Felietony

Tajemnice Gór Sowich

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Tak się złożyło, że na dwa dni przed wyjazdem do Wałbrzycha i Kłodzka, gdzie miałem bardzo interesujące spotkania z tamtejszą publicznością, dostałem książkę Ericha von Mansteina „Stracone zwycięstwa”. Doczytałem do początku kampanii rosyjskiej w 1941 roku, o której pisał też we „Wspomnieniach żołnierza” generał Heinz Guderian, a także Dawid Irwing w „Wojnie Hitlera”. Ciekawe, że Manstein bardzo wiele uwagi poświęca rozmaitym personalnym podchodom i roszadom, jakie przeżywało grono wyższych dowódców Wehrmachtu pod naczelnym dowództwem Adolfa Hitlera, chociaż oczywiście najwięcej uwagi poświęca operacjom wojskowym. Spotkanie w Wałbrzychu dostarczyło okazji do historycznych wspomnień, bo 28 czerwca przypadała setna rocznica podpisania Traktatu Wersalskiego, więc tematem mojej prelekcji były „Porządki polityczne w Europie”, ze szczególnym uwzględnieniem właśnie porządku wersalskiego – bo Traktat Wersalski był swojego rodzaju akuszerem narodowego socjalizmu w Niemczech. Hitler rozpoczął działalność polityczną inspirowany właśnie Traktatem Wersalskim, który obarczył Niemcy wielkimi reparacjami wojennymi, przede wszystkim na rzecz Wielkiej Brytanii i Francji. Odszkodowania te miały zostać spłacone do 1950 roku, czyli dwa pokolenia Niemców miały zostać poświęcone na ołtarzu pokoju europejskiego. Toteż Hitler, który nie cofał się przed żadnymi wnioskami uznał, że zamiast spłacać te odszkodowania, taniej i prościej będzie pozabijać wierzycieli Niemiec. To był rdzeń programu NSDAP, a cała reszta była odpowiedzią na pytanie – jak tego dokonać. Wymagało to nie tylko przestawienia gospodarki na potrzeby wojenne, ale i odpowiedniego uformowania całego narodu – żeby nikomu nie zadrżała ręka, kiedy wybije godzina.

Ale z wojną – jak to z wojną – wiadomo, jak się zaczyna, ale nie wiadomo, jak się zakończy. Początkowo wszystko szło dobrze, ale rychło się okazało, że wojna z całym światem jest bardzo trudnym przedsięwzięciem, toteż nie tylko niemiecki przemysł musiał pracować pełna parą na potrzeby wojenne, ale do tego rydwanu zaprzęgnięte zostały gospodarki krajów podbitych, albo tylko sprzymierzonych z Rzeszą. Niezależnie do tego niemieccy naukowcy i inżynierowie gorączkowo pracowali nad nowymi, bardzo oryginalnymi „cudownymi” rodzajami broni, których opisy mogłem sobie odczytać w chłodnych korytarzach dawnej podziemnej fabryki amunicji, w których obecnie mieści się Muzeum Technik Militarnych Riese.

