Poznań właśnie odebrał kolejne używane tramwaje z niemieckiego Bonn. Łącznie do miasta dotarło już 20 z 24 zakontraktowanych wagonów wyprodukowanych w 1994 roku. Problem w tym, że na torach można zobaczyć zaledwie trzy z nich. Reszta stoi bowiem w zajezdniach i czeka na naprawy, przeglądy oraz dostosowanie do eksploatacji. Co więcej, dwa z trzech kursujących wagonów zdążyły od momentu wyjazdu na poznańskie tory zaliczyć już 23 awarie.
Niemiecki szrot zamiast nowoczesnych tramwajów. Tak właśnie wygląda rzeczywistość w państwie, które lubi przedstawiać się jako 20. gospodarka świata. Zamiast inwestować we własny przemysł i nowoczesny tabor, z dumą sprowadzamy ponad trzydziestoletni sprzęt wycofywany z Niemiec i jeszcze wydajemy pieniądze na jego reanimację.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że Polska coraz częściej pełni rolę śmietnika i złomu dla zachodniej Europy. Gdy bogatsze państwa wymieniają tabor na nowoczesny, my kupujemy to, czego oni chcą się pozbyć, a następnie przez miesiące próbujemy doprowadzić do stanu używalności, oczywiście części zamienne kupując od nich. Efekt? Z dwudziestu sprowadzonych tramwajów pasażerów wożą trzy. Pozostałe można oglądać głównie w zajezdniach. Szkoda, że nie od razu w muzeum.
Oczywiście skrajnie lewicowe, proniemieckie władze Poznania i MPK przekonują, że zakup tramwajów z Bonn to świetny interes. Argument jest prosty – zakup wszystkich wagonów kosztuje mniej niż jeden nowy tramwaj, a dodatkowo pozwala wycofać najstarsze wagony 105Na. To prawda, ale rachunek ekonomiczny nie kończy się na cenie zakupu. Dochodzą koszty transportu, przystosowania, części zamiennych, robocizny oraz przestojów. A przede wszystkim koszt utraconej niezawodności. Tramwaj, który stoi w warsztacie, nie przewozi pasażerów.
Cała sytuacja staje się symbolem szerszego problemu. Państwo aspirujące do grona europejskich liderów, zamiast budować własne kompetencje przemysłowe i zamawiać produkcję w krajowych zakładach, zadowala się rolą odbiorcy używanego sprzętu. To nie jest strategia rozwoju – to strategia zarządzania niedoborem.
Najbardziej ironiczne jest to, że politycy lubią opowiadać o nowoczesności, zielonej transformacji i europejskich standardach. W praktyce „transformacja” oznacza odbieranie trzydziestodwuletnich wagonów z niemieckich zajezdni. Można powiedzieć, że jesteśmy ekologiczni do bólu – recykling prowadzimy na skalę państwową. Aż szkoda, że sąsiedzi nie idą w nasze ślady, wówczas niczego by nam nie sprzedali, bo skoro działa, po co sprzedawać?
Jeżeli taki model prowadzenia Polski ma być symbolem „repolonizacji” i nowoczesnego zarządzania państwem, to trudno nie zadać pytania: czy naprawdę ambicją naszego kraju ma być zostanie największym serwisem pogwarancyjnym dla zachodniej Europy?
Polacy zasługują na transport publiczny XXI wieku, a nie na kolekcję wyeksploatowanych pojazdów, które zanim wyjadą na linię, spędzają więcej czasu w hali napraw niż na torach. Zaiste trudno mówić o sukcesie, gdy z dwudziestu sprowadzonych tramwajów siedemnaście pełni funkcję eksponatów warsztatowych. W kraju, który jest jedną z największych gospodarek Europy, naprawdę powinniśmy mieć większe ambicje niż ratowanie niemieckiego taboru wycofanego z eksploatacji. Niestety, mamy rząd Tuska i ten używany szrot to wręcz symbol jego ambicji gospodarczych.
Polecamy również: Ukrainiec dźgał Polkę nożem. Gdzie są dziś media?
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




