Europa Gospodarka Świat Wiadomości

Nadchodzi indyjski „Mercosur”. Będzie jeszcze gorzej

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

27 stycznia br. Unia Europejska podpisze w Nowym Delhi wielką umowę handlową z Indiami, To porozumienie niesie poważne zagrożenia dla bezpieczeństwa lekowego, polskiego rolnictwa, rynku pracy i własności intelektualnej. Jego głównym beneficjentem będą oczywiście Niemcy, realizujące swoje interesy bez oglądania się na resztę Europy.

Unia europejska nie chce przystopować w realizacji idei niszczenia własnej gospodarki, dlatego nadchodzi indyjski „Mercosur”. Jednym z najbardziej niebezpiecznych obszarów planowanej umowy UE-Indie, jest sektor farmaceutyczny. Kraj hindusów jest jednym z największych producentów tanich leków na świecie, ale powszechnie wiadomo, że ich standardy produkcji często nie spełniają rygorystycznych norm unijnych. PRodukowane są w fatalnych warunkach higienicznych i z nie do końca sprawdzonych jakościowo komponentów, ale za to są znacznie tańsze. 

Dziś takie leki trafiają głównie do biednych krajów Azji Centralnej i Afryki. Planowana umowa handlowa otwiera jednak furtkę do zwiększenia ich obecności w Europie, a Unia nie ma realnych narzędzi, by skutecznie i systemowo kontrolować jakość każdej partii. To bezpośrednie zagrożenie dla bezpieczeństwa lekowego, opartego dotąd na wysokich standardach produkcji i odpowiedzialności producentów. Już dziś jest to bardzo duży problem w stosunku do leków spoza UE, a będzie jeszcze większy, gdy wpuszczone na nasz rynek zostaną leki indyjskie.

Umowa uderzy jednak przede wszystkim w europejskie hutnictwo. Według realizowanej niemal od dekady strategii rządu Indii w 2030 roku moce produkcyjne w tamtejszym hutnictwie mają sięgnąć 300 mln ton, a sama produkcja 255 mln ton. Sektor ten spogląda z nadzieją na unijny rynek zwłaszcza od czasu wprowadzenia 50-procentowych ceł przez Stany Zjednoczone. Możemy zatem spodziewać się zalewu indyjską stalą oraz falą bankructw europejskich hut.

Równolegle umowa stwarza kolejne zagrożenie dla polskiego rolnictwa. Pojawia się bowiem ryzyko importu pszenicy z Indii, kraju o zupełnie innych realiach produkcji, kosztach pracy i systemie wsparcia państwowego. Nawet jeśli dziś indyjski sektor rolny nie jest nastawiony na masowy eksport, otwarcie rynku i napływ kapitału mogą to szybko zmienić. Dla polskich rolników oznacza to kolejną presję cenową i konkurencję z produkcją, która nie musi spełniać tych samych norm środowiskowych i jakościowych.

Warto wskazać, że w przypadku Indii mamy do czynienia z prawdziwym „krajem trzeciego świata”, w którym -pomimo oficjalnej demokracji- wciąż obowiązuje system kastowy. Aż 70% tamtejszych pracowników pracuje bez umowy, a o BHP niewielu w ogóle słyszało. Z kolei śmieci wyrzuca się po prostu z okna, jak u cyganów, albo do lokalnej rzeki. Tam segregacja odpadów nie istnieje. 

Nie mniej groźny jest wątek przepływu pracowników. Umowa zakłada ułatwienia w eksporcie usług i ludzi, co w praktyce oznacza masowy napływ pracowników z Indii do Unii Europejskiej. Oficjalnie mowa o wysoko wykwalifikowanych specjalistach, ale doświadczenia z wcześniejszych otwarć pokazują, że migracja szybko wymyka się spod kontroli. To nowy kierunek masowej imigracji, który może wstrząsnąć rynkiem pracy i systemami społecznymi, bez jakiejkolwiek realnej debaty publicznej.

Współpraca gospodarcza z Indiami niesie także poważne ryzyko kradzieży technologii. Indyjski rynek jest znany z lekceważenia praw własności intelektualnej, a kopiowanie zachodnich rozwiązań jest tam zjawiskiem powszechnym. Transfer technologii, który dla Brukseli brzmi jak szansa, w praktyce oznacza utratę przewagi konkurencyjnej i oddawanie knowhow bez gwarancji ochrony. To nie przypadek, że zachodnie koncerny z najwyższych półek technologicznych unikają lokowania tam kluczowych procesów produkcyjnych.

Niemcy już dziś jasno pokazują, kto na tej umowie zyska najwięcej. To ich przemysł motoryzacyjny najbardziej naciska na otwarcie indyjskiego rynku i redukcję ceł. Unijna polityka handlowa po raz kolejny jest podporządkowana interesom Berlina, a koszty tej strategii poniosą państwa takie jak Polska, które nie mają porównywalnej siły przebicia ani w motoryzacji, ani w negocjacjach politycznych, zwłaszcza pod rządami proniemieckiej, nieudolnej ekipy Donalda Tuska.

Trzeba sobie to powiedzieć jasno – ta umowa nie jest neutralnym porozumieniem handlowym. To strategiczna decyzja, która zwiększa ryzyko dla bezpieczeństwa lekowego, osłabia europejskie i polskie hutnictwo, otwiera drzwi do nowej fali migracji i naraża europejskie technologie na systemowe kopiowanie. W imię geopolitycznych ambicji i niemieckich interesów Unia Europejska po raz kolejny przerzuca realne koszty na zwykłych obywateli i państwa peryferyjne.

Polecamy również: Na Ukrainie rośnie skala dezercji

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!