Osiem milionów złotych – tyle dodatkowych pieniędzy rząd warszawski zamierza przeznaczyć na wsparcie ukraińskiego sektora energetycznego. Decyzję ogłosił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski Z pieniędzy tych mają zostać zakupione generatory prądu przed nadchodzącą zimą. Władze w Kijowie mogą więc liczyć na kolejną transzę polskiej pomocy. Problem w tym, że Warszawa nie zadaje sobie trudu, by odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: jak długo jeszcze polscy podatnicy mają finansować potrzeby państwa, którego władze nie potrafią wykazać się wdzięcznością i elementarnym szacunkiem wobec Polski?
Sikorski ogłosił swoją decyzję 6 listopada, podczas spotkania z ukraińskim ministrem spraw zagranicznych Andrijem Sybihą oraz szefową unijnej dyplomacji Kają Kallas. Jak tłumaczył, priorytetem rządu warszawskiego jest przygotowanie Ukrainy do zimy i zwiększenie odporności jej sektora energetycznego. Oczywiście rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną są realnym problemem, ale problemem Ukrainy, nie jej sąsiadów. Nie powinno być tak, że każda kolejna prośba Kijowa o pieniądze powinna automatycznie spotykać się z otwartym portfelem polskiego rządu, za cenę dalszego zadłużania naszego budżetu.
Problem z polską polityką wobec Ukrainy polega jednak na czymś znacznie poważniejszym niż sam brak umiaru w wydawaniu pieniędzy. Kijów od dawna zmaga się z gigantycznymi aferami korupcyjnymi, które sięgają najwyższych szczebli administracji państwowej. Wystarczy przypomnieć aferę w ukraińskim sektorze energetycznym, w której śledczy wykryli rozbudowany mechanizm łapówkarski związany z państwowym koncernem Energoatom. Według ustaleń NABU i SAPO członkowie grupy mieli pobierać od wykonawców kontraktów od 10 do 15% ich wartości.
Wartość środków przepływających przez system prania pieniędzy miała przekroczyć 111 milionów dolarów i 12 milionów euro. To nie są drobne nieprawidłowości, lecz obraz systemowych patologii, które powinny skłaniać zagranicznych darczyńców do szczególnej ostrożności.
Jeszcze bardziej wymowna jest sprawa ponad 37 milionów hrywien, które – według ukraińskiego Narodowego Biura Antykorupcyjnego – zostały zdefraudowane z darowizn przeznaczonych na wsparcie Ukrainy po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji. Wśród podejrzanych znaleźli się byli wysocy urzędnicy ukraińskiego MSZ, w tym były sekretarz stanu tego resortu. Pieniądze, zamiast służyć deklarowanym celom, miały trafiać do kontrolowanych podmiotów i ostatecznie zasilać prywatne kieszenie.
A teraz kolejny przykład, który powinien dać polskim władzom do myślenia. Ukraina znajduje pieniądze na produkcję historycznego serialu „Skrzydlate Lwy”, którego akcja obejmuje lata 1914–1921, a jednym z jego zasadniczych wątków są walki Ukraińskiej Armii Halickiej z Polakami o Lwów. Budżet produkcji wynosi 47,55 miliona hrywien, z czego około połowę ma pokryć ukraiński budżet państwowy. Nie chodzi więc o prywatną inicjatywę kilku pasjonatów historii, ale o przedsięwzięcie współfinansowane z publicznych pieniędzy. Na to pieniądze są, na generatory dla własnej ludności już nie ma.
W tej sytuacji deklaracje Sikorskiego o solidarności i jedności państw regionu brzmią jak farsa i kolejna odsłona polityki pozbawionej elementarnej asertywności. Polska ma własne problemy gospodarcze, społeczne i infrastrukturalne. Polacy płacą podatki, ponoszą rosnące koszty życia, a państwo powinno w pierwszej kolejności troszczyć się o interesy własnych obywateli. Tymczasem rząd Donalda Tuska na każdym kroku udowadnia (zupełnie jak „słudzy narodu ukraińskiego” z PiS), że finansowe potrzeby Kijowa mają pierwszeństwo przed rozwiązywaniem problemów polskiego społeczeństwa.
Osiem milionów złotych, które Sikorski lekką ręką przekazuje czcicielom Bandery to kolejna kwota, która zostaje wydana bez odpowiedzi na pytanie, co konkretnie Polska otrzymuje w zamian i dlaczego Ukraina ma pieniądze na serial historyczny oraz ekspansję gospodarczą na terenie Polski, ale jednocześnie nie ma ich na generatory prądu dla własnej ludności, która marznie w zimie. Właśnie to powinno budzić największy sprzeciw Polaków.
Polecamy również: SAFE czyli unijna pętla na szyi Polski