Bo w sobotni poranek organizatorka spotkań w Wałbrzychu i Kłodzku, pani Elżbieta z Centrum Edukacyjnego Sudety, zabrała mnie na wycieczkę po tajemniczych obiektach Gór Sowich. Towarzyszył nam pan Stanisław, chodząca encyklopedia tych okolic, dzięki czemu mogłem lepiej rozumieć, na co akurat patrzę. Bo w lasach porastających Góry Sowie znajdują się tajemnicze obiekty, zbudowane przez Niemców w czasie wojny. Tajemnicze – bo i dzisiaj nie bardzo wiadomo, czemu miały służyć. A skoro nie wiadomio, to jesteśmy skazani na domysły, wśród którychy teoria przedstawiona przez pana Stanisława wcale nie jest gorsza od innych tym bardziej, ze wspierają ją poszlaki z innych źródeł, na przykład – z pamiętników Alberta Speera, który od 1942 roku był ministrem uzbrojenia i amunicji. Ponieważ już wkrótce spore części obszaru Rzeszy były nękane przez ataki lotnicze, trzeba było rozśrodkować przemysł zbrojeniowy, a wreszcie – zacząć przenosić go pod ziemię. Tereny leżące między Kłodzkiem i Wałbrzychem dość długo pozostawały poza zasięgiem alianckiego lotnictwa, toteż nic dziwnego, że podziemne zakłady produkcyjne lokowano właśnie tam. Ale nie tylko produkcyjne – bo jednym z zagadkowych obiektów jest niedokończona budowla, która mogła być siłownią. Zagadkowy charakter tej budowli podkreślają obiekty usytuowane w jej pobliżu. Pan Stanisław twierdzi, że służyły one badaniom nad bronią jądrową. W Niemczech podobnie jak w Danii i Norwegii, było wielu fizyków interesujących się tą dziedziną – i to właśnie ich tu pościągano. Co robili, co się z nimi stało – tego nie wiem – ale ta hipoteza stanowi logiczne dopełnienie wielu poszlak. Na przykład na szczycie wzniesienia stoi budowla, która mogła być centralą sterowania całym obiektem. Poniżej znajduje się rodzaj potężnego betonowego basenu z grawitacyjnym odpływem. Pan Stanisław twierdzi, że tu właśnie ruda uranowa z pobliskich złóż, była oczyszczana kwasem siarkowym, po czym spływała na niższe poziomy, gdzie kwas siarkowy był zobojętniany amoniakiem i w efekcie uzyskiwano uran przydatny do dalszej przeróbki. Albert Speer rzeczywiście wspomina o takich pracach, ale czyni to bardzo oględnie, z wyraźną intencją bagatelizowania tej sprawy, wyjaśniając, że Hitler nie rozumiał i wskutek tego nie doceniał badań nad energią jądrową, a poza tym niekorzystny dla Niemiec rozwój wypadków wojennych wymuszał koncentrowanie się na produkcji broni konwencjonalnej. Niemniej jednak opowieści o „Wunderwaffe” krążyły, a ponieważ nie ma dymu bez ognia, to i one musiały mieć przynajmniej jakiś pozór podstawy.

Nie potrzebuję dodawać, że nad wszystkim czuwało SS, zaś siłą roboczą byli oczywiście więźniowie. I kiedy oglądałem wykuty w skale 50-metrowej głębokości szyb niewiadomego przyznaczenia, nie mogłem powstrzymać skurczu serca na myśl o straszliwym losie tych ludzi, skazanych na pełnienie roli „nawozu Historii”. Nie mówię, że wszystkie dumne pomniki przeszłości mają niewolniczą podszewkę, ale nawet tam, gdzie jej nie było, byli chińscy kulisi, którzy w poszukiwaniu zarobku podejmowali się najcięższych i najbardziej niebezpiecznych prac.

W Muzeum Technik Militarnych sfotografowałem się przy latającej bombie V 1, w której, ku mojemy zdumieniu, zamontowany był kokpit pilota. Przewodnik wyjaśnił, że bomba najpierw była oblatana przez pilota, a potem już montowano te pociski bez kokpitów. Pomysł ponownego zamontowania ich odżył pod koniec wojny, kiedy to w kołach wojskowych pojawił się, niewątpliwie inspirowany doświadczeniami japońskimi, pomysł wykorzystania pilotów – samobójców, którzy wykonywaliby ataki właśnie przy pomocy V 1. Kto wie, czy do tego by w końcu nie doszło, gdyby nie Hitler, który ten pomysł stanowczo odrzucił. Ciekawe z jakiego powodu, bo chyba nie ze względów humanitarnych, którymi chyba bardzo rzadko się kierował.

Stanisław Michalkiewicz

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!