Wiara w moc ustawy to ostatnia religia, jaka pozostała liberałom
Zacznę od modlitwy, bo od niej trzeba zacząć: wieczny odpoczynek racz dać, Panie, kobiecie zabitej w szkole w Leszczydole-Nowinach, w której uczyły się jej własne dzieci, a nam wszystkim opamiętania. W ciągu kilku dni mieliśmy na Mazowszu Ostrołękę, Leszczydół-Nowiny i udaremniony plan ataku w Sierpcu, a w wielkopolskim Pępowie trzynastolatka z nożem w plecaku. Zapowiedziano więcej patroli przy szkołach, ale rząd natychmiast uczynił z tej tragedii argument za ustawą o blokowaniu treści w internecie. Projekt leżał w Sejmie od czerwca, drugie czytanie odbyło się jeszcze 2 września. Teraz, zanim zmarłą zdążono pochować, minister zapowiedział głosowanie jeszcze tego samego wieczoru.
Czytam, że minister cyfryzacji, z partii, która przez SLD i SdRP wywodzi rodowód od PZPR, a więc od ludzi, którzy na Mysiej cenzurowali z troski o dobro obywateli, zrobił z tego głosowania egzamin z prawomyślności dla PiS i Konfederacji. Słucham premiera, który dopowiada, że ustawę blokowali zwolennicy tego, „aby każda forma przemocy nie była w żaden sposób ograniczana”. No oczywiście, kto nie głosuje za cenzurą, ten pewnie sam podaje noże. Przypominają mi się jakobini, którzy też mieli swoją ustawę o podejrzanych i też bronili nią wolności przed jej wrogami, tylko listy wrogów układały komitety nadzoru. A że poprzednią wersję zawetował prezydent, minister przypomina sam, z taką pretensją, jakby weto było współwinne tej śmierci.
W premierowskim katalogu zła obok przemocy i wykorzystywania znalazły się przekleństwo i pogarda. O przekleństwie i przemocy pouczają mnie ci, którzy jeszcze niedawno chodzili po ulicach z ośmioma gwiazdkami na transparentach i z wieszakami w rękach. Wieszak miał ostrzegać przed aborcją podziemną, ale noszono go na protestach przeciw ograniczaniu aborcji. A aborcja nie przestaje być zabiciem dziecka od tego, że wykonuje się ją legalnie. Więc przemocy akurat ten obóz się nie brzydzi, byle trafiała we właściwych.
Pogardy wprost w projekcie nie ma, ale wystarczy spojrzeć, czego premier chce w Senacie. W wersji po pracach komisji wnioski o blokowanie treści związanych z czynami z art. 119 § 1, art. 256 § 1–2 i art. 257 kodeksu karnego, czyli m.in. nawoływaniem do nienawiści i znieważaniem z powodu przynależności, mają po postępowaniu przed właściwym organem trafiać do sądu. Premier zapowiada przywrócenie w Senacie przepisów pozwalających blokować takie treści bez wcześniejszej decyzji sądu. Zwracam uwagę: nóż w szkole posłużył za argument, a premier przy tej okazji chce też przywrócić administracyjne blokowanie „mowy nienawiści”. Ich „ciemnogród”, „mohery” i „katotaliby” uchodzą za debatę publiczną, a ja mam się pilnować, czy moja odpowiedź nie zostanie uznana za mowę nienawiści. Demokracja walcząca, jak się patrzy…
Zabójstwo jest zakazane od Synaju, a w kodeksie karnym od dawna (art. 148), publiczne nawoływanie do przestępstwa również (art. 255). Nic z tego nie przeszkodziło piętnastolatkowi wziąć trzech noży i pójść do dawnej szkoły. Nowelizacja ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, bo o ten projekt chodzi, nie ustanawia nowego zakazu zabójstwa ani nawoływania do niego. Wprowadza nowe procedury nakazywania blokady nielegalnych treści, nowe uprawnienia urzędów i obowiązki dla usługodawców, łącznie z możliwością blokowania całych domen w określonych przypadkach. Nie przedstawiono dotąd dowodu, że szybsza blokada zatrzymałaby tego chłopaka w drodze do szkoły. Wiem natomiast na pewno, że blokowanie internetu nie zastąpi wychowania.
