Felietony

Stanisław Michalkiewicz: Ex Oriente Lux

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Stanisław Michalkiewicz: Ex Oriente Lux

Gdzie jest Wschód? Co za głupie pytanie! Wiadomo, że Wschód jest na Wschodzie – bo niby gdzie miałby być? No tak – ale jeśli słowo Wschód opatrzymy cudzysłowem, to sprawa zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Taki „Wschód” może być gdziekolwiek – na Wschodzie oczywiście też – ale i na Zachodzie, na Południu, a nawet – na Północy. No dobrze – ale skąd pomysł, by słowo Wschód opatrywać cudzysłowem?  A stąd, że w czasie II wojny światowej Niemcy, zwani dzisiaj „nazistami”, używali pewnych eufemizmów, które miały maskować eksterminację Żydów i przedstawicieli innych narodów.

W oficjalnych dokumentach nie mówiło się o żadnej tam „eksterminacji”, tylko o „przesiedleniu”. No a gdzie ci „przesiedleni” mieli być przesiedlani? Ano właśnie – na „Wschód” – jakże by inaczej!  Toteż dla takich na przykład Żydów węgierskich, których „przesiedlanie” rozpoczęło się dopiero w roku 1944, „Wschód” był na Północy, bo do Oświęcimia  z Węgier jedzie się w kierunku północnym, podczas gdy dla takich Żydów francuskich, „Wschód” był rzeczywiście na Wschodzie.

Nawiasem mówiąc, „przesiedlanie” Żydów węgierskich na „Wschód” rozpoczęło się tak późno, bo dopóki Węgrami rządził admirał Horthy, to – chociaż Węgry zostały wprzęgnięte do niemieckiego rydwanu – Gestapo tam  nie szalało, jak w Generalnej Guberni – i nawet tamtejszym Żydom nic się nie działo – aż do zamachu stanu, w następstwie którego admirał Horthy został obalony przez tzw. Strzałokrzyżowców.  Dopiero wtedy Adolf Eichmann mógł rozprawić się z tamtejszymi Żydami, to znaczy – „przesiedlić” ich na „Wschód”.

Wdałem się w te, trochę dziwaczne, dywagacje, na wieść, że Unia Europejska podjęła decyzję, co robić z tak zwanymi „migrantami”, którzy wprawdzie szczęśliwie dotarli do Unii Europejskiej, ale nie uzyskali tam „azylu”, to znaczy – tamtejsze władze nie udzieliły im pozwolenia na stałe osiedlenie się na tym terytorium. Tacy „migranci” nie będą mogli wyjechać do innego unijnego bantustanu, by tam jeszcze raz ubiegać się o „azyl” – aż do skutku – tylko od razu będą deportowani do „obozu przejściowego” – poza obszar Unii Europejskiej.

Unia Europejska bowiem – jako ojczyzna demokracji i w ogóle – na swoim terytorium żadnych takich obozów mieć nie może – to chyba oczywiste? No dobrze – ale jeśli nie na terytorium Unii – to gdzie? Jak to gdzie? Naturalnie – na „Wschodzie”! Okazuje się tedy, że tym razem „Wschód” będzie zlokalizowany na Południu, to znaczy – albo na Bałkanach, albo nawet – w Afryce Północnej.

Bo socjalizm – wszystko jedno – „naukowy”, czy „narodowy” – bez obozów na „Wschodzie” długo nie wytrzyma, więc prędzej czy później musi dojść do „przesiedleń”. No tak – ale jeśli „migranci” nie będą chcieli poddać się „przesiedleniu” i to w dodatku na „Wschód”? Co wtedy będzie? Nie ma rady; wtedy trzeba będzie wymusić na nich tę zgodę – jak zrobili to Anglicy w 1945 roku, wydając Stalinowi na pewną śmierć obywateli sowieckich, którzy uciekli z cudnego raju razem z Niemcami.

Jak wyglądała ta rewolucyjna praktyka, ten wstydliwy zakątek współpracy z „wujkiem Joe” – opisuje to Józef Mackiewicz w książce „Kontra”. Wspomina między innymi, że Anglicy wydawali Stalinowi również tych Rosjan, którzy obywatelami Związku Sowieckiego nigdy nie byli, jak np. atamana Krasnowa.

