Felietony

Ballada o wolnych sądach

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Wprawdzie konstytucja, na którą nie tylko powołują się wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, a niektórzy nawet z nią sypiają stanowi w art. 178 ust. 3, że sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego, ani prowadzić działalności publicznej nie dającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów… Do partii politycznych – o ile mi wiadomo – sędziowie nie należą, podobnie, jak do związków zawodowych, ale nie ma już pewności, czy nie prowadzą działalności publicznej, która… – i tak dalej. Czy urządzanie publicznych manifestacji lub uczestniczenie w manifestacjach wpisujących się w polityczną wojnę, jaka z powodu pragnienia odzyskania przez Niemcy wpływów politycznych w Polsce, przewala się od lat przez nasz nieszczęśliwy kraj, nie jest taką konstytucyjnie zakazana formą aktywności? Wprawdzie sędziowie biorący udział w takich przedsięwzięciach nie należą do partii politycznych, które te zadymy organizują, ale po co mają należeć, skoro w ten właśnie sposób uczestniczą w działalności tych partii? Tego rodzaju zaangażowanie sędziów podważa zarówno przekonanie o niezależności sądów, jak i niezawisłości sędziów.

Ale to jeszcze nic, to drobiazg niewątpliwy w porównaniu z tym, że konstytucja expressis verbis zakazuje sędziom członkostwa w partiach politycznych i związkach zawodowych, natomiast ani słowem nie wspomina, że sędziowie nie powinni być tajnymi współpracownikami tak zwanych „służb specjalnych”, czyli mówiąc potocznie – bezpieki. Nie przypuszczam, by to było następstwem jakiegoś przeoczenia czy roztargnienia autorów konstytucji, ze tego słonia w menażerii nie zauważyli. To już prędzej można przypuścić, że pominęli tę sprawę celowo. Wyobraźmy sobie bowiem, że każdy z nas jest szefem której z bezpieczniackich watah, dajmy na to – Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Ta agencja musi mieć agenturę, to znaczy – konfidentów, przy pomocy których penetruje operacyjnie rozmaite środowiska. Nie tylko zresztą penetruje, ale również za pośrednictwem agentury wpływa na funkcjonowanie instytucji, w których przedstawiciele tych środowisk uczestniczą. Przecież szefowie bezpieki nie werbują agentury w środowisku gospodyń domowych, a w każdym razie – nie przede wszystkim. Przede wszystkim bowiem werbują agenturę tam, gdzie rozmaite pomysły przybierają postać prawa, czyli w konstytucyjnych organach państwa, następnie w miejscach, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki, dalej tam, gdzie decyduje się o śledztwach; komu zrywamy paznokcie, a komu nie, w miejscach, gdzie wydaje się wyroki; kto idzie za kraty, a kogo oczyszczamy z fałszywych zarzutów, no i wreszcie tam, gdzie produkuje się masowe nastroje, a więc w niezależnych mediach, przemyśle rozrywkowym i środowiskach opiniotwórczych. W tej sytuacji podejrzenia, że w środowisku sędziowskim muszą być tajni współpracownicy którejś z siedmiu działających u nas tajnych służb: ABW, Agencji Wywiadu, Służby Kontrwywiadu Wojskowego i służby Wywiadu Wojskowego, które wypączkowały z Wojskowych Służb Informacyjnych, Centralnego Biura Śledczego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego i Policji Skarbowej. Poszlaką wskazującą na możliwość takiej tajnej współpracy sędziów z bezpieką są tak zwane „afery” Amber Gold, reprywatyzacyjna, SKOK Wołomin i drobniejszego płazu. Nie byłyby one możliwe bez współpracy niezawisłych sądów, które – co potwierdziły sejmowe komisje – jako „organy państwowe” nie działały prawidłowo. Komisje nie zapytały nawet dlaczego tak było; pewnie też wiedziały, że niektórych pytań nie można stawiać, bo odsłoniłoby to tak zwane wstydliwe zakątki naszej młodej demokracji i demokratycznego państwa prawnego, co to urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej.

