Felietony

Stanisław Michalkiewicz: Szarlatani i biurokraci

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Stanisław Michalkiewicz: Szarlatani i biurokraci     

   Nieubłaganie zbliża się termin wyborów do Sejmu i Senatu, które według wszelkiego prawdopodobieństwa powinny się odbyć w okolicach października przyszłego roku. Czasu – jak widzimy – zostało niewiele, więc jest to ostatnia okazja, by ambicjonerzy polityczny pokazali, w jaki sposób zamierzają obywatelom przychylać nieba. Te sposoby są dwojakie; jedni ambicjonerzy zapowiadają, ile to pieniędzy przeznaczą gwoli przychylenia obywatelom nieba, a inni z kolei deklarują, że pieniędzy wprawdzie nie będą dawali, ale też nie będą ich obywatelom zabierali.

Sęk bowiem w tym – czego zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju nie rozumie – że rząd nie wytwarza żadnego bogactwa, więc jeśli zapowiada, że będzie rozdzielał pieniądze, to znaczy – że najpierw będzie musiał skądś je wziąć – a skąd, jeśli nie od obywateli? Jeśli rządowi brakuje pieniędzy – a chyba nie ma rządu, któremu by ich nie brakowało – no, może z wyjątkiem Arabii Saudyjskiej, która rzeczywiście sama nie wie, co robić z pieniędzmi – to ma trzy możliwości. Po pierwsze – może podnieść podatki.

Ale tu litościwa natura wprowadziła hamulec w postaci tzw. „efektu Laffera”. Polega on na tym, że podniesienie podatków przysparza rządowi dochodów tylko do pewnego momentu. Jeśli rząd podniesie podatki ponad pewien poziom, dochody zaczynają mu się gwałtownie zmniejszać. Wyjaśnienie tego paradoksu jest proste. W każdej gospodarce jest pewna liczba podmiotów bardzo rentownych, większość – na średnim poziomie rentowności i pewna liczba podmiotów na pograniczu rentowności – ale przy określonym poziomie opodatkowania.

Jeśli poziom opodatkowania wzrośnie, to podmioty, które były na pograniczu rentowności, przestają być rentowne i od nich nie ma nie tylko większego podatku, tylko w ogóle żadnego. Z kolei podmooty, będące uprzednio na średnim poziomie, spadają na pogranicze rentowności i instynkt samozachowawczy skłania ich do oszukiwania. Od nich też nie ma większego podatku, tylko raczej mniejszy. Wreszcie podmioty wcześniej bardzo rentowne, spadają do poziomu średniego i jeśli nawet jeszcze nie oszukują, to osiągają mniejsze dochody i płacą odpowiednio mniejsze podatki.

Zatem kolejnym sposobem zdobycia przez rząd pieniędzy jest sprzedanie czegoś, co ktoś chce kupić. Nasz nieszczęśliwy kraj już chyba wszystko wyprzedał, może z wyjątkiem Lasów Państwowych, więc tu większej możliwości manewru już nie ma. Trzecim sposobem pozyskania przez rząd pieniędzy jest pożyczenie ich. I to jest właśnie ten sposób, z którego wrażliwe społecznie rządy naszego nieszczęśliwego kraju korzystają ponad podziałami. W rezultacie dług publiczny przekroczył już 3 biliony złotych i rośnie z szybkością 1800 mln zł dziennie.

Ale musimy zdawać sobie sprawę, że rząd pożyczając pieniądze od  lichwiarskiej międzynarodówki, musi dawać jakieś zabezpieczenie pożyczki. Tytułem zabezpieczenia rząd po prostu zastawia dochody z przyszłych podatków. Oznacza to jednak, że zdobywa pieniądze kosztem sprzedawania własnych obywateli w niewolę lichwiarskiej międzynarodówce. Dług publiczny trzeba bowiem „obsługiwać” to znaczy  – płacić procenty.

