Niemiecka lewica wraca do sowieckich metod

II Powojenna Konferencja Żydoznawcza GŁÓWNE WYDARZENIE MAGNA POLONIA II Powojenna Konferencja Żydoznawcza Program i szczegóły →

Dzięki zwycięstwu wyborczemu skrajnej lewicy z Die Linke, Berlin znów zaczyna odkrywać uroki systemu, w którym prywatny właściciel jest problemem, a rozwiązaniem jest kolektywizacja. Liderka niemieckiej lewicy Ines Schwerdtner potwierdziła, że jej partia zamierza znacjonalizować wielkie prywatne zasoby mieszkaniowe. Jej kandydatka na burmistrza Berlina Elif Eralp również zapowiada „uspołecznienie” mieszkań, przekonując, że przejęcie nieruchomości jest możliwe prawnie i finansowo. Chodzi o setki tysięcy lokali należących do dużych przedsiębiorstw.

Niemiecka lewica wraca do upaństwowienia gospodarki. Plan berlińskich komunistów z Die Linke zakłada przejęcie ogromnego zasobu mieszkań od prywatnych koncernów i przekazanie go pod zarząd publiczny. W zależności od przyjętych założeń mowa jest aż o około 220–240 tys. mieszkań. Jednocześnie lewacy chcą, aby w ramach walki o „sprawiedliwość społęczną”, odszkodowania dla wywłaszczanych właścicieli były znacząco niższe od wartości rynkowej nieruchomości. Według analiz dotyczących planu koszt takiej operacji może być liczony w dziesiątkach miliardów euro.

Jeśli te plany zostaną wprowadzone w życie, nie wiadomo kto w przyszłości będzie chciał inwestować w Berlinie, jeżeli jego biznes z dowolnej branży będzie mógł być przejęty przez władze za bezcen. To podstawowy problem tego rodzaju lewackich eksperymentów. Inwestor nie patrzy przecież wyłącznie na dzisiejszy podatek czy czynsz. Patrzy również na ryzyko. Jeżeli państwo czy samorząd mogą przejąć majątek dużej firmy poniżej jego wartości rynkowej, inni właściciele szybko zaczną zadawać sobie pytanie: „A kto będzie następny?”. To nie jest kwestia ideologii, tylko prostej kalkulacji ekonomicznej.

Eksperci zwracają uwagę, że już sama zapowiedź wywłaszczeń zniechęci prywatnych inwestorów i ograniczy przyszłą podaż mieszkań. Ekonomista DIW Konstantin Kholodilin ostrzegł, że przejęcie nieruchomości po cenach niższych od rynkowych może prowadzić do wycofywania się prywatnych przedsiębiorstw. A przecież Berlin cierpi właśnie z powodu niedoboru mieszkań.

To trochę tak, jakby właściciel restauracji narzekał, że ma za mało klientów, po czym zamiast poprawić ofertę, postanowił przejąć konkurencyjną restaurację. Następnie uznałby, że problem został rozwiązany, ponieważ liczba restauracji należących do niego wzrosła. Lewica robi z mieszkaniami coś podobnego: zamiast zwiększać podaż, chce zmienić właściciela istniejącego zasobu.

Co ciekawe, powstała w związku z planami lewactwa analiza Instytutu Kilońskiego wskazuje, że przejęcie ponad 200 tys. mieszkań nie rozwiązałoby problemu niedoboru lokali w Berlinie. Nie zwiększyłoby to bowiem liczby mieszkań. Dosżłoby jedynie do zmiany ich własności i -czego juz w raporcie nie wskazano – uczynionoby z zasobów mieszkaniowych paśnik dla lewicowych aktywistów.

Historia zna podobną logikę aż nazbyt dobrze. Związek Sowiecki wychodził z założenia, że skoro prywatna własność przeszkadza w osiągnięciu „sprawiedliwości społecznej”, należy ją podporządkować państwu. Najpierw był właściciel, potem „wyzyskiwacz”, a na końcu majątek stawał się własnością państwa. Brzmiało to w propagandzie niezwykle szlachetnie. Problem polegał na tym, że gospodarka nie zaczęła dzięki temu działać zgodnie z broszurami partyjnymi.

Co ciekawe, zwłaszcza w przypadku Berlina różnica między propagandowym hasłem a rzeczywistością okazuje się całkiem spora. Zwolennicy przejęcia mieszkań mówią o obniżeniu kosztów życia. Tymczasem analizy wskazują, że problemem niemieckiej stolicy jest przede wszystkim ogólny niedobór mieszkań. Przejęcie istniejących lokali nie wybuduje ani jednego dodatkowego metra kwadratowego.

Lewica odpowiada oczywiście, że mieszkania będą wtedy „dla ludzi”, a nie dla zysku. To bardzo efektowne hasło. Tyle że mieszkanie nie pojawia się dlatego, że polityk ogłosi je dobrem społecznym. Trzeba je najpierw wybudować. Potrzebna jest ziemia, projekt, materiały, pracownicy, finansowanie i przede wszystkim kapitał, który ktoś musi przecież chcieć zainwestować.

Można więc zadać proste pytanie: jeżeli Berlin ma problem z prywatnymi właścicielami mieszkań, dlaczego nie sprawić, aby budowa nowych mieszkań była łatwiejsza, szybsza i bardziej opłacalna? Dlaczego nie zwiększać podaży m.in. poprzez ułatwienie procedury biurokratycznej, tylko prowadzić kosztowną operację zmiany właściciela już istniejących nieruchomości?

Odpowiedź jest chyba mniej skomplikowana, niż chcieliby przyznać ideolodzy. Wywłaszczenie jest w komunizmie politycznie efektowne. Można wskazać „winnego”, ogłosić, że bogaty deweloper zostanie ukarany, a państwo jest obrońcą ludu pracującego. Budowanie setek tysięcy mieszkań jest natomiast nudne. Wymaga lat pracy, pieniędzy, pozwoleń i kompetentnego zarządzania. Nie da się tego załatwić jednym przemówieniem na lewackim spędzie partyjnym.

Historia wielokrotnie pokazała, że kiedy politycy zaczynają uważać, iż wystarczy zmienić właściciela, aby osiagnąć dobrobyt, rzeczywistość wystawiała bardzo wysoki rachunek. Rachunek, który w przeciwieństwie do partyjnego sloganu, ktoś zawsze musi zapłacić. Tym kimś jak zwyle będą zwykli ludzie.

Polecamy również: Francja znów płonie. Rozruchami kieruje burmistrz strefy „no-go”

MAGNA POLONIA NA E-MAIL Nie przegap najważniejszych tekstów.

Najważniejsze publikacje, nowe wydania i informacje o naszych działaniach bezpośrednio na Twoją skrzynkę.

FUNDACJA MAGNA POLONIA

Ten portal istnieje dzięki Czytelnikom.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie wartościowy, pomóż nam finansować kolejne materiały, książki i działalność Fundacji.

0 zł0%
Cel: 18 200 zł · brakuje 18 200 zł
Zobacz darczyńców tego miesiąca →
POLECAMY Kancelaria Litwin Potrzebujesz wsparcia prawnego? Sprawdź ofertę kancelarii, którą polecamy naszym Czytelnikom. Przejdź do strony →