Zarząd lubelskiej chłodni JAAK rozpoczął protest głodowy, wskazując na trudną sytuację finansową przedsiębiorstwa. Właściciele zakładu twierdzą, że jednym z głównych powodów problemów jest konkurencja ze strony firm wykorzystujących tańsze mrożone maliny sprowadzane z Ukrainy. Sprawa jest kolejnym przykładem napięć, jakie od kilku lat towarzyszą liberalizacji handlu między Ukrainą a Unią Europejską.
Polacy rozpoczęli głodówkę mając dość nieuczciwej konkurencji z Ukrainy oraz nieudolności rządu warszawskiego. Chłodnia JAAK w Zadolu na Lubelszczyźnie skupowała przede wszystkim maliny od polskich plantatorów. Jak wynika z relacji właścicieli, w 2023 r. zakład kupował owoce po 16–18 zł za kilogram, a następnie poddawał je zamrożeniu.
W tym samym czasie część konkurencyjnych przedsiębiorstw sprowadzała tańszy surowiec z Ukrainy. Po załamaniu cen mrożonych malin JAAK miał mieć problemy ze sprzedażą zapasów po cenach pozwalających odzyskać poniesione koszty.
Według właścicieli chłodni konsekwencją takiej sytuacji jest obecnie ryzyko upadłości przedsiębiorstwa. Zarząd wskazuje również, że od kilku lat zabiegał o pomoc państwa. W lipcu 2023 r. JAAK miał złożyć wniosek o pożyczkę w ramach programu „Linia Owoce 24”, jednak – według przedstawicieli firmy – wniosek został odrzucony. Kolejne próby uzyskania wsparcia również nie przyniosły oczekiwanych rezultatów.
Problem importu malin z Ukrainy nie jest nowy. Już w 2023 roku przedstawiciele branży owocowej alarmowali, że bardzo tani ukraiński surowiec może destabilizować polski rynek. Wskazywano również na sytuacje, w których importowane mrożone maliny trafiały do polskich chłodni i konkurowały z owocami skupowanymi od krajowych plantatorów. Ówczesny rząd PiS bagatelizował ich obawy i problemy.
Sprawa JAAK pokazuje szerszy problem: przedsiębiorstwo kupujące krajowy surowiec ponosi koszty jego produkcji i skupu w Polsce, a następnie musi konkurować cenowo z firmami wykorzystującymi import. Dla zakładów przetwórczych oznacza to presję na marże, a dla plantatorów – ryzyko ograniczenia krajowego skupu i spadku opłacalności produkcji.
Podobne napięcia występują w polskim transporcie drogowym. Od 2022 roku funkcjonuje unijno-ukraińska umowa liberalizująca przewozy drogowe. Zniosła ona obowiązek posiadania zezwoleń w przypadku przewozów objętych porozumieniem, a we wrześniu 2025 roku UE i Ukraina przedłużyły jej obowiązywanie do 31 marca 2027 roku.
Komisja Europejska przyznaje jednocześnie, że Ukraina powinna stopniowo dostosowywać swoje przepisy transportowe do prawa UE, aby zapewnić równe warunki konkurencji.
Polscy przewoźnicy od początku krytykowali liberalizację, wskazując na różnice w kosztach prowadzenia działalności i warunkach funkcjonowania przedsiębiorstw. W 2023 roku doprowadziło to do wielomiesięcznych protestów na przejściach granicznych z Ukrainą.
Przewoźnicy twierdzili, że ukraińskie firmy przejmują część zleceń dzięki niższym stawkom, a polskie przedsiębiorstwa muszą jednocześnie ponosić koszty wynikające z unijnych regulacji dotyczących m.in. wynagrodzeń, czasu pracy kierowców i wymogów technicznych.
Problem był dostrzegany także przez przedstawicieli polskich władz. W grudniu 2023 r. ówczesny wiceminister infrastruktury Paweł Gancarz mówił o sytuacji, w której polscy kierowcy czekali na powrót z Ukrainy nawet 12–14 dni, określając ją jako „nieuczciwą wręcz konkurencję”.
Sednem sporu są przede wszystkim odmienne warunki funkcjonowania przedsiębiorstw oraz skutki decyzji o szerokim otwarciu unijnego rynku, z jednoczesnym brakiem wymogów sanitarnych wobec firm z Ukrainy. W przypadku transportu Komisja Europejska sama wskazuje na potrzebę stopniowego wyrównywania standardów, ale niewiele się w tym zakresie robi. Wymówką jest oczywiście wojna.
Zarówno sytuacja chłodni JAAK, jak i wieloletni konflikt w transporcie pokazują więc podobny mechanizm. Polskie przedsiębiorstwa działające w ramach wyśrubowanych, krajowych i unijnych wymogów, konkurują z podmiotami korzystającymi z niższych kosztów po stronie ukraińskiej, wynikających z braku tychże wymogów. Dla polskich firm oznacza to niestety utratę marż, zleceń i rynków, a w skrajnych przypadkach – ryzyko zakończenia działalności.
NASZ KOMENTARZ: Masowa imigracja i otwarcie na firmy ukraińskie miały rzekomo wspierać polską gospodarkę. W praktyce dochodzi do likwidacji dochodowych polskich branż, przejmowanych przez gorszej jakości towary i usługi ukraińskie. To sabotaż i wojna gospodarcza z Polakami, żadne dobrodziejstwo.
Polecamy również: Kijów nie ma kim walczyć. Zmobilizuje kobiety?
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




