Felietony

Marcin Drewicz: wciąż ten sam błąd anty-misyjny cz. 3

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Marcin  Drewicz: WCIĄŻ  TEN  SAM  BŁĄD  ANTY-MISYJNY, część  III: WEZWANIE  POPARTE  PRZYKŁADEM

   Drodzy prawowierni „trydentczycy”, zwłaszcza ci, którzy także ostatnio w Internecie tak gorąco nawoływaliście, aby owi wielomilionowi „moderniści” przyszli do was, wiedzcie iż wektor jest wprawdzie ten sam, ale ZWROT PRZECIWNY! To zatem wy macie się wreszcie ruszyć z posad, po aż trzydziestu latach w omawianym tu zakresie bierności (!) i wreszcie pójść do nich, do tych rozlicznych parafii „posoborowych” z elementarną INFORMACJĄ, jak przystało na zwykłych sobie, standardowych… misjonarzy (sic!).

Gdyż tej prostej i oczywistej misji – przynajmniej wedle wiedzy piszącego niniejsze – wy przez owe – co raz jeszcze powtarzamy – trzydzieści już lat w Polsce podjąć z nieznanych nam powodów dotąd nie raczyliście (sic!). Zakonotujcie to sobie raz jeszcze, że miliony katolików w Polsce o was po dawnemu NIC NIE WIEDZĄ. Zatem, jeden z drugim, nie żądaj niczego od człowieka, którego uprzednio w zakresie tych żądań nie byłeś poinformowałeś. Bo to jest tak, jak by nauczyciel zrobił uczniom klasówkę z materiału, którego tenże nauczyciel owym uczniom uprzednio by nie przekazał.

   A to teraz takie internetowe, pod wpływem bulwersującego Listu Biskupów „o chodzeