Jeszcze kilka lat temu politycy wszystkich opcji sejmowych prześcigali się w zachętach do inwestowania w fotowoltaikę. Były kampanie reklamowe, były unijne dotacje, były zapewnienia o energetycznej „niezależności” i „zielonej transformacji”. Tysiące Polaków uwierzyło, że inwestując pieniądze w panele słoneczne nie tylko obniżą rachunki, ale również odciążą krajowy system energetyczny i jeszcze na tym zarobią. Dziś okazuje się, że państwo zaczyna patrzeć na fotowoltaikę jak na kolejny dział, który należy ściśle reglamentować.
Władze zdalnie wyłączą panele słoneczne? Branża alarmuje, że projektowane przez rząd Tuska rozwiązania prawne mogą dać operatorom sieci możliwość zdalnego wpływania na pracę instalacji domowych, a nawet ich zdalnego wyłączania w określonych sytuacjach. Klucz stanowią niejasne przesłanki takich działań oraz brak precyzyjnych gwarancji dla właścicieli instalacji. Resort energii zapewnia wprawdzie, że ostateczne przepisy nie będą przewidywały zdalnego wyłączania prywatnych mikroinstalacji, jednak już sama próba nadania operatorom takich kompetencji wywołała ogromną wściekłość u konsumentów.
W całej sprawie najbardziej uderza pewna logika działania państwa. Najpierw zachęca się obywateli do określonych inwestycji, następnie zmienia zasady rozliczeń na mniej korzystne, a gdy pojawiają się problemy wynikające z przeciążonej i niedoinwestowanej infrastruktury, rozwiązaniem ma być ograniczanie swobody obywateli. Trudno nie zadać pytania: dlaczego odpowiedzią na problemy sieci energetycznej ma być większa kontrola nad szeregowym użytkownikiem, zamiast szybszej modernizacji samej sieci?
Eksperci od lat wskazują, że jednym z głównych problemów jest niedostosowanie infrastruktury do dynamicznego rozwoju OZE. Rosnąca liczba wyłączeń źródeł odnawialnych i ograniczeń produkcji energii wynika między innymi z niewystarczającej elastyczności systemu oraz opóźnień inwestycyjnych.
Cała sytuacja ma również wymiar symboliczny. Obywatel słyszy: „zainwestuj, pomóż transformacji energetycznej”. Gdy inwestuje, słyszy: „pamiętaj, że w razie potrzeby ktoś może zdecydować, kiedy twoja instalacja ma działać”. To model relacji typowej dla kraju faszystowskiego, w którym występuje coraz więcej regulacji, więcej nadzoru, więcej centralnego zarządzania.
Nie brakuje tu również gorzkiej ironii. Przez lata entuzjaści fotowoltaiki bezkrytycznie wierzyli, że państwowe dotacje są prezentem od władzy, a programy wsparcia nie będą wiązały się z przyszłymi zmianami zasad gry. Dziś okazuje się, że każda forma uzależnienia rynku od decyzji urzędników niesie ryzyko, iż te same instytucje w przyszłości zechcą rozszerzyć zakres swojej kontroli. Historia regulacji gospodarczych pokazuje, że przywileje przyznawane przez państwo, w perspektywie czasowej zawsze idą w parze z rosnącą ingerencją urzędników w daną materię.
Nie oznacza to oczywiście, że operatorzy sieci nie mają realnych problemów. Nachalne forsowanie OZE, nadprodukcja energii w słoneczne dni, ograniczona przepustowość sieci czy ryzyko destabilizacji systemu są wyzwaniami rzeczywistymi i wymagają dostosowania rozwiązań technicznych. Problem polega na tym, że najłatwiej jest zarządzać skutkami zaniedbań poprzez nowe uprawnienia administracyjne i zamordyzm, zamiast usuwać ich przyczyny, lub po prostu otwarcie przyznać, że fotowoltaika i farmy wiatrowe są problematyczne; to ślepa uliczka rozwoju i należy się z niej wycofać oraz wrócić do węgla.
Niestety, do tego ostatniego wciąż jest daleko. Unijne elity będą bronić OZE i „Zielonego Ładu” jak niepodległości.
Polecamy również: Wilno mówi „dość”. Katolicy kontra marsz LGBT
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




