To, co jeszcze niedawno przedstawiano jako teorie spiskowe środowisk konserwatywnych, dziś zostało potwierdzone przez przedstawiciela rządu. Podczas posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej przyznano, że projekt unijnego rozporządzenia dotyczącego wzajemnego uznawania rodzicielstwa obejmuje nie tylko standardowe przypadki uznawania dokumentów rodzinnych między państwami członkowskimi, ale również dzieci adoptowane przez pary jednopłciowe oraz dzieci urodzone w wyniku surogacji, czyli „zlecenia” kobiecie zajścia w ciążę i porodu, za opłatę.
Polska uzna handel dziećmi? Zapowiedzi rządu Tuska potwierdzają zastrzeżenia podnoszone od 2022 roku przez Instytut Ordo Iuris, który ostrzegał, że nowe przepisy mogą prowadzić do obchodzenia krajowych regulacji dotyczących rodziny, małżeństwa i ochrony dzieci. Przez długi czas krytycy projektu słyszeli jednak, że ich obawy są nieuzasadnione, przesadzone lub wręcz wynikają z niezrozumienia unijnego prawa. Dziś okazuje się, że to właśnie oni trafnie przewidzieli konsekwencje proponowanych rozwiązań.
Projekt rozporządzenia zakłada, że rodzicielstwo ustalone w jednym państwie członkowskim miałoby być automatycznie uznawane w pozostałych krajach UE. W praktyce oznaczałoby to, że Polska mogłaby zostać zobowiązana do uznawania zagranicznych aktów urodzenia wskazujących dwie osoby tej samej płci jako rodziców dziecka. Co więcej, podobny mechanizm mógłby dotyczyć również dzieci urodzonych dzięki handlu dziećmi, czyli tzw. surogacji, mimo że polskie prawo nie przewiduje takiej instytucji.
Trudno nie zauważyć paradoksu całej sytuacji. Przez lata politycy zapewniali, że kwestie małżeństwa, adopcji czy definicji rodziny pozostają wyłączną kompetencją państw członkowskich. Teraz okazuje się, że nie trzeba zmieniać konstytucji, ustaw ani przeprowadzać debaty społecznej. Wystarczy przyjąć unijne rozporządzenie, które nakaże uznawanie skutków rozwiązań wprowadzonych za granicą. Formalnie więc nic się nie zmienia, a praktycznie zmienia się bardzo wiele. To legislacyjna sztuczka przypominająca tłumaczenie, że drzwi są zamknięte, choć właśnie otwarto okno.
Szczególne kontrowersje budzi kwestia tzw. surogacji. W wielu krajach jest ona przedmiotem gorących sporów etycznych, a krytycy wskazują na ryzyko komercjalizacji ludzkiej prokreacji i traktowania dzieci oraz kobiet jako elementów transakcji. Tymczasem proponowane przepisy mogłyby prowadzić do sytuacji, w której państwo nie musi akceptować samej procedury surogacji, ale musi uznać jej skutki prawne. Innymi słowy: można oficjalnie twierdzić, że czegoś się nie popiera, jednocześnie zobowiązując się do honorowania rezultatów tego procesu.
Niepokój budzi dwuznaczna postawa rządu warszawskiego. Zamiast jasno wskazywać zagrożenia dla polskiego porządku prawnego i aktywnie budować koalicję państw sprzeciwiających się kontrowersyjnym zapisom, przedstawiciele władzy sprawiają wrażenie, jakby problem dostrzegli dopiero wtedy, gdy nie dało się go już dłużej ukrywać. Trudno oprzeć się wrażeniu, że opinia publiczna miała uwierzyć, iż projekt dotyczy jedynie technicznych kwestii administracyjnych, podczas gdy jego skutki mogą sięgać znacznie głębiej.
Na szczęście negocjacje w Brukseli nadal trwają, a przyjęcie rozporządzenia wymaga jednomyślności państw członkowskich. Oznacza to, że Polska wciąż dysponuje realnymi narzędziami do zablokowania projektu lub wymuszenia istotnych zmian jego treści. Pytanie brzmi jednak, czy lewicowo-liberalny rząd będzie chciał z nich skorzystać.
Jeśli ostatecznie okaże się, że Polska zgodzi się na rozwiązania, przed którymi przez lata przestrzegano, trudno będzie tłumaczyć obywatelom, że nic się nie stało. Zwłaszcza że właśnie usłyszeliśmy od przedstawiciela rządu, iż stać może się dokładnie to, przed czym ostrzegano od początku – Polska stanie się krajem z legalnym handlem dziećmi.
Polecamy również: Żurek przeciw ojcom. Czym są alimenty natychmiastowe?
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