Akurat 20 grudnia Sejm uchwali ustawy dyscyplinujące sędziów, którzy – co tu ukrywać – trochę za bardzo się rozdokazywali – o czym świadczy wystąpienie pana sędziego Igora Tulei, pochodzącego z porządnej, resortowej rodziny. Podczas politycznego mityngu poprosił jego uczestników, by swoim wnukom opowiedzieli o „wolnych sądach”, jakie były w przeszłości. Pomijając już aspekt samokrytyczny takiej wypowiedzi, spróbujmy odgadnąć, które to sądy pan sędzia Igor Tuleya miał na myśli? Czy sądy, które w „kiblówkach” ferowały wyroki śmierci na polskich patriotów, a związane z takimi wybitnie niezawisłymi sędziami, jak Stefan Michnik, Mieczysław Widaj, czy sędzia Roman Kryże, o którym wieść gminna głosiła: „sądzi Kryże – będą krzyże” oraz „sędziowie nie od Boga” drobniejszego płazu? Ciekawe, że konstytucja PRL nie zabraniała niezawisłym sędziom uczestniczenia w partiach politycznych, więc stopień tzw. „upartyjnienia”, to znaczy – członkostwa w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej był stosunkowo wysoki, chociaż nie taki wysoki, jak, dajmy na to – w SB. Tak było aż do końca PRL, kiedy to niezawisłych sędziów rekomendował do nominacji Radzie Państwa minister sprawiedliwości, a więc polityk, starannie dobrany według tzw. „klucza partyjnego”. Ciekawe, że nikomu to wtedy nie przeszkadzało, a sądy były uważane za „niezawisłe” nawet w stopniu większym, niż teraz. Mimo to zdarzały się wyjątki, jak np. mój przyjaciel z czasów studenckich, sędzia Andrzej Mogielnicki, który w 1982 roku, a więc stanie wojennym ostentacyjnie uniewinnił oskarżonego o zamieszczenie karykatury Leonida Breżniewa. Ale większość tak się nie zachowywała, przeciwnie – niektórzy wykazywali daleko idącą służalczość i nadgorliwość, jak np. Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni, który skazał panią Ewę Kubasiewicz za ulotkę na 10 lat więzienia. Wyrok ten wydali sędziowie: Andrzej Grzybowski, Aleksander Głowa i Andrzej Finke. Oni chyba nie do końca byli niezawiśli, bo jeden z nich później przyznał, że wykonywał polecenia admirała Ludwika Janczyszyna. Ciekawe, czyje polecenia wykonywali członkowie kolegium do spraw wykroczeń, którzy w 1988 roku sądzili mnie za przewożenie „bibuły”. Kiedy wszedłem na salę rozpraw i zobaczyłem twarze moich sędziów, nabrałem absolutnej pewności, że gdyby mogli, to z rozkoszą skazaliby mnie na śmierci poprzedzoną okrutnymi torturami. Ale już nie bardzo mogli, toteż skończyło się na konfiskacie mienia i grzywnie – bo za sprawą amerykańskiego urzędnika Departamentu Stanu Daniela Frieda i szefa I Zarządu Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR Władimira Kriuczkowa, rozpoczynała się sławna „transformacja ustrojowa”, w ramach której totalniacy przepoczwarzali się w praworządnych demokratów.

Ale to było w koszmarnych czasach komuny, kiedy pan sędzia Igor Tuleya dopiero przygotowywał się do roli obrońcy praworządności w naszym bantustanie. No dobrze – a jak to było już w „wolnej Polsce”? Znakomitą ilustracją sędziowskiej niezawisłości jest przypadek pana sędziego Ryszarda Milewskiego, prezesa Sądu Apelacyjnego w słynącym na całym świecie z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym. Kiedy w 2012 roku zadzwonił do niego jegomość podający się za asystenta personalnego kancelarii premiera Donalda Tuska, pan prezes „ustalał” z nim szczegóły posiedzenia niezawisłego sądu w sprawie afery Amber Gold. Wyszło jednak na jaw, że to nie żaden asystent, tylko przebieraniec, więc pan prezes Milewski złożył wniosek o przejście w stan spoczynku, na który Krajowa Rada Sądownictwa nie wyraziła zgody, jako, że nie potrafił wykazać, iż jest bardzo chory. W rezultacie został skierowany do sądu w Białymstoku, który też zasłynął w z niezawisłości. Wygląda na to, że bardzo trudno będzie wskazać w przeszłości okres, kiedy to sądy były niezawisłe. Pan sędzia Igor Tuleya musi jednak uważać inaczej. Dlaczego? Ano, mamy dwie możliwości; albo próbował duraczyć uczestników mityngu w sprawie „wolnych sądów”, albo utracił kontakt z rzeczywistością.

Stanisław Michalkiewicz

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!