W Warszawie rośnie liczba przypadków mpox, czyli tzw. małpiej ospy. Lekarze ostrzegają przed możliwością dalszego rozprzestrzeniania się choroby. W centrum uwagi znalazły się dewiacyjne imprezy seksualne typu chemsex, czyli łączenie kontaktów seksualnych z zażywaniem narkotyków.
Małpia ospa atakuje warszawskich sodomitów. Temat, który przez długi czas nie przebijał się szeroko do debaty publicznej, ponownie staje się problemem zdrowotnym w Warszawie. Do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego trafiają kolejni pacjenci z mpox, a lekarze zwracają uwagę na charakterystyczny mechanizm pojawiania się większej liczby zachorowań. Dotyczą one niemal wyłącznie aktywnych sodomitów.
Problem jest tak duży, że milczeć przestała nawet prodewiacyjna „Gazeta Wyborcza”. Jak opisuje na swoim łamach, dyrektorka ds. medycznych Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie wskazała, że większe epidemie występują zwykle dwa–trzy tygodnie po dużym wydarzeniu kierowanym do mężczyzn mających kontakty seksualne z mężczyznami. To zdanie jest istotne, bo wskazuje na konkretny mechanizm epidemiologiczny. W przypadku mpox znaczenie ma przede wszystkim bliski kontakt fizyczny, w tym kontakt seksualny, oraz kontakt ze zmianami skórnymi osoby zakażonej.
Jeszcze większe kontrowersje budzi zjawisko chemsexu. Chodzi o sytuacje, w których odbytnicza aktywność seksualna jest łączona z używaniem substancji psychoaktywnych. Tego rodzaju praktyki mogą prowadzić do utraty kontroli nad zachowaniem, podejmowania większego ryzyka oraz kontaktów seksualnych z większą liczbą partnerów.
W tym miejscu kończy się kwestia lewicowego światopoglądu, a zaczyna epidemiologia. W przestrzeni publicznej przez lata bardzo często podkreślano, że homoseksualność rzekomo nie jest ani grzechem ani chorobą, lecz czymś normalnym, tzw. „orientacją seksualną” równoprawną do relacji damsko-męskich. Tymczasem równie ważne jest mówienie o drugiej stronie problemu: sodomickie zachowania seksualne wiążą się ze znacznie wyższym poziomem ryzyka zdrowotnego, a część zakażeń przenoszonych drogą płciową występuje szczególnie często w populacjach waginosceptyków.
Dotyczy to nie tylko mpox, ale również HIV, kiły, rzeżączki czy innych infekcji przenoszonych drogą płciową. Ryzyko rośnie przede wszystkim wraz z liczbą partnerów, częstotliwością kontaktów seksualnych, brakiem zabezpieczenia oraz praktykami zwiększającymi prawdopodobieństwo kontaktu z materiałem zakaźnym. Oznacza natomiast, że nie powinno się z poodu ideologii zacierać różnicy między normalnością a zachowaniami, które są po prostu groźne, zwiększają ryzyko chorób.
Najbardziej niepokojący jest w ej kwestii brak symetrii w publicznej debacie. Można przez lata mówić o potrzebie tolerancji i walce ze stygmatyzacją, ale nie powinno to oznaczać rezygnacji z mówienia o zdrowotnych konsekwencjach zachowań dewiacyjnych. Tolerancja nie może oznaczać zakazu informowania o ryzyku, gdyż w ten sposób lewica po prostu naraża na choroby kolejne, nieświadome tego osoby.
Jeżeli lekarze obserwują, że większe ogniska mpox pojawiają się po dużych wydarzeniach seksualnych skierowanych do sodomitów, informacja ta powinna być przekazywana opinii publicznej. Tak samo należy otwarcie mówić o konsekwencjach chemsexu i innych praktyk zwiększających ryzyko zakażeń.
Zdrowie publiczne nie powinno być podporządkowane lewicowej propagandzie normalizacji zboczeń. Powinno opierać się na danych, statystyce i wiedzy lekarzy. Dane mówią jasno: sodomia jest czynnikiem podwyższonego ryzyka, dlatego nie powinna być promowana i przedstawiana jako coś normalnego.
Polecamy również: Bruksela przykręca kurek Ukrainie