Pokazuje to, że jeśli tylko pojawia się taka potrzeba, to nie tylko „naziści”, ale również Anglicy, mogą kierować się kryteriami narodowościowymi, a nawet – rasowymi – jak tego dowiodła historia młodego Polaka nazwiskiem Nowak, który w Southampton, mimo iż mówił policjantom, że został uderzony nożem przez Sikha i właśnie dusi się własną krwią, został skuty kajdankami, żeby taktownie umarł i nie rzucał rasistowskich oskarżeń.  Kropkę nad „i” postawiła w Izbie Gmin brytyjska minister spraw wewnętrznych Shabana Mahmood., pochodzenia pakistańskiego.

Zwróciła ona uwagę, że Sikhom wolno posiadać noże, bo używają ich w celach religijnych. Szczegółów już nie podała – ale sami możemy się domyślić, że chodzi o przypadki, gdy trzeba zadźgać jakiegoś „niewiernego”. Ale nie tylko o takie. W opowiadaniu „Jawa i mrzonka” Antoni Słonimski pisze o zjeździe przedstawicieli narodów uciemiężonych przez kolonialismus, jaki miał odbyć się w Warszawie jeszcze za komuny. Przemawiał tam m.in. murzyn, który kolonialismus wychwalał, bo kiedy, jako żołnierz francuskich wojsk kolonialnych stracił nogę, to Francja podarowała mu protezę, z której korzysta do dnia dzisiejszego.

Po nim przemawiał inny murzyn, który na początek zapytał co stało się z tą odciętą nogą. Wielbiciel kolonializmu nie potrafił na to odpowiedzieć, ale zapytał pytającego, dlaczego ta sprawa go tak interesuje. Tamten odparł, że tę nogę przecież można by zjeść, a tak, to pewnie się zmarnowała. Wywołało to pewne zamieszanie na sali i przewodniczący zjazdu powiedział, że może nie powinniśmy tak bardzo spieszyć się z tym samostanowieniem narodów.

Ciekawe, jaki przebieg miałby taki incydent w naszym nieszczęśliwym kraju, gdyby na przykład Polak został zadźgany przez Ukraińca – a wezwany na miejsce patrol policji składałby się z Ukraińców. Ciekawe, kto by został skuty, a kto puszczony wolno, ewentualnie tylko symbolicznie ukarany, jak ów Ukrainiec, który podjechał wypasionym samochodem na sam brzeg Morskiego Oka. Bo trzeba nam wiedzieć, że w szeregach policji jest całkiem spory odsetek Ukraińców, którzy między sobą porozumiewają się we własnym języku.

Oczywiście trudno mieć o to do nich pretensję, skoro nawet od lekarzy nie wymaga się znajomości języka polskiego. W końcu by zakuć kogoś w kajdanki, czy przyłożyć mu pałą, znajomość języków obcych nie jest konieczna.

Znacznie ciekawsze jest co innego – czy ten napływ Ukraińców do policji to tylko pełny spontan i odlot – jak w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy „Jurka” Owsiaka – czy też towarzyszy temu jakaś ukraińska myśl polityczna, podobna do tej, jaka podczas II wojny światowej towarzyszyła formowaniu przy boku „nazistów” ukraińskiej policji, która – gdy losy wojny zaczęły przechylać się na korzyść Sowietów – zdezerterowała do lasu – i tak powstała Ukraińska Powstańcza Armia.

Z Sowietami jeszcze walczyć nie mogła, bo Ukraina była pod panowaniem niemieckim, natomiast zrealizowała taki cel wojenny, który zrealizować mogła – to znaczy – wymordowała tylu Polaków, ilu było można, by przyszła Ukraina – wszystko jedno, czy przy „nazistach”, czy przy Sowietach – został oczyszczona z obcoplemieńców. Gdyby tedy Ukraińcy w policji mieli jednak do spełnienia w naszym nieszczęśliwym kraju jakąś misję, która na razie musi pozostać tajemnicą, to co w tej sytuacji powinniśmy zrobić?

O przekazaniu ich do obozów na „Wschodzie”, jakie Unia Europejska będzie zakładała, mowy być nie może, bo jeśli nawet ci policjanci pozwolili by się rozbroić i deportować, to czy pozwoliliby nam na to Niemcy, którzy w kwietniu podnieśli swoje stosunki z Ukrainą do rangi „strategicznego  partnerstwa”?

Polecamy również: „Mord rytualny w Rzeszowie?” – książka o zbrodni sprzed lat

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!