Felietony

Sukcesy mnożą się jak króliki

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Po sukcesie, jaki Polska odniosła w następstwie ekspresowego znowelizowania uchwalonej w styczniu br. nowelizacji ustawy o IPN, nasz nieszczęśliwy, a właściwie odwrotnie – bardzo szczęśliwy kraj, odniósł kolejny sukces, tym razem już nie na tle strategicznego partnerstwa z Izraelem i sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, tylko w Unii Europejskiej. Zanim jednak przejdę do rozpamiętywania tego drugiego sukcesu, warto rozebrać sobie z uwagą sukces pierwszy, żebyśmy wiedzieli, z czego mamy się tak cieszyć, skoro już padł taki rozkaz. Ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej została uchwalona w roku 1998 i na żądanie „strony żydowskiej”, z którą polskie władze już wtedy (koalicja AW”S” i Unii Wolności pod przewodnictwem charyzmatycznego premiera Jerzego Buzka i Leszka Balcerowicza), wstawiony został do niej art. 55, przewidujący kary za tzw. „kłamstwo oświęcimskie”, to znaczy – każdą próbę podważania zatwierdzonej przez Żydów wersji historii II wojny światowej. Warto dodać, że te wersje się zmieniają, w zależności od potrzeb i tzw. „mądrości etapu”. Na przykład w moich czasach studenckich obowiązywała wersja, według której w obozie oświęcimskim (wtedy jeszcze nie padł rozkaz, by nazywać go „Auschwitzem”, jako że Władysław Gomułka walczył z zachodnioniemieckimi „odwetowcami i rewizjonistami”, a zwłaszcza – z Hupką i Czają, więc trzeba było również w nazwach podkreślać prastary i prapolski charakter także tych terenów, które w czasie II wojny zostały wcielone do Rzeszy) Niemcy (bo wówczas jeszcze nie odkryto „nazistów”) wymordowali 4 miliony ludzi. W miarę upływu czasu liczba ta się zmniejszała i obecnie doszliśmy zaledwie do miliona, a co przyniesie przyszłość – nie wiadomo. Nie o to jednak chodzi, tylko o to, że kary za „kłamstwo oświęcimskie” nikomu nie przeszkadzały; Izrael nie uważał, by zagrażało to swobodzie badań naukowych czy wolności słowa, więc również Stany Zjednoczone też nie ośmielały się tak uważać. Ale dlaczego Izrael miałby uważać inaczej, skoro karalność „kłamstwa oświęcimskiego” została do ustawy o IPN wprowadzona na jego żądanie po to, by również w ten sposób umocnić żydowski monopol na kreowanie historii? I dopiero, kiedy z powodu nasilającego się antypolonizmu, Polska spróbowała skorzystać z tego samego narzędzia dla ochrony swojej reputacji, dodając art. 55 A – sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Mimo, że – co przyznał wiceminister Patryk Jaki – nowelizacja ustawy o IPN była „konsultowana” ze stroną izraelską, po jej uchwaleniu przez Sejm, izraelska ambasadoressa w Warszawie podniosła klangor. Okazało się, że ta nowelizacja, przewidująca kary za przypisywanie Polsce tworzenia „obozów zagłady”, nie tylko zagraża swobodzie badań naukowych, ale i wolności słowa. Nawiasem mówiąc, ta ochrona polskiej reputacji w znowelizowanej ustawie była od samego początku dziurawa, bo kary nie mogły być stosowane w przypadku, gdy oszczerstwo zostało zamieszczone w „dziele naukowym” lub produkcji artystycznej. Ponieważ w dzisiejszych czasach za dzieło naukowe uznawane są produkcje Jana Tomasza Grossa, który fakty historyczne odkrywa, a ściślej – kreuje na zasadzie „objawienia”, zaś za produkt artystyczny uważane jest gówno w słoikach, to jasne było, że na podstawie tej nowelizacji ukaranie jakiegokolwiek oszczercy nie było możliwe. Jednak „strona żydowska”, a za nią, jak za Panią Matką – również amerykański Kongres i Departament Stanu – uznały, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Jeśli monopol na ustanawianie prawdy historycznej ma