerębli. Jego obraz to „obszczany” degenerat po fentanylu ze Skid Row z Los Angeles, który leży we własnych wymiocinach. Ile jeszcze można znieść? Widocznie dużo.

W demokracji silny się wywinie, jakoś przeżyje, wejdzie w układy, prześlizgnie się, ale zwykły prosty człowiek jest przeznaczony do skonsumowania. Elity demokratyczne to wampiry, to lisze. Nie pozwolą ci mieć, nie pozwolą ci być, nie dadzą ci żyć. Wszędzie będą cię ścigać. Nie dadzą ci wytchnienia. Wycisną z ciebie wszystko i zabiją jeszcze radość życia.

W zamian dostaniesz smutek i poczucie przegranej, ale wciąż będziesz miał to jedno. Swoje chore złudzenie, że to ty postawiłeś krzyżyk i ten, który cię gnoi, to tak naprawdę ma tę władzę dzięki tobie. Faktycznie… to niezwykły powód do dumy. Demokraci to albo sadomasochiści albo ofiary syndromu sztokholmskiego. Inaczej nie da się tego wyjaśnić.

Demokracja jest jak prasa, wyciskarka do dusz. Odbierze człowiekowi resztki nadziei, przetrąci ją i zgnoi cię. Swoje ofiary zamienia w żywe trupy – zombie, którym pozwala się wrócić do życia, tylko na tę krótką chwilę, aby trochę wspólnie poczarować nad urną, a zaraz potem podać kolejną dawkę demokratycznego prozium. Stan equilibrium musi być przecież zachowany. Wierz w co chcesz. Każdy dokonuje wyborów. Ja wolę prestiż monarchii od demokratycznego bagna.

Polecamy również: Ukroamok trwa w najlepsze. 14,6 mln zł dla Kijowa

MAGNA POLONIA NA E-MAIL Nie przegap najważniejszych tekstów.

Najważniejsze publikacje, nowe wydania i informacje o naszych działaniach bezpośrednio na Twoją skrzynkę.

FUNDACJA MAGNA POLONIA

Magna Polonia istnieje dzięki Czytelnikom.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie wartościowy, pomóż nam finansować portal, wydawanie książek, działalność kulturalną i kolejne projekty Fundacji.

5 446 zł30%
Cel: 18 200 zł · brakuje 12 754 zł
Zobacz darczyńców tego miesiąca →
POLECAMY Kancelaria Litwin Potrzebujesz wsparcia prawnego? Sprawdź ofertę kancelarii, którą polecamy naszym Czytelnikom. Przejdź do strony →