Dr Leszek Sykulski, doktor nauk o polityce, prezes Polskiego Towarzystwa Geostrategicznego i Polskiego Instytutu Badań nad Pokojem, w rozmowie z Tomaszem Cukiernikiem tłumaczy ryzyko wielkiej wojny. Właśnie teraz została wydana jego najnowsza książka pt. „Geopolityka świata wielobiegunowego”.
W tytule Twojej najnowszej książki mówisz o świecie wielobiegunowym. Co to tak naprawdę oznacza?
Zacznijmy od tego, czym wielobiegunowość nie jest. Nie jest ideologią ani światopoglądem. To przyjęta konwencja terminologiczna teorii stosunków międzynarodowych i geopolityki, opisująca pewien obiektywny stan systemu globalnego – taki, w którym potęga jest rozproszona między kilka samodzielnych ośrodków siły, a nie skupiona w jednym (układ jednobiegunowy) czy np. w dwóch rywalizujących blokach (układ dwubiegunowy).
Patrzę na to oczami realisty. Hans Morgenthau [amerykański naukowiec niemieckiego pochodzenia zajmujący się stosunkami międzynarodowymi – TC] opisywał politykę międzynarodową jako nieustanną walkę o władzę. W warunkach wielobiegunowości ta walka nabiera bardziej złożonego charakteru, bo potęga jest rozdzielona między kilku graczy, co prowadzi do wielowymiarowego układu równowagi. W praktyce oznacza to powstawanie tymczasowych koalicji zawieranych wokół konkretnych interesów, które mogą się równie szybko rozpadać, gdy zmienią się interesy poszczególnych aktorów. Taki układ jest bardziej dynamiczny i trudniejszy do prognozowania niż klasyczna koncentracja siły. Wielobiegunowość rozgrywa się równolegle w kilku wymiarach: geograficznym (rozmieszczenie ośrodków siły), ekonomicznym (przepływy strategiczne), kulturowo-ideologicznym (rywalizacja narracji i norm) oraz technologicznym (dominacja w innowacjach i infrastrukturze). Przewaga zdobyta w jednym z tych wymiarów może być wykorzystana do wzmacniania pozycji w pozostałych.
I kwestia chyba najważniejsza: świat wielobiegunowy nie powstał z czyjegoś zamysłu. To nie jest projekt ideologiczny tylko efekt zmian strukturalnych. Jest to efekt jakichś czynników jak przesunięcie centrum gospodarki światowej ku Azji, nierównomierny wzrost w skali globalnej, integracja regionalna (UE, ASEAN, SCO, BRICS) czy fragmentaryzacja systemu finansowego. Schyłek Pax Americana, czyli dominacji amerykańskiej po 1991 roku, jest właśnie skutkiem takich procesów, a nie zaplanowanej rewolucji ideologicznej. Wielobiegunowość powstaje niejako przy okazji rozproszenia zdolności produkcyjnych i decyzyjnych w wielu krajach i regionach.
Jakich głównych aktorów geopolitycznych na świecie mógłbyś wymienić?
W książce „Geopolityka świata wielobiegunowego” analizuję pięciu głównych aktorów świata posthegemonicznego: Stany Zjednoczone, Chiny, Rosję, Indie oraz – i tu od razu zaznaczam pewną ostrożność – Unię Europejską. Kryterium doboru jest realistyczne. Robert Keohane [profesor nauk politycznych, jeden z głównych przedstawicieli amerykańskiego neoliberalizmu – TC] wśród filarów hegemonii wskazywał zasoby materialne: kontrolę nad surowcami, źródłami kapitału, rynkami i przewagę w produkcji dóbr wysoko cenionych. Do tego dochodzi potencjał militarny oraz zdolność kreowania i podtrzymywania norm i instytucji. Aktorem geopolitycznym pierwszego rzędu jest ten, kto łączy te trzy elementy i potrafi je przekuć na realny wpływ.