Izrael, to żadne polskie bantustany nie będą go podkopywały, nawet jeśli czynią to nieudolnie. Mimo to jednak rząd, jego klakierzy i rzesze wyznawców Jarosława Kaczyńskiego uznały nowelizację za wielki sukces, od którego nie może być odwrotu ze względu na godność narodową i suwerenność. Ale rzeczniczka Departamentu Stanu ostrzegła Polskę, że jeśli nie uchyli tej nowelizacji, to narazi na szwank swoje „interesy strategiczne” – przez co można było rozumieć, że USA w razie czego nie będą już Polski bronic do ostatniej kropli krwi, prezydent Donald Trump podpisał uchwaloną przez Kongres ustawę nr 447 JUST, na podstawie której USA przyjęły na siebie obowiązek dopilnowania, by żydowskie roszczenia wobec Polski zostały zrealizowane do ostatniego centa, premier Mateusz Morawiecki i prezydent Andrzej Duda ukarani zostali zakazem wstępu do Białego Domu, a żydowskie media, czyli tzw. „prasa międzynarodowa” nie posiadała się z oburzenia, ze faszyzm z Polsce „podnosi głowę”. Kroplą, która przelała czarę, był list Międzynarodowego Stowarzyszenia Adwokatów i Prawników Żydowskich z żądaniem natychmiastowego uchylenia tej nowelizacji. Premier Morawiecki zrozumiał, że żarty się skończyły, więc pan marszałek Kuchciński wyznaczył na 27 czerwca termin nadzwyczajnego posiedzenia Sejmu. Miało być ono poświęcone holokaustowaniu śmieci, w związku z tajemniczą operacją „100 pożarów śmietników na 100 rocznicę niepodległości”, ale kiedy parlamentarzyści rano przyszli do Sejmu, dowiedzieli się, że chodzi o nowelizację nowelizacji ustawy o IPN. Nowelizacja nowelizacji polegała na całkowitym wykastrowaniu jej z kar, z czego można się domyślać, że podczas negocjowania kapitulacji Polski z Izraelem i Ambasadą USA w Warszawie, nasz Strategiczny Partner i Najważniejszy Sojusznik zlitowali się nad tubylczym bantustanem i chociaż za zuchwalstwo wytarzali go w smole i pierzu, to jednak – tylko raz. Toteż Sejm – bo oprócz reprezentantów obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, za nowelizacją nowelizacji ustawy o IPN głosowali również uczestnicy obozu zdrady i zaprzaństwa. Pokazuje to, że polityczna wojna, jaka od 2015 roku toczy się w naszym nieszczęśliwym, a właściwie przeciwnie – bardzo szczęśliwym kraju, jest rodzajem teatru, bo gdy przychodzi co do czego, gdy decydowane są sprawy poważne, to między antagonistycznymi obozami żadnych różnic nie ma. Tak było w sprawie Anschlussu w roku 2003, tak było w sprawie ustawy upoważniającej prezydenta do ratyfikacji traktatu lizbońskiego i tak samo było teraz. Sejm uchalił nowelizację w tempie stachanowskim, podobnie ekspresowo zatwierdził ją Senat, a prezydent Duda w podskokach podpisał ją jeszcze tego samego dnia. Skąd ten pośpiech? Ano stąd, że izraelski premier Beniamin Netanjahu powiedział, że wspólną z premierem Morawieckim deklarację może wygłosić nie później, jak o godzinie 18, więc tubylczy dygnitarze musieli ze wszystkim uwinąć się w podskokach. W rezultacie ze wspólnego oświadczenia dowiedzieliśmy się, że antysemityzm jest złem absolutnym i trzeba go zwalczać – i pewnie dlatego w punkcie 4 oświadczenia czytamy m.in., że „nie zgadzamy się na działania polegające na przypisywaniu Polsce lub całemu narodowi polskiemu winy za okrucieństwa popełnione przez nazistów i ich kolaborantów z różnych krajów. Smutna prawda jest niestety taka, że w tamtym czasie niektórzy ludzie – niezależnie od pochodzenia, wyznania czy światopoglądu – ujawnili swoje najciemniejsze oblicze.” Słowem – polski premier podpisał się pod objawionymi ustaleniami Jana Tomasza Grossa, który – podobnie jak uczestnicy uroczystości w Jedwabnem 10 lipca 2001 roku – napiętnowali „niektórych ludzi”.

