Znany żydowski publicysta z USA Yair Kleinbaum opublikował opinię w której stwierdził, że w czasie konfliktu z Iranem część amerykańskich komentatorów i dziennikarzy powinna zostać uciszona lub nawet aresztowana przez państwo. Autor wprost postuluje internowanie niektórych influencerów i komentatorów politycznych przeciwnych angażowaniu się USA w obronę interesów Izraela, takich jak Tucker Carlson, Jackson Hinkle, Candace Owens, Nicholas Fuentes i Cenk Uygur.
Żydzi chcą cenzury w USA i zamykania niepoprawnych dziennikarzy. Tekst Kleinbauma opublikowany w popularnym, żydowskim serwisie JFeed stanowi przykład radykalnego stanowiska w debacie o granicach wolności słowa. Autor argumentuje, że niektórzy publicyści – krytykujący wojnę lub zniechęcający do służby wojskowej – rzekomo „demoralizują” społeczeństwo i mogą „podżegać do buntu w armii”. W konsekwencji sugeruje, że powinni zostać zatrzymani w obozach internowania podobnych do tych z czasów II Wojny Światowej.
„Musimy działać natychmiast. Nie ma innej drogi. Gdy tylko wojna zostanie wygrana i zagrożenie zneutralizowane, będziemy mogli ich wypuścić” – napisał obrzydliwy Żyd.
Tego typu postulaty budzą poważne wątpliwości nie tylko z punktu widzenia wolności słowa, ale także ogólnych zasad tzw. demokracji liberalnej. W Stanach Zjednoczonych Pierwsza Poprawka do Konstytucji gwarantuje bowiem bardzo szeroką ochronę wolności słowa – szczególnie w sprawach politycznych. Krytyka wojny, rządu czy sojuszy międzynarodowych jest nie tylko dopuszczalna, ale stanowi fundament demokratycznej debaty.
Historia pokazuje, że ograniczanie tej wolności w czasie konfliktów zbrojnych często prowadziło do nadużyć. Przykładem są internowania obywateli japońskiego pochodzenia w USA podczas II Wojny Światowej – decyzja, która dziś jest powszechnie uznawana za poważny błąd i naruszenie praw obywatelskich.
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych elementów artykułu Kleinbauma jest utożsamienie krytyki polityki zagranicznej USA z działaniem na rzecz wroga. Żydowski autor sugeruje, że wypowiedzi podważające sens wojny lub ostrzegające przed jej konsekwencjami mogą „pomagać przeciwnikowi”. Takie podejście stoi w sprzeczności z tradycją amerykańskiej debaty publicznej. W czasie wojny w Wietnamie, Iraku czy Afganistanie krytyka rządu była powszechna i często okazywała się trafna. Demokracja opiera się bowiem na założeniu, że polityka państwa – także w czasie wojny – musi podlegać publicznej kontroli.
Argumentacja przedstawiona w artykule wpisuje się w talmudyczną logikę, według której w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa Izraela można zawiesić standardowe prawa obywatelskie dowolnego goja. Problem polega na tym, że granica takiego stanu wyjątkowego jest niezwykle płynna, a oficjalne prawo amerykańskie nie uznaje Talmudu za źródła prawa stanowionego.
Jeśli rząd Trumpa stwierdzi, że może internować krytyków wojny, to bardzo szybko pojawi się pytanie: kto decyduje, gdzie kończy się legalna krytyka, a zaczyna „działanie na rzecz wroga”? W historii wielu państw podobne mechanizmy prowadziły do tłumienia opozycji i ograniczania pluralizmu medialnego, w konsekwencji czego dochodziło do budowy ustroju totalitarnego.
NASZ KOMENTARZ: Debata wywołana obrzydliwym, żydowskim artykułem pokazuje, jak bezczelni stali się Żydzi w czasie prezydentury Donalda Trumpa. To co wyprawiają w USA i na całym świecie, uważając się za kompletnie bezkarnych, zaczyna powoli przechodzić ludzkie pojęcie. Próby wprowadzenia cenzury i represji wobec dziennikarzy mogą przynieść odwrotny skutek – podważyć zaufanie społeczne do władzy oraz ściągnąć na prowodyrów tradycyjne hep-hep. Potem znów będzie płacz i odwracanie kota ogonem, że Żydzi byli prześladowani „bez żadnego powodu”.
Zdjęcie poglądowe: Tucker Carlson, jeden z dziennikarzy, którego działalność nie spodobała się żydowskiemu lobby w USA.
Polecamy również: Lider „Myśli Polskiej” broni upamiętnienia żydokomunistki
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





