Przed Sądem Pracy w Berlinie rozpoczął się proces przeciwko państwowej, Niemieckiej Sieci Zamówień Publicznych. Niedoszły pracownik Nikolas T. domaga się 17 500 euro odszkodowania, twierdząc, że był dyskryminowany. Poszło o to, że w mailowej odpowiedzi na jego Curriculum Vitae, użyto zwrotu „Szanowny Panie…”. Powód „identyfikuje się” jako „osoba niebinarna” i uważa, że taka forma była wobec niego wysoce obraźliwa. Pozew opiera się na niemieckiej ustawie antydyskryminacyjnej (AGG).
Genderysta pozwał niedoszłego pracodawcę za dyskryminację. Sprawa z Berlina brzmi jak żart, względnie jak abstrakcyjny scenariusz kazusu pod debatę o cwanym wykorzystywaniu prawa antydyskryminacyjnego. Kandydat, który nie spełniał wymagań stanowiska, nie został zatrudniony — co samo w sobie nie budzi kontrowersji. Kontrowersje zaczęły się później: gdy standardowy zwrot grzecznościowy w mailu stał się podstawą do roszczenia opiewającego na kilkanaście tysięcy euro.
To nie pierwsze tego typu wydarzenie. Sodomici i genderyści coraz częściej wykorzystują prawo jako instrument do testowania granic systemu i monetyzowania swoich chorób psychicznych. W założeniu regulacje antydyskryminacyjne miały chronić ludzi przed realną krzywdą: odmową zatrudnienia z powodu cech niezależnych od kompetencji, systemowym wykluczeniem, nierównym traktowaniem. W rzeczywistości jednak każda regulacja, która operuje na pojęciach trudnych do jednoznacznego zdefiniowania — takich jak „godność”, „tożsamość” czy „odpowiednia forma komunikacji” — staje się podatna na manipulacje.
Jeśli nawet incydentalne, nieintencjonalne uchybienie językowe może być podstawą do wysokiego roszczenia finansowego, to przestajemy mówić o ochronie przed dyskryminacją, a zaczynamy o systemie, który można wykorzystywać, dzięki podawaniu się za osobę dyskryminowaną. W takiej sytuacji nie potrzeba złej woli po stronie instytucji — wystarczy standardowy, zautomatyzowany e-mail, by uruchomić procedurę prawną.
Dość powiedzieć, że to nie jedyna sprawa dotycząca Nikolasa T. W innym postępowaniu kandydat złożył pozew przeciwko firmie, która w ogłoszeniu wymagała „niemieckiego jako języka ojczystego”. Dewiant urodził się w Bangkoku i aplikował do pracy bez zdjęcia. Po odrzuceniu kandydatury uznał, że pracodawca mógł założyć, iż nie posiada on wystarczających kompetencji językowych z powodu swojego miejsca urodzenia.
Takie przypadki niosą efekt, który rzadko jest dostrzegany przez ich inicjatorów. Oto, gdy opinia publiczna widzi sprawy, które wydają się nieproporcjonalne i absurdalne, zaczyna kwestionować nie tylko konkretne roszczenia, ale także sens istnienia danych przepisów. Prawo, które miało chronić przed nadużyciami, samo zaczyna być postrzegane jako jedno wielkie nadużycie. W efekcie dewianci podcinają gałąź na której siedzą, gdyż wprawdzie może udać im się wyłudzić w sądzie jakieś pieniądze, ale ściągają na siebie odłożony w czasie gniew społeczeństwa.
W ten sposób w sprawie berlińskiej chodzi o zachowanie elementarnego zdrowego rozsądku. System prawny nie może funkcjonować w oparciu o chodzenie wokół dewiantów psychicznych jak wokół jajka. Jeśli każda pomyłka — nawet pozbawiona złej intencji — staje się potencjalnym źródłem roszczenia, to tworzone jest środowisko, w którym komunikacja ze strony pracodawców i instytucji publicznych przestaje być naturalna, a zaczyna być asekuracyjna.
Asekuracja zaś nie sprzyja ani otwartości, ani wzajemnemu zrozumieniu czy tolerancji. To po prostu prześladowanie całego społeczeństwa w imię dobrego samopoczucia garstki zboczonych odklejeńców.
Sprawa z Berlina może się zakończyć na wiele sposobów. Niezależnie jednak od werdyktu, już teraz pełni jednak rolę sygnału ostrzegawczego. Pokazuje, że granica między ochroną a instrumentalizacją prawa jest cienka — i że jej przekroczenie może mieć konsekwencje wykraczające daleko poza pojedynczy proces. W dłuższej perspektywie nie chodzi tylko o to, kto wygra w sądzie. Chodzi o to, czy prawo pozostanie narzędziem sprawiedliwości, czy stanie się narzędziem ideologicznej gry i sposobem na zarabianie przez cwaniaków.
Polecamy również: Kwidzyn powiela błędy Zachodu. miliony dla nachodźców
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