Stany Zjednoczone pozostają dominującą potęgą gospodarczą i wojskową, choć – co opisuję szeroko – same przeszły na doktrynę równowagi sił i „zwrot ku Azji” (nazywany też „piwotem na Pacyfik”), rezygnując z roli gwaranta liberalnego porządku globalnego. Chiny to mocarstwo wschodzące, budują alternatywne instytucje (BRICS, Szanghajska Organizacja Współpracy, Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych), realizują Inicjatywę Pasa i Szlaku oraz strategię synergii cywilno-wojskowej. John Mearsheimer [amerykański politolog, wykładowca akademicki – TC] wprost przewiduje ich dążenie do regionalnej hegemonii w Azji. Rosja jest „mocarstwem odpornym” – projektuje siłę narzędziami militarnymi, strategią faktów dokonanych i działaniami hybrydowymi, utrzymując status mimo sankcji. Indie wnoszą dywidendę demograficzną i aspirują do roli samodzielnego bieguna, prowadząc politykę balansowania między ośrodkami siły. Unię Europejską celowo opatrzyłem w książce znakiem zapytania.
Dodam jeszcze, że obok klasycznych mocarstw rośnie rola struktur regionalnych i Globalnego Południa, zwłaszcza formatu BRICS+, który występuje jako aktor zbiorowy. A całość tej geografii rywalizacji warto czytać przez pryzmat Halforda Mackindera [brytyjski geograf, jeden z twórców geopolityki – TC] i Nicholasa Spykmana [amerykański geopolityk pochodzenia holenderskiego – TC]: dopiero połączona kontrola nad Heartlandem i otaczającym go Rimlandem daje potencjał globalnej hegemonii. Dlatego dziś sercem rywalizacji jest Indo-Pacyfik – region odpowiadający za niemal połowę światowego PKB liczonego parytetem siły nabywczej.
Czy w ogóle państwa, czy nawet mocarstwa są głównymi aktorami wojny politycznej na świecie? Czy może jednak już inne podmioty, mam tu przede wszystkim na myśli międzynarodową finansjerę czy największe światowe korporacje?
To jest świetne pytanie, bo dotyka samego rdzenia sporu teoretycznego. Realistyczny punkt wyjścia jest jasny: podstawową jednostką systemu pozostaje państwo, a sam system ma charakter anarchiczny – nie ma instancji wyższej ponad państwami. Ale byłbym nieostrożny, gdybym na tym poprzestał. W książce mocno podkreślam, że hegemonia amerykańska nigdy nie była wyłącznie militarna. Pax Americana to było sprzężenie przewagi wojskowej z globalną architekturą korporacyjno-finansową: instytucjami z Bretton Woods, systemem otwartego handlu i supremacją dolara w rozliczeniach międzynarodowych. Teoria stabilności hegemonicznej Kindlebergera i Keohane’a wprost zalicza kontrolę nad kapitałem i rynkami do filarów dominacji. Dziś widać to jeszcze wyraźniej – półprzewodniki stały się elementem o znaczeniu krytycznym dla bezpieczeństwa narodowego, a procesy dedolaryzacji, rozwijane przez BRICS+, mogą podważyć monetarny filar amerykańskich wpływów.
Jak to pogodzić? Finansjera i wielkie korporacje nie są suwerennymi aktorami obok państw – są raczej medium i zarazem beneficjentem potęgi państwowej, a często źródłem tego, co nazywamy potęgą strukturalną. To, co kiedyś rozgrywało się czołgami, dziś coraz częściej rozgrywa się przez łańcuchy dostaw, standardy techniczne i systemy rozliczeń – to logika geoekonomii, „wojny prowadzonej innymi środkami”. Ale to wciąż państwo monopolizuje legitymizowaną przemoc i ostatecznie ustala reguły gry. Korporacja może mieć gigantyczny budżet, ale nie ma armii ani prawa do stanowienia norm. Dlatego mówię tak, aktorem decydującym pozostaje państwo, lecz w epoce wielobiegunowej i geoekonomicznej sieci finansowo-korporacyjne stają się głównym kanałem, przez który ta potęga jest wykonywana.
