Rząd Tuska znowu sięga do kieszeni najmniejszych. Fryzjer, mechanik i krawiec zapłacą wyższy podatek za to, że pracują sami. W tym samym czasie duże, zagraniczne koncerny płacą w Polsce znikome podatki, lub wcale.
Szykuje się kolejny cios w drobnych przedsiębiorców. Od lat kolejne rządy przekonują, że wspierają małą przedsiębiorczość i rodzinne firmy. W praktyce jednak coraz częściej okazuje się, że najłatwiej sięgnąć po pieniądze właśnie tam, gdzie opór jest najmniejszy – do kieszeni drobnych przedsiębiorców, którzy każdego dnia własną pracą utrzymują siebie i swoje rodziny.
Ministerstwo Finansów przygotowało projekt zmian, zgodnie z którym od 1 stycznia 2027 roku część przedsiębiorców rozliczających się ryczałtem zapłaci znacznie wyższy podatek. Dotyczy to osób świadczących usługi, które prowadzą działalność samodzielnie i nie zatrudniają pracowników.
Obecnie wielu z nich korzysta ze stawki ryczałtu wynoszącej 8,5 proc. Po zmianach, jeśli ich roczny przychód przekroczy 100 tys. zł, od nadwyżki mają zapłacić już 15 proc. Co istotne, przedsiębiorcy zatrudniający przynajmniej jednego pracownika nadal będą mogli korzystać z niższej stawki.
To rozwiązanie budzi poważne wątpliwości i nie dlatego, że państwo chce pobierać podatki – to naturalny element funkcjonowania każdego kraju. Problem polega na kryterium, które wybrano. O wysokości podatku ma bowiem decydować nie dochód, nie rentowność firmy ani skala działalności, lecz fakt, czy przedsiębiorca pracuje sam.
W praktyce oznacza to, że fryzjer, mechanik samochodowy, szewc, krawiec, zegarmistrz czy hydraulik, którzy przez lata budowali swoją renomę i wykonują wszystkie usługi własnymi rękami, zostaną obciążeni wyższym podatkiem wyłącznie dlatego, że nie zatrudniają pracownika.
Trudno uznać takie rozwiązanie za sprawiedliwe. Przychód na poziomie 100 tys. zł rocznie nie oznacza przecież wysokiego dochodu. Z tej kwoty przedsiębiorca musi pokryć koszty materiałów, energii, paliwa, wynajmu lokalu, narzędzi, składek ZUS czy amortyzacji sprzętu. Rzeczywisty zysk często jest wielokrotnie niższy.
Eksperci zwracają uwagę, że projekt może prowadzić do absurdalnych sytuacji. Przedsiębiorcy będą mieli ekonomiczną motywację do zatrudniania pracowników nie dlatego, że rozwija się ich firma i rzeczywiście potrzebują dodatkowych rąk do pracy, lecz wyłącznie po to, aby uniknąć wyższego podatku. To wypacza sens prowadzenia działalności gospodarczej i tworzy sztuczne zachęty, które nie mają nic wspólnego z efektywnością przedsiębiorstwa.
Sprzeciw wobec projektu wyrażają również organizacje rzemieślnicze. Wskazują, że zamiast wprowadzać wyższą stawkę podatku, należałoby zrezygnować z tego pomysłu lub przynajmniej znacząco podnieść próg przychodów, od którego obowiązywałyby nowe zasady. W przeciwnym razie wielu przedsiębiorców będzie zmuszonych przejść na inne formy opodatkowania, co oznacza większe koszty księgowości i dodatkową biurokrację. Trudno oprzeć się wrażeniu, że po raz kolejny najłatwiej jest zwiększyć obciążenia wobec tych, którzy nie dysponują armią doradców podatkowych ani rozbudowanymi strukturami prawnymi.
Jednocześnie od lat powraca dyskusja o skuteczności opodatkowania największych międzynarodowych korporacji. Wiele z nich wykorzystuje legalne mechanizmy optymalizacji podatkowej, dzięki którym znacząca część osiąganych zysków trafia do jurysdykcji o korzystniejszych zasadach opodatkowania. Choć w ostatnich latach podejmowane są działania na poziomie międzynarodowym, aby ograniczyć takie praktyki, temat nadal budzi wiele kontrowersji.
Na tym tle łatwo zrozumieć frustrację drobnych przedsiębiorców. Widzą oni, że państwo potrafi bardzo skutecznie egzekwować podatki od lokalnego fryzjera, mechanika czy krawca, natomiast wobec globalnych gigantów walka o sprawiedliwe opodatkowanie od lat okazuje się znacznie trudniejsza.
Najmniejsze zakłady usługowe stanowią fundament lokalnej gospodarki. To one świadczą usługi w małych miastach i na wsiach, tworzą miejsca pracy, szkolą uczniów i często funkcjonują nieprzerwanie od kilkudziesięciu lat. Wiele z nich to rodzinne firmy przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Zamiast tworzyć warunki sprzyjające ich rozwojowi, państwo proponuje rozwiązanie, które może oznaczać dla nich kolejne obciążenia finansowe. W czasie, gdy koszty prowadzenia działalności pozostają wysokie, a przedsiębiorcy zmagają się z inflacją, cenami energii i rosnącymi składkami, taki kierunek zmian trudno uznać za zachętę do prowadzenia własnej firmy.
Jeżeli celem państwa jest wspieranie przedsiębiorczości, nowe przepisy powinny premiować rozwój i inwestycje, a nie karać ludzi za to, że potrafią prowadzić swój zakład samodzielnie. W przeciwnym razie coraz więcej osób może dojść do wniosku, że uczciwe prowadzenie niewielkiej działalności gospodarczej staje się po prostu coraz mniej opłacalne.
NASZ KOMENTARZ: Wszyscy wiemy jak skończy się ta polityka – w pewnym momencie kapitan państwo stwierdzi, że drobna przedsiębiorczość, w tym rzemiosło i handel to słusznie zdychający przeżytek i trzeba wszystko upaństwowić, jak za żydokomunisty Hilarego Minca. W ten sposób stanie się zadość powiedzeniu: „od nowa Polska ludowa”.
Polecamy również: Ukraina wrze. Protesty mogą pogrążyć klikę Zełenskiego
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