W rezultacie obywatele z tytułu „obsługi” długu publicznego muszą oddawać lichwiarskiej międzynarodówce coraz większą część bogactwa, jakie swoją pracą wytwarzają – a więc popadają w niewolniczą zależność od lichwiarskiej międzynarodówki. Istotą niewolnictwa jest bowiem to, że niewolnik musi pracować na swojego pana – no a e kręczy taki właśnie los wypadł nam. W tych warunkach demokracja polityczna sprowadza się do tego, że obywatele mogą sobie wybrać albo jednego, albo drugiego poborcę podatkowego w służbie lichwiarskiej międzynarodówki – a i to nie zawsze.

   Dotychczasowe wyniki wyborów pokazują, że zdecydowana większość obywateli naszego i tak przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju tych prostych zależności nie rozumie ani w ząb – toteż nic dziwnego, że polityczni ambicjonerzy obiecują im złote góry – ile to pieniędzy między nich rozdzielą – i to „za darmo” – a ci, niczym stado baranów, udzielają im poparcia – i w ten sposób „biznes sze kręczy” – ku uciesze lichwiarskiej międzynarodówki. Czasami jednak taki jeden z drugim polityczny ambicjoner próbuje pokazać, że troszczy się o obywateli również w inny sposób.

Tak właśnie zrobił obywatel Tusk  Donald, kierując do Sejmu rządowy projekt ustawy o Rzeczniku Praw Pacjenta, potocznie zwaną „lex szarlatan”, z uwagi na zawarte tam przepisy, godzące w samozwańczych lekarzy „z bożej laski”, którzy za pieniądze przyjmują pacjentów, zalecając im rozmaite „cudowne” terapie. Pan prezydent Nawrocki skierował tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego z uwagi na to, że Sejm wrzucił do jednego worka z „szarlatanami” również zielarzy, fizjoterapeutów i podobnych przedsiębiorców.

Prezydent uznał, iż może to godzić w konstytucyjną zasadę swobody działalności gospodarczej i stąd decyzja o skierowaniu ustawy do TK. Niezależnie od tego skierował do Sejmu własny projekt „lex szarlatan”, sprowadzający się w gr,ucie rzeczy do proklamowania nowego przestępstwa w postaci „nakłaniania  do niebezpiecznych decyzji zdrowotnych”. Drugą istotną różnicą między projektem prezydenckim i rządową ustawą „lex szarlatan” jest to, że na podstawie tej ustawy, decyzję w sprawie „szarlatana” podejmowałby urzędnik, a nie sąd, przed którym – przynajmniej teoretycznie – obowiązuje zasada kontradyktoryjności.

Teoretycznie – bo w praktyce naszego – pożał się  Boże – „wymiaru sprawiedliwości” ostatnie słowo mają raczej oficerowie prowadzący to znaczy – stare kiejkuty, czy ABW – niż strony procesowe. Niezależnie od tego niezwiśli sędziowie nie są też niewrażliwi na brzęczące argumenty, dlatego opinie, że w naszym nieszczęśliwym kraju pan Marcin Romanowski, czy Zbigniew Ziobro nie mogą liczyć na uczciwy proces, są całkowicie uzasadnione. Dodałbym, że nie tylko oni, ale w ogóle NIKT na uczciwy proces w naszym bantustanie liczyć nie powinien.

   Wróćmy jednak do „lex szarlatan” i krytyki decyzji pana prezydenta ze strony obywatela Tuska Donalda. Właśnie oznajmił on, ze jego vaginet przeznaczy dodatkowe 17 mld złotych na „ochronę zdrowia”. Dzieje się tak w sytuacji, gdy np. szpitał w Miastku właśnie ogłosił upadłość, a wiele innych, jeszcze bardziej zadłużonych, też powinno to zrobić – ale się wstrzymuje, bo nikt nie wie, co w tej sytuacji robić dalej.

Pani Jolanta Sobierajska-Grenda piastująca w vaginecie obywatela Tuska Donalda fuchę ministra zdrowia, wymyśla rozmaite cudowne terapie, które – na zasadzie  dalszego doskonalenia tego biurokratycznego żerowiska – miałyby przynieść znakomite rezultaty – ale to jeszcze większa szarlataneria, niż działalność rozmaitych szamanów i cudotwórców medycznych. Oni działają detalicznie, podczas gdy pani Sobierajska-Grenda – hurtowo.

Polecamy również: Rządowy raport o Polsce. AI poszła o krok za daleko

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!