W takich chwilach wracam do św. Tomasza. Prawo ludzkie – uczy Akwinata – nie zakazuje wszystkich występków, lecz tylko cięższych, przede wszystkim tych, które krzywdzą innych, jak zabójstwo czy kradzież, a do cnoty prowadzi nie od razu, lecz stopniowo (S.Th. I–II, q. 96, a. 2 c. i ad 2). Prawo jest więc potrzebne, ale samo nie odbuduje tego, na czym powinno opierać się wychowanie. A właśnie to przez pół wieku z rozmysłem rozbierano: władzę ojca ochrzczono przemocą, katechezę indoktrynacją, grzech emocjami, a ze szkoły zrobiono przechowalnię, w której nabywa się „kompetencje”.
Koneczny nazwałby to po imieniu. W Państwie i prawie w cywilizacji łacińskiej pisał: „Jeżeli to są formułki prawnicze zamiast sumienia, formułki zdane na samowolę każdorazowej władzy – toć to wyraźny bizantynizm”. Lepiej bym tego nie ujęła. Wygnali z dusz sumienie, więc teraz wprowadzają cenzora do telefonu, a za rok będą się dziwić, że i to nie pomogło. W tych politycznych receptach nie ma miejsca ani na grzech, ani na łaskę ani na spowiedź. Została wiara w moc ustawy, ostatnia religia, jaką liberałowie wyznają. Kiedy dzieje się zło, pytają tylko, jakiego przepisu zabrakło.
Służby sprawdzają, czy działa tu mechanizm naśladownictwa i inspiracji internetowej, i nie przeczę, że może działać. Niech mi jednak ktoś wytłumaczy, jaka odpowiedzialność spoczywa na portalach, które od kilku dni wyciskają z każdego zamachu tyle kliknięć, ile się da, a między jedną relacją a drugą chwalą ustawę o blokowaniu. Albo dlaczego mamy wierzyć w skuteczność urzędu, skoro przed pornografią, jak w lipcu stwierdziła NIK, mimo wieloletnich działań wciąż nie wdrożono wystarczająco skutecznej ochrony dzieci. Rządowy projekt w tej sprawie trafił do Sejmu w czerwcu. Ciekawe, czy i jego głosowanie ktoś równie nagle zapowie na ten sam wieczór i zrobi z niego sprawdzian prawomyślności.
Obóz wieszaka nagle zatroskany przemocą w internecie – to już szczyt bezczelności. Za zgorszenie maluczkich Ewangelia grozi kamieniem młyńskim u szyi (por. Mt 18, 6), ale takiej ustawy nikt w Sejmie nie zgłosi.
Nie jestem liberałem i z „wolności słowa” bożka nie robię. Pius IX potępił w Syllabusie (prop. 79) twierdzenie, jakoby nieograniczona swoboda publicznego głoszenia wszelkich opinii nie sprzyjała zepsuciu obyczajów i szerzeniu indyferentyzmu. Liberałowie półtora wieku z tego drwili, a dziś sami biorą się za cenzurowanie. Cenzura ma jednak sens wtedy, gdy wie, w imię jakiej prawdy działa. Państwo, które nie uznaje obiektywnej prawdy moralnej, będzie cenzurować w imię tego, co akurat uchwali większość. A ja mam wszelkie powody obawiać się, że padnie na takich jak ja.
Kaczyński oczywiście od razu z pretensją, że „państwo Tuska zawiodło”, jakby państwo PiS-u wychowywało ojców. Jedni chcą blokować, drudzy wyrzucają, że źle pilnowali, a wychodzi z tego wciąż to samo: wychowywać ma państwo. Nie słyszę w tych przepychankach pytania, skąd w ogóle pokolenie, w którym trzynastolatek nosi nóż w plecaku, a piętnastolatek idzie z trzema do dawnej szkoły. Ani co się stało z ojcami, z katechezą, z konfesjonałem i ze strachem przed grzechem śmiertelnym. Pustkę zrobił porządek, któremu obaj służą, internet ją tylko zagospodarował.
Psalmista szydził z bożków, które mają usta i oczy, a nic nie mówią i nic nie widzą (por. Ps 113, 12–15). Bożek ustawy jest dokładnie taki, ślepy na grzech i głuchy na łaskę, tylko apetyt ma większy. A ofiary, jak to u bożków bywa, złożą z nas.
Miserere nobis.
Lenka I. Miler – nauczycielka, socjoterapeutka i doktorantka nauk o rodzinie. Bada rozwój moralny w ujęciu św. Tomasza z Akwinu oraz jego znaczenie w pracy wychowawczej i socjoterapeutycznej z młodzieżą. Wraz z mężem prowadzi wydawnictwo Pod Chorągwią Matki Bożej Łysieckiej.





