Stanisław Michalkiewicz: Parapolityka
Świat wstrzymał oddech na wieść, że pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz odchodzi nie tylko z vaginetu obywatela Tuska Donalda, ale również z partii Polska 2050, którą dotychczas kierowała. Bardzo ją za to pochwalił Wielce Czcigodny poseł Trela z koalicji 13 grudnia, która obecnie administruje naszym nieszczęśliwym krajem, zadłużając go po uszy u międzynarodowych lichwiarzy. Ale w naszym fachu nie ma strachu – jak mówi przysłowie – i obywatel Tusk Donald zadziałał z wyprzedzeniem, występując do pana prezydenta Karola Nawrockiego, by awansował pana ministra finansów Andrzeja Domańskiego na wicepremiera.
Na to stanowisko ostrzyła sobie podobno zęby właśnie pani Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz – ale go nie dostała, bo obywatel Tusk Donald upodobał sobie bardziej w panu Domańskim – żeby osłodzić mu traumę po głosowaniu nad votum nieufności. Wiadomo bowiem, że samopoczucie każdego Umiłowanego Przywódcy zależy od tego właśnie, czy jest on umiłowany, czy nie, Jeśli tedy w Sejmie dochodzi do tak gorszących ekscesów, jak głosowanie nad votum nieufności, to możemy sobie wyobrazić, co taki Umiłowany Przywódca przeżywa, jakie przechodzi katiusze.
A tu jeszcze dochodzi do tego niepewność, czy pan prezydent Karol Nawrocki pana Andrzeja Domańskiego awansuje. Wyraził on bowiem publicznie zdumienie, że obywatel Tusk Donald przedstawił do awansu jegomościa, którego pan prezydent uważa za złego ministra finansów. Ale z awansami, to znaczy – z ich przyczynami – bywa rozmaicie, o czym informuje nas fragment nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego „Szmaciak w wojsku”.
Rzecz dzieje się w stanie wojennym, tuż przed szturmem naszej niezwyciężonej armii na kombinat, w którym, wśród strajkujących robotników, schronił się Aleks Wardęga, syn sekretarza Wardęgi i Sabiny, której urodziny przypadały w czerwcu 1967 roku, a która uważała, że Aleks ma „mózgowe zwoje” co najmniej tak samo rozwinięte, jak nasz niedawny Jubilat, któremu z tej okazji korpus autorytetów moralnych i elity naszego mniej wartościowego narodu tubylczego słały wyrazy masowego uwielbienia.
Operacją, to znaczy – „specjalną operacją wojskową” – dowodził generał Tumor, który przed „godziną W” odbył taką rozmowę z szefem MO Maczugą: „stary towarzysz, zasłużony, samego jeszcze znał Stalina. (to o sekretarzu Wardędze). Fakt, że ma głupawego syna – ale to zawsze syn rodzony. Wiec oszczędź Alka – bardzo proszę. Ja ze swej strony zaraz wnoszę pismo o awans”.
Więc jeśli w takich okolicznościach przyrody pan prezydent Karol Nawrocki nie awansuje pana Domańskiego na wicepremiera, to nie tylko dołoży jeszcze jeden występek, czy nawet delikt konstytucyjny do wydłużającej się listy swoich nieprawości, ale – bo nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – jednocześnie zapoczątkuje gwałtowny rozwój doktryny i orzecznictwa w przedmiocie konstytucji – czy mianowicie prezydent może czy nie może odmówić takiego awansu.
W swoim czasie zasypywał w tej sprawie pytaniami pewien widz moich komentarzy nagrywanych przed kamerą – ale okazuje się, że sprawa nie jest wcale taka prosta, bo zdania są podzielone. Jedni eksperci uważają, że jeśli obywatel Tusk Donald złożył wniosek, to prezydent musi awansować. Tak na przykład twierdzi Książę-Małżonek, zarzucając panu prezydentowi, że samowolnie próbuje rozszerzać swoje kompetencje – ale inni eksperci twierdzą, że wniosek, to tylko wniosek, zaś awans, to awans – a konstytucja decyzje o awansie składa w ręce prezydenta.
