Ukrainiec Andrij Szeptycki, wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego w rządzie warszawskim napisał, że państwo Mieszka I miało tyle wspólnego z dzisiejszą Polską, co Ruś Kijowska z Ukrainą. Tego typu hasła, wypowiadane przez wysokiego rangą przedstawiciela teoretycznie polskiego rządu, siłą rzeczy dotykają kwestii znacznie szerszej niż tylko terminologia używana przez historyków. To faktyczne działania V kolumny, niszczącej naszą historię i tradycję państwową od środka. Skorzystają na tym Niemcy, Ukraińcy i Rosjanie.
Minister Tuska podważa historię Polski. To oczywiste, że współczesna III Rzeczpospolita nie jest organizacyjnie tym samym państwem, którym było państwo pierwszych Piastów. Polska przechodziła przez okres feusalny, rozbiory, okupacje, wojny, zmiany ustrojowe i katastrofy polityczne, a jej granice wielokrotnie przesuwano. Czy jednak tylko z tego faktu wynika, że polska wspólnota polityczna nie ma prawa mówić o swojej historycznej ciągłości? Czy może powinniśmy przyjąć niezwykle wygodną zasadę, zgodnie z którą każde państwo po zmianie granic albo ustroju traci swoją historię i zaczyna wszystko od nowa?
Jeżeli tak, byłaby to rzeczywiście niezwykle interesująca wiadomość dla całej Europy, bo można by wówczas z powodzeniem uznać, że większość współczesnych państw jest historycznie zupełnie nowymi tworami, a ich mieszkańcy powinni czym prędzej zapomnieć o swoich poprzednikach. Przykładowo dzisiejsza Francja nie miałaby nic wspólnego ze swoim przedrewolucyjnym odpowiedinkiem, podobnie jak Rosja z okresem carskim.
Na szczęście normalne rozumienie historii nie wygląda tak, jak roją sobie w główkach polskojęzyczni Ukraińcy. Narody i wspólnoty polityczne mogą przechodzić przez katastrofy, zmiany granic i ustrojów, a mimo to zachowywać pamięć o własnym państwie, kulturze i poprzednich pokoleniach. Owszem – ciekawie wygląda to w kontekście średniowiecza, gdzie ciągłość państwa wiązała się stricte z ciągłością dynastii panującej. Tak było zresztą na całym świecie i to nie tylko w tej epoce.
W przypadku wypowiedzi Szeptyckiego szczególnie zastanawiające jest usadowienie jej w szerszym kontekście jego działalności publicznej. Nie jest on przypadkowym komentatorem historii, czy głupawym, internetowym influencerem lecz członkiem polskiego (?) rządu. Tym bardziej trudno nie zadać pytania, czy przedstawiciel polskich (?) władz powinien z taką swobodą formułować wypowiedzi, które mogą być odczytywane jako podważanie oczywistego dla Polaków związku między współczesną Polską a jej wielowiekową historią.
Jeszcze większe zdziwienie budzą wcześniejsze wypowiedzi Szeptyckiego dotyczące UPA, zwłaszcza jego porównywanie ukraińskiej formacji z polskimi Żołnierzami Wyklętymi. Można oczywiście tłumaczyć, że chodziło o podobieństwo polegające na walce o niepodległość, ale problem polega na tym, że UPA nie jest wyłącznie symbolem ukraińskich aspiracji niepodległościowych, lecz również organizacją, której działalność wiąże się z masowymi mordami na ludności cywilnej.
Próba przedstawiania obu zjawisk za pomocą jednego schematu „walczących o niepodległość partyzantów” pomija więc fundamentalną różnicę doświadczeń obu narodów. Co więcej, idąc logiką Andrija Szeptyckiego, za podobny ruch walczący o niepodległość należałoby uznać hitlerowski Werwolf, walczący z Polakami na „Ziemiach Odzyskanych” po II Wojnie Światowej. Dosżłoby nie tylko do rehabilitacji tej konretnej organizacji ale uznania, że naziści w zasadzie niczym nie różnią się od antynazistów.
Niestety, od 2022 roku, dzięki ogarniętej ukroamokiem klice POPiS w Polsce zaczyna działać zasada, według której nasza historia ma być opowiadana zgodnie z prawdą, dopóki nie koliduje z aktualnymi potrzebami relacji z kijowskimi banderowcami Zełenskiego. Jeśli polska historia nie zgadza się z ich linią, wtedy okazuje się, że Mieszko I to właściwie ktoś trochę odległy, polska ciągłość państwowa jest kwestią dyskusyjną, a UPA można analizować przede wszystkim jako ruch niepodległościowy. Cóż za zbieg okoliczności!
Żeby było jasne: rzucającym w oczy problemem jest ukraińskie pochodzenie Andrija Szeptyckiego. III RP jest niestety nadgniłym państwem dyzmokratycznym, w którym ludzie o różnym pochodzeniu mogą pełnić najwyższe funkcje publiczne, kpić i opluwać polską historię i tradycję.
Sojusz polityczny III RP z Ukrainą nie może oznaczać obowiązku przepisywania własnej historii pod oczekiwania wątpliwego partnera. Polska ma prawo do własnej narracji o Mieszku I, Rzeczypospolitej, rozbiorach, II Rzeczypospolitej i zbrodniach dokonanych na Polakach przez ukraińskich szowinistów. Zwłaszcza, że ta narracja jest zasadniczo zbieżna z faktami historycznymi, przekazami kronikarskimi oraz wykopaliskami.
Wypowiedź Szeptyckiego zasługuje na krytykę dlatego, że jest Ukraińcem i przedstawicielem teoretycznie polskiego państwa i właśnie z tego powodu powinien szczególnie uważać, aby w imię bieżącej polityki nie relatywizować fundamentów naszej pamięci historycznej. Z niewiadomych względów usilnie chce doprowadzić do tego, aby ponownie wzrosła niechęć Polaków do Ukraińców, zwłaszcza tych, którzy w nieodpowiedzialny sposób otrzymali dostęp do najwyższych stołków w krajowej polityce i administracji.
Można być zwolennikiem bliskiej współpracy z Ukrainą, można wspierać ją politycznie i militarnie, można nawet cierpliwie znosić rozmaite dyplomatyczne zawirowania, ale trudno wymagać od Polaków, żeby w pakiecie z pomocą dla Ukrainy kupowali również fałszowanie naszej własnej historii.
Bo jeśli okaże się, że państwo Mieszka I ma z dzisiejszą Polską mniej więcej tyle wspólnego, co Ruś Kijowska z Ukrainą, to być może najwyższy czas zapytać, czy następna korekta historii nie obejmie przypadkiem również samego Mieszka. W końcu skoro można zakwestionować ciągłość, to czemu zatrzymywać się w połowie drogi i nie stwierdzić np. że był Ukraińcem albo Żydem?
Polecamy również: Ukraińcy twierdzą, że uratowali Polskę w 1920 roku
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




