Przez lata sprawa wysadzenia gazociągów Nord Stream pozostawała jedną z największych zagadek współczesnej Europy. We wrześniu 2022 roku eksplozje na dnie Morza Bałtyckiego uszkodziły trzy z czterech nitek infrastruktury przesyłającej rosyjski gaz do Niemiec. Polskojęzyczne media oskarżyły o ten atak… Rosjan. Z kolei Radosław Sikorski twierdził, że dokonali tego Amerykanie. Tymczasem niemieckie śledztwo przynosi ustalenia, które mogą wywołać polityczne trzęsienie ziemi. Według prokuratury sabotaż miały zlecić ukraińskie organy państwowe.
Niemcy twierdzą, że Kijów rozkazał wysadził Nord Stream. W przyszłym tygodniu w Hamburgu rozpocznie się pierwszy proces w sprawie ataku na Nord Stream. Domniemany dowódca komanda sabotażowego zasiądzie na ławie oskarżonych – i, w pewnym sensie, również państwo ukraińskie. Jak bowiem informuje „Süddeutsche Zeitung”, powołując się na materiały śledczych, operację przeprowadziła grupa, której członkowie mieli powiązania z ukraińskim wojskiem i służbami.
Na czele tej grupy stał Serhij K., ukraiński oficer podejrzewany o kierowanie akcją sabotażową. Wraz z sześcioma innymi osobami miał uczestniczyć w umieszczeniu ładunków wybuchowych na gazociągach. Niemiecki akt oskarżenia, liczący 136 stron, wskazuje, że grupa miała działać na zlecenie ukraińskich organów państwowych.
To nie jest już wyłącznie spekulacja publicystów ani teoria krążąca w internecie. Niemieckie organy ścigania przedstawiły konkretne zarzuty, a sprawa wkracza na drogę sądową. W przyszłym tygodniu w Hamburgu ma rozpocząć się proces dotyczący jednego z najgłośniejszych aktów sabotażu w powojennej historii Europy. Trzeba jednak podkreślić, że zarzuty nie są równoznaczne z prawomocnym wyrokiem, a podejrzani zaprzeczają swojej odpowiedzialności.
Według ustaleń przywoływanych przez niemiecką prasę pomysłodawcą i organizatorem operacji miał być były oficer ukraińskiego wywiadu Roman Czerwinski. Zatwierdzenie akcji przypisuje się natomiast ówczesnemu głównodowodzącemu ukraińskiej armii Wałerijowi Załużnemu. Obaj zaprzeczają oskarżeniom. Niemiecka prokuratura nie ustaliła również, czy o operacji wiedział prezydent Wołodymyr Zełenski. Nie ma zatem podstaw, by przesądzać o osobistej odpowiedzialności ukraińskiego przywódcy. Nie zmienia to jednak politycznej wagi podejrzeń dotyczących udziału instytucji państwowych.
Jeżeli ustalenia niemieckich śledczych zostaną potwierdzone przez sąd, będziemy mieli do czynienia z sytuacją wyjątkowo kompromitującą dla Kijowa. Państwo, które przedstawia się Zachodowi jako obrońca europejskiego bezpieczeństwa, mogłoby się okazać organizatorem ataku na strategiczną infrastrukturę energetyczną swojego sojusznika. Trudno o bardziej jaskrawy przykład konfliktu między deklarowanymi wartościami a rzeczywistymi działaniami.
Nie chodzi przy tym o obronę rosyjskiej polityki ani o ocenę zasadności importu rosyjskiego gazu. Chodzi o fundamentalną zasadę: żadne państwo nie powinno otrzymywać przyzwolenia na przeprowadzanie tajnych zamachów na infrastrukturę cywilną kraju trzeciego tylko dlatego, że prowadzi wojnę z kimś innym. Prawo do obrony nie jest automatycznym usprawiedliwieniem każdego działania. Tym bardziej nie może stanowić blankietowego immunitetu dla operacji wymierzonych w interesy innych państw.
Pojawia się pytanie, czy takie działania nie odpowiadają politycznej definicji terroryzmu państwowego. Sabotaż infrastruktury o znaczeniu gospodarczym i strategicznym, przeprowadzony w tajemnicy przez ludzi powiązanych z aparatem państwowym, wymaga bezwzględnego wyjaśnienia. W tym kontekście określenie Ukrainy mianem państwa terrorystycznego staje się politycznym oskarżeniem, którego nie wolno zbywać wyłącznie argumentem o jej wojnie z Rosją.
Sprawa Nord Stream ujawnia również niewygodną prawdę o europejskiej polityce. Przez lata europejscy przywódcy budowali swoją wiarygodność na deklaracjach o praworządności, ochronie infrastruktury i poszanowaniu prawa międzynarodowego. Co zrobią, jeśli przed sądem zostaną potwierdzone zarzuty, że sojusznicze państwo zorganizowało atak na instalacje energetyczne służące unijnej gospodarce? Czy zastosują te same standardy, które tak chętnie przywołują wobec przeciwników politycznych?
Jeśli zarzuty się potwierdzą, Berlin stanie przed koniecznością odpowiedzi na pytanie, czy interesy i bezpieczeństwo jego własnych obywateli były traktowane z należytą powagą w relacjach z Kijowem. Sojusz nie może oznaczać bezkarności. Państwo, które posługuje się sabotażem jako narzędziem polityki, nie może oczekiwać bezwarunkowego zaufania. A jeśli dopuściło się terroryzmu państwowego, powinno ponieść za to odpowiedzialność niezależnie od tego, kto jest jego przeciwnikiem, a kto sojusznikiem. I to nawet abstrahując od tego, że Nord Stream był problemem także z polskiego punktu widzenia.
Polecamy również: Sergiusz Muszyński zaprasza do wsparcia i udziału w II konferencji żydoznawczej