Ponieważ „strona żydowska” wprawdzie nie bez pewnego ociągania, Polskę za to pochwaliła, podobnie jak „strona amerykańska” – w obozie płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm zapanowała euforia. Sam Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński wydał rozkaz, że Polska odniosła ogromny sukces, bo cały świat dowiedział się i to od samego Izraela – że II wojnę światową wywołali Niemcy, a nie Polska. Tę radosną wieść z szybkością światła przekazała do wierzenia rządowa telewizja, a rzesze wyznawców Jarosława Kaczyńskiego nie tylko natychmiast i skwapliwie w nią uwierzyły, ale niektórzy, dając upust swej gorliwości, wszystkich niedowiarków uznają za agentów złego Putina. Przypomina mi to perorę, jaką w marcu 1968 roku do naszej 3 kompanii zmotoryzowanej Studium Wojskowego UMCS w Lublinie wygłosił pułkownik Hipolit Kwaśniewski po niezbyt udanym ostrym strzelaniu: „to cała kompania nie wykonała strzelania, mimo, że karabinki były przystrzelane, warunki widoczności dobre. Ja tu podejrzewam waszą złą wolę i każdy jeden żołnierz, który nie wykona strzelania, będzie uważany za agenta Bundeswehry.” Kto by pomyślał, że w ramach reinkarnacji pułkownik Hipolit Kwaśniewski wcieli się w panią Joannę Lichocką?!

Kolejnym sukcesem, jaki Polska odniosła, była ostatnia narada przywódców Unii Europejskiej w sprawie bisurmanów. Postanowiono, ze w Afryce Północnej zostaną utworzone „platformy” do których będą kierowani bisurmanowie wyłowieni z morza. Wprawdzie specjalnie tego nie podkreślono, ale rozumie się samo przez się, że tych „platform” ktoś będzie musiał pilnować, żeby bisurmanowie się nie porozłazili i na ten cel UE zrobi zrzutkę w wysokości 500 mln euro. Dzięki temu, jeśli nawet ktoś będzie szczekał o obozach, to o „afrykańskich”, a nie, dajmy na to, francuskich, niemieckich czy polskich. Z kolei bisurmanowie z „centrów zlokalizowanych w UE” to znaczy – w krajach, które zgodzą się na taka koncentrację bisurmanów na swoim terytorium – nie będą podlegali deportacji do innych państw według jakichś „kwot”, czyli kontyngentów. Deportacja będzie możliwa za zgodą państw, do których ma nastąpić. Wynika z tego, że przyjęto rozwiązanie kompromisowe; deportacja, to znaczy – pardon – nie żadna „deportacja” tylko oczywiście „relokacja” będzie jak najbardziej możliwa – ale już nie pod przymusem, tylko na zasadzie dobrowolności. Ponieważ nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, jest prawie pewne, że ta „dobrowolność” nabierze charakteru powszechnego zwłaszcza w sytuacji, gdy Nasza Złota Pani, po molestowaniu przez francuskiego prezydenta Macrona – zgodziła się na odrębne budżety – jeden dla „Europy jednej prędkości”, a drugi – dla „Europy drugiej prędkości”. Miedzy tymi budżetami z pewnością będą jakieś różnice – prawdopodobnie na korzyść „Europy pierwszej prędkości”, a w tej sytuacji „dobrowolność” stanie się zjawiskiem powszechnym, niczym za komuny wyborcze poparcie dla PZPR. Zanim to jednak nastąpi, w kolach rządowych zapanowała wielka radość i pojawiły się nawet pomysły, by UE „przeprosiła” Polskę ze szczególnym uwzględnieniem pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie da się ukryć, że taka satysfakcja by się nam przydała, zwłaszcza w obliczu zapowiedzi kolejnego wytarzania Polski przez UE w smole i pierzu.

Stanisław Michalkiewicz

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!