Jak tam będzie, tam tam będzie, bo w takiej niejasności głos powinien zabrać Trybunał Konstytucyjny. Ale z tym Trybunałem to właśnie mamy same zgryzoty. Oto pewien jegomość wybrany przez Sejm na sędziego tego Trybunału dał publicznie wyraz swoim żalom, że chociaż złożył ślubowanie wobec pana marszałka Czarzastego jako prezydenta, to nie jest dopuszczany do orzekania przez pana Bogdana Święczkowskiego, któremu się wydaje, iż jest prezesem tego Trybunału.
Co prawda owemu jegomościowi też się wydaje, że jest sędzią TK, ale mniejsza z tym, bo w środowisku naszych Umiłowanych Przywódców taka utrata poczucie rzeczywistości, to jakaś epidemia. W Prokuraturze Krajowej np. panuje identyczna sytuacja; jeden obywatel myśli, że jest prokuratorem krajowym i nawet zaraził tym objawem samego obywatela Żurka Waldemara – ale podobno prawdziwym prokuratorem krajowym jest ktoś zupełnie inny. To jest sytuacja orwellowska, która utrzymuje się u nas od dziesięcioleci.
Bodaj w roku 1991 zwróciłem uwagę ówczesnemu rzecznikowi praw obywatelskich, że ordynacja wyborcza do Sejmu, wbrew art. 81 obowiązującej podówczas konstytucji, który przewidywał kary za wszelką, to znaczy – zarówno pozytywną, jak i negatywną dyskryminację obywateli ze względu na narodowość – w ordynacji znalazły się przywileje dla przedstawicieli mniejszości niemieckiej.
Z przesiąkniętego fałszem i krętactwami pisma, jakie otrzymałem w odpowiedzi, można było wydestylować pogląd, że prawdziwa równość obywateli wobec prawa jest wtedy, gdy prawo obywateli traktuje nierówno. To tak samo, jak z wolnością. Jest wolność zwyczajna i wolność prawdziwa, która – jak zauważył w jednej ze swoich sztuk Sławomir Mrożek – pojawia się tam, gdzie brak wolności zwyczajnej.
Ale to wszystko nic, w porównaniu ze wstrząsem, jakiego kręgi przywódcze w naszym nieszczęśliwym kraju doznały w związku z uchwałą sowieta ukraińskiego obwodu lwowskiego o mianowaniu roku 2027 rokiem UPA i Romana Szuchewycza, który na Ukrainie zażywa „sławy”, jako tamtejszy „heroj”. Książę-Małżonek wzbił się na wyżyny odwagi, wydając decyzję o uznaniu niejakiego pana Szeremety, który był inicjatorem tej uchwały, za osobę niepożądaną w Polsce, co oznacza, że gdyby pan Szeremeta chciał do Polski przyjechać, to Straż Graniczna mogłaby go nie wpuścić.
Gwałtownym oburzeniem zareagował też wicepremier vaginetu obywatela Tuska Donalda, Władysław Kosiniak-Kamysz, a poszczególne miasta naszego bantustanu rozważają zerwanie partnerstw z miastem Lwowem, chociaż to nie lwowski magistra podjął tę uchwałę, tylko sowiet obwodowy. Jak bowiem głosi stara piosenka, to „we Lwowie, w magistracie, wiszą gacie na szpagacie; kiwają się w lewo, w prawo, a publika bije brawo”. U nas jest inaczej. Za pierwszej komuny było tak: „w Poroninie, na jedlinie, wiszą gacie po Leninie. Kto chce w Polsce awansować, musi gacie pocałować”.
Dzisiaj, po transformacji ustrojowej i odwróceniu sojuszy jest inaczej: tam na Czerskiej, na patyku, wiszą gacie po Michniku. Kto chce w Polsce awansować, musi …” – i tak dalej. Może gdyby ktoś życzliwy zwrócił na to uwagę panu ministrowi Domańskiemu, to jego awans na wicepremiera nabrałby rumieńców? Jak widzimy, chociaż nasi Umiłowani Przywódcy uprawianie prawdziwej polityki mają od Naszych Sojuszników surowo zakazane, to przecież na brak zajęć narzekać nie mogą.
Polecamy również: Obrońcy Lwowa zostali „miejskimi szumowinami”





