Parlament Europejski przyjął rezolucję w sprawie nierówności płci w dziedzinie zdrowia. Obok postulatów dotyczących chorób kobiet dokument uznaje tzw. prawa reprodukcyjne za podstawowe prawa człowieka. Wzywa też do wpisania aborcji do Karty praw podstawowych UE i zalicza odmowę jej wykonania do form przemocy ze względu na płeć. Rezolucja postuluje również „wykrywanie, badanie i zapobieganie” wpływowi ruchów antygenderowych we współpracy z platformami cyfrowymi. Za rezolucją głosowało 19 polskich europosłów, przeciw – 26.
UE tropi „antygenderowców”. Opanowany przez skrajną lewicę Parlament Europejski przyjął niedawno rezolucję dotyczącą tzw. „praw reprodukcyjnych”, równości płci i ochrony zdrowia kobiet. Dokument obejmuje między innymi kwestie badań klinicznych, chorób układu krążenia, nowotworów, endometriozy, menopauzy oraz opieki okołoporodowej. Na tym jednak katalog eurokołchozowych trosk się nie kończy. Znaczną część rezolucji poświęcono bowiem aborcji oraz szeroko rozumianym „prawom seksualnym i reprodukcyjnym”.
Europosłowie określili te prawa mianem podstawowych praw człowieka, a dostęp do „bezpiecznych i legalnych usług aborcyjnych” przedstawili jako jeden z filarów równości płci. Parlament ponownie wezwał również do wpisania prawa do aborcji do Karty praw podstawowych Unii Europejskiej. Za rezolucją zagłosowało 390 europosłów, przeciw było 218, a 29 wstrzymało się od głosu.
Dokument popiera także europejską inicjatywę „My Voice, My Choice”, której celem jest zapewnienie finansowania dostępu do aborcji kobietom, które nie mogą skorzystać z takiej możliwości w państwie swojego zamieszkania. Parlament uznał ponadto, że odmowa „opieki aborcyjnej” może być formą przemocy ze względu na płeć.
Sama rezolucja nie zmienia oczywiście automatycznie prawa obowiązującego w państwach członkowskich. Jest przede wszystkim stanowiskiem politycznym Parlamentu Europejskiego. Pokazuje jednak kierunek, w którym zmierzają unijne instytucje: aborcja ma być przedstawiana nie jako kwestia podlegająca sporom moralnym, prawnym i konstytucyjnym, lecz jako element katalogu praw człowieka.
Na tym tle szczególnie interesujący jest stosunek dokumentu do tzw. „ruchów antygenderowych”. Parlament wzywa między innymi do współpracy z platformami cyfrowymi w celu „wykrywania, badania i zapobiegania” rozprzestrzenianiu się dezinformacji oraz rosnącego wpływu tych środowisk. W praktyce oznacza to, że krytycy genderyzmu-neołysenkizmu zaczynają być przedstawiani jako problem, któremu należy przeciwdziałać.
Bruksela doszła do wniosku, że skoro nie udało się wszystkich przekonać argumentami, zawsze można jeszcze stworzyć odpowiednią kategorię „dezinformacji”. Wtedy przeciwnik niewygodnego poglądu przestaje być po prostu przeciwnikiem – staje się zagrożeniem.
Samo badanie wpływu kultury i ról społecznych na zachowania kobiet i mężczyzn oczywiście powinno być przedmiotem badań naukowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy określone założenia ideologiczne przedstawia się jako bezdyskusyjny konsensus naukowy, a osoby, które je kwestionują, oskarża o szerzenie dezinformacji, najlepiej prorosyjskiej.
W takim modelu wszystko staje się wyjątkowo proste. Jeżeli ktoś twierdzi, że płeć biologiczna ma znaczenie, staje się podejrzany politycznie. Jeżeli pyta o naukowe podstawy kolejnych definicji „tożsamości płciowej” oraz nowych, wymyślnych „płci”, które przecież mnożą się u lewaków jak króliki, jest „antygenderowy”. Jeżeli sprzeciwia się finansowaniu aborcji ze środków publicznych – sprzeciwia się „prawom człowieka”. A jeżeli nadal ma wątpliwości, zawsze można wyjaśnić mu, że jest ofiarą dezinformacji i wyznawcą wrażego „patriarchatu”.
W ten sposób instytucje, które tak chętnie mówią o dyzmokracji i różnorodności, coraz mniej entuzjastycznie podchodzą do prawdziwie różnorodności poglądów. Różnorodność ma według być ogromna – pod warunkiem, że wszyscy różnią się w granicach wyznaczonych przez aktualną mądrość etapu, dyktowaną w brukselskich gabinetach, lożach masońskich i synagogach.
Kluczowym problemem jest mieszanie przez lewaków faktów naukowych z postulatami ideologicznymi i przedstawianie ich jako obowiązującej doktryny. Prawdziwa nauka polega na możliwości zadawania niewygodnych pytań, sprawdzania hipotez i kwestionowania przyjętych przez kogoś, potencjalnie błędnych założeń. Gdy krytyka zaczyna być traktowana jako „dezinformacja”, naukowa dyskusja zaczyna przypominać zebranie komsomolców niż debatę akademicką.
Najnowsza rezolucja prosto z UE pokazuje więc coś więcej niż stosunek do aborcji. Pokazuje sposób myślenia unijnych elit, w ramach któego określony światopogląd ma zostać przedstawiony jako uniwersalne prawa człowieka, a jego przeciwnicy jako zagrożenie dla nieuniknionego i jedynie słusznego „postępu”.
Polecamy również: Bruksela przykręca kurek Ukrainie