No tak, ale jeśli korporacje za pomocą zakulisowego wpływu na polityków de facto rządzą państwami, to czy możemy mówić, że państwa są aktorem międzynarodowej gry i nadal realizują narodowe interesy?
Dotykasz tutaj granicy, na której realizm spotyka się ze swoją własną krytyką, że tak to ujmę. Muszę być uczciwy wobec czytelników, bo to nie jest pytanie, które da się zbyć jednym zdaniem. Realizm posługuje się założeniem, że państwo jest aktorem jednolitym i racjonalnym, dążącym do realizacji interesu narodowego rozumianego jako potęga. To jest jednak założenie analityczne. Takie świadome uproszczenie przyjmowane dla wygody modelu. Ale nie jest to twierdzenie, że wewnątrz państwa nie ma walki o to, czyj interes zostanie nazwany „narodowym”. I tu sięgam po krytykę teorii stabilności hegemonicznej, którą referuję w książce. Jeden z jej najpoważniejszych zarzutów dotyka tego, że teoria ignoruje wymiar państwo–społeczeństwo i skupia się niemal wyłącznie na zasobach materialnych. A to pomija fakt, że hegemonia często opiera się na miękkim konsensusie wewnętrznym oraz na eksporcie wartości zgodnych z interesem elit dominujących. Innymi słowy, pojęcie „interesu narodowego” jest do pewnego stopnia konstruktem, wynikiem wewnętrznej negocjacji, w której grupy dysponujące zasobami materialnymi mają nieproporcjonalny głos. Teoria krytyczna idzie tu dalej i mówi o siłach społecznych zdolnych ufundować kontrhegemonię. Zatem twoja teza, że kapitał współkształtuje definicję interesu państwa, jest teoretycznie ugruntowana i nie zamierzam jej negować.
Natomiast z tego, że korporacje współkształtują politykę, nie wynika, że państwo przestaje być aktorem. Te dwie rzeczy nie są tożsame. Korporacja, choćby najpotężniejsza, nie ma trzech atrybutów, które konstytuują aktora geopolitycznego. Po pierwsze, nie dysponuje zmonopolizowaną, legitymizowaną przemocą, po drugie, nie stanowi prawa i po trzecie, nie ustanawia norm międzynarodowych. Działa wewnątrz ram wyznaczanych przez państwo, nawet jeśli na te ramy wpływa. Najlepiej widać to w momentach granicznych, takich jak wojny, sankcje, kryzys egzystencjalny. Wtedy to państwo bez ceregieli narzuca swój prymat nad kapitałem, a nie odwrotnie.
I właśnie dlatego zwracam uwagę, że obecny zwrot geoekonomiczny dowodzi czegoś przeciwnego, niż mogłoby się wydawać. Kontrola eksportu półprzewodników, polityka przemysłowa, chińska strategia synergii cywilno-wojskowej (military-civil fusion), państwowo sterowana dedolaryzacja w ramach BRICS+ to wszystko są przykłady działań państw, które podporządkowują sobie sektor prywatny do celów strategicznych, traktując łańcuchy dostaw i systemy finansowe jak instrument władzy. Moja opinia brzmi zatem tak, że nie żyjemy w świecie, w którym korporacje zastąpiły państwa, lecz w świecie, w którym potęga państwa jest coraz częściej realizowana przez sieci finansowo-korporacyjne. W świecie, w którym definicja interesu narodowego bywa zawłaszczana przez elity dysponujące kapitałem. To jednak nie znosi państwa jako podstawowej jednostki systemu. To raczej każe nam pilnować, by interes narodowy nie zredukował się do interesu wąskiej grupy. Ale tu już dochodzimy do szeregu innych zagadnień, dotyczących jakości państwa, a nie o jego istnienia.
Jeden z rozdziałów w Twojej książce mówi o ryzyku wielkiej wojny. Czy mógłbyś to nieco wyjaśnić czytelnikom?
