Niemcy wycofują się z wiatraków. Tusk brnie dalej

II Powojenna Konferencja Żydoznawcza GŁÓWNE WYDARZENIE MAGNA POLONIA II Powojenna Konferencja Żydoznawcza Program i szczegóły →

Miały być symbolem nowej, zielonej Europy. Gigantyczne morskie farmy wiatrowe miały dostarczać Niemcom ogromne ilości taniej i czystej energii. Zamiast tego jeden z największych projektów offshore na Morzu Północnym właśnie się kończy i zaczyna przypominać kosztowny pomnik wiary zielonych komunistów w to, że każdą inwestycję można uzasadnić walką z klimatem i „płonącą planetą”.

Niemcy wycofują się z wiatraków. Według rewelacji NDR, WDR i „Süddeutsche Zeitung” koncern BP wstrzymał prace nad projektami Oceanbeat East i Oceanbeat West. Zespół odpowiedzialny za inwestycję został rozmontowany, część pracowników zwolniono, biura zamknięto, a – co najbardziej wymowne – nie zamówiono nawet fundamentów, turbin czy statków instalacyjnych. Projekty o łącznej mocy 4 GW miały powstać do 2032 roku.

W 2023 roku BP zapłaciło za dwie morskie działki niemal 6,8 mld euro. Koncern uzyskał w ten sposób prawo, ale również obowiązek wybudowania gigantycznych farm. Dzisiaj przedstawiciele firmy mieli jednak informować niemieckich parlamentarzystów, że nie zamierzają już realizować inwestycji i rozmawiają z rządem o zwrocie terenów. Jera Nex BP oficjalnie zaprzecza jedynie temu, że zapadła już ostateczna decyzja o rezygnacji. Fakty dotyczące ograniczenia prac pozostają jednak niezwykle wymowne.

Najbardziej absurdalne jest to, że infrastruktura pod wiatraki już powstaje. Niemiecki operator sieci Tennet buduje przyłącza dla Oceanbeat, których koszt szacowany jest na 20–30 mld euro. Część prac jest już zaawansowana i nie da się ich po prostu zatrzymać. Innymi słowy: można mieć sieć, można mieć podmorskie kable, można mieć przygotowaną infrastrukturę, ale może zabraknąć najważniejszego elementu – samych elektrowni.

REKLAMA

Wielkie projekty energetyczne mają sens tak długo, jak długo ich rachunek ekonomiczny się zgadza. Kiedy jednak rosną koszty budowy, finansowania i komponentów, nawet największy koncern zaczyna liczyć pieniądze. BP już wcześniej ograniczyło swoje ambicje związane z inwestycjami niskoemisyjnymi. Teraz niemiecki przykład pokazuje, co dzieje się wtedy, gdy polityczne plany zderzają się z kalkulatorem.

A co na to Polska? Warszawa najwyraźniej uznała, że skoro Niemcy mają problem z wiatrakami na morzu, to najlepszym rozwiązaniem będzie postawić ich jeszcze więcej i przekonać się, czy u nas też przyniosą klapę. Co ważne, rząd Donalda Tuska uczynił z morskiej energetyki wiatrowej jeden ze sztandarowych elementów transformacji energetycznej i priorytet swojej kadencji. Premier podczas inauguracji budowy Baltica 2 przedstawiał projekt o wartości około 30 mld zł jako wielki przełom polskiej energetyki i zapowiadał tanią energię dla milionów gospodarstw domowych.

Problem polega na tym, że „tania energia” nie bierze się z propagandowego hasła. Polska morska energetyka wiatrowa jest budowana przy znaczącym wykorzystaniu finansowania publicznego. Sam Baltica 2 otrzymuje około 5,6 mld zł finansowania z KPO, a rządowy system aukcyjny gwarantuje inwestorom określone warunki wsparcia. W pierwszej aukcji offshore w grudniu 2025 roku zakontraktowano 3,435 GW nowych mocy.

Ile naprawdę będzie kosztować Polaków energia z tych wszystkich gigantycznych konstrukcji? Niestety, koszty nie kończą się na postawieniu turbin kilkadziesiąt kilometrów od brzegu. Dochodzą do tego kable podmorskie, stacje elektroenergetyczne, przyłącza, rozbudowa sieci oraz mechanizmy wsparcia i konserwacji. Państwo może oczywiście twierdzić, że jest to inwestycja w przyszłość. Tyle tylko, że rachunki za tę przyszłość nie znikają i ktoś musi je płacić na bieżąco.

W lipcu tego roku premier Tusk ogłaszał już pierwszy prąd z Baltic Power jako „technologiczne zwycięstwo Polski”. Rząd podkreśla, że inwestycja zwiększy bezpieczeństwo energetyczne i niezależność kraju. W praktyce jest odwrotnie i w pierwszym miesiącu funkcjonowania farmy, zamiast dać do systemu prąd, pobrała go. Swoją drogą, skoro tego typu instalacje mają być tak niezwykle opłacalne, dlaczego trzeba budować cały system publicznego wsparcia, pożyczek i gwarancji, żeby powstawały?

Niemcy właśnie dostały bolesną lekcję. Prywatny gigant energetyczny wydał miliardy, przeanalizował koszty i doszedł do wniosku, że dalsze inwestowanie w morskie famy wiatrowe jest zbyt ryzykowne. Tymczasem Polska dopiero rozpędza swoje własne wiatrakowe eldorado. Różnica jest taka, że kiedy prywatna firma się wycofuje, ponosi konsekwencje swojej decyzji. Kiedy jednak projekt jest oparty na publicznym wsparciu, część ryzyka przechodzi na podatników i odbiorców energii.

Dlatego historia Oceanbeat powinna być dla Warszawy ostrzeżeniem, jeśli ktokolwiek tam jeszcze myśli o dobru Polaków i naszego budżetu. Może się bowiem okazać, że najbardziej stabilnym elementem europejskiej rewolucji wiatrakowej nie będzie produkcja energii, lecz produkcja rachunków.

Polecamy również: Tusk chce powołać naczelny urząd ds. cenzury debaty publicznej

FUNDACJA MAGNA POLONIA

Ten portal istnieje dzięki Czytelnikom.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie wartościowy, pomóż nam finansować kolejne materiały, książki i działalność Fundacji.

9 461 zł54%
Cel: 17 500 zł · brakuje 8 039 zł
Zobacz darczyńców tego miesiąca →