Punktem wyjścia jest tu pułapka Tukidydesa, pojęcie spopularyzowane przez Grahama Allisona [amerykański politolog – TC], do którego lubi się odwoływać sam przewodniczący ChRL Xi Jinping. Mechanizm jest prosty i niepokojąco trwały. Oto mocarstwo dominujące postrzega wzrost potęgi rywala jako zagrożenie i reaguje w sposób, który zwiększa prawdopodobieństwo wojny. Tukidydes pisał o tym już w „Wojnie peloponeskiej” – to narastająca potęga Aten i strach Sparty stały się przyczyną konfliktu. Tę samą matrycę widzimy przed I wojną światową w wyścigu morskim Niemiec z Wielką Brytanią, a dziś – w relacjach amerykańsko-chińskich wokół Tajwanu.
Istotą jest tu psychologia. Liczy się nie tylko obiektywny układ sił, ale subiektywne odczytanie intencji drugiej strony. Powstaje sprzężenie zwrotne – każde działanie „obronne” jednej strony jest bodźcem eskalacyjnym dla drugiej. To klasyczny dylemat bezpieczeństwa. Tajwan jest tu modelowym zapalnikiem, leży w centrum Pierwszego Łańcucha Wysp, jest też kluczowy dla łańcuchów dostaw półprzewodników, więc każdy ruch staje się sprawą o stawce egzystencjalnej.
Wielobiegunowość ten obraz komplikuje. Większa liczba aktorów oznacza więcej kombinacji eskalacyjnych; państwa trzecie mogą proces przyspieszać lub hamować przez sojusze i dostawy uzbrojenia; a fragmentacja systemu finansowego potrafi zabetonować rywalizacje w sztywnych blokach. W książce rozważam kilka scenariuszy, m.in. ograniczone starcie wokół Tajwanu, które może wciągnąć sojuszników; „gorącą wojnę hybrydową” łączącą cyberataki, presję gospodarczą i kontrolowane demonstracje siły poniżej progu otwartej wojny; oraz wielowektorową rywalizację regionalną, w której kilka konfliktów o średniej intensywności toczy się jednocześnie, obciążając zasoby mocarstw. Osobnym narzędziem są konflikty zastępcze – proxy wars – w których główni rywale unikają bezpośredniego starcia, działając przez strony trzecie, jak w Syrii czy na Ukrainie.
Nad tym wszystkim wisi wymiar jądrowy. Zimnowojenna logika wzajemnego gwarantowanego zniszczenia (MAD) dziś nie wystarcza, bo mamy wiele państw nuklearnych o różnych doktrynach – od chińskiego no first use po doktryny szybkiego użycia Pakistanu czy Korei Północnej, obniżające próg eskalacji. Pociski hipersoniczne i obrona antyrakietowa podważają zasadę gwarantowanego odwetu, a erozja reżimu nieproliferacji – spór o program irański, dyskusja o ewentualnym powrocie Japonii do programu atomowego – grozi efektem kuli śniegowej.
Chcę jednak wyraźnie powiedzieć dwie rzeczy na koniec, żeby nie popaść w katastrofizm. Po pierwsze, pułapka Tukidydesa jest również ostrzeżeniem przed samospełniającą się przepowiednią – nie każda rosnąca potęga i każdy schodzący hegemon kończą w otwartej wojnie; w wielu historycznych przypadkach do niej nie doszło. Po drugie, realizm dopuszcza transformację systemową bez konfliktu zbrojnego – jeśli hegemon zaakceptuje ograniczenie swojej dominacji i wejdzie w układ wielobiegunowego kompromisu. Największym ryzykiem nie jest więc sama wielobiegunowość, lecz świat bez hegemona pozbawiony mechanizmów kontroli eskalacji – świat, gdzie brak centralnego egzekutora reguł prowadzi do faktycznej bezkarności i błędnych kalkulacji. Dlatego dla państwa średniego takiego jak Polska kluczowa jest odporność, dywersyfikacja i zachowanie zimnej krwi analitycznej.
Najnowsza książka dra Leszka Sykulskiego pt. „Geopolityka świata wielobiegunowego” jest do kupienia na www.tomaszcukiernik.pl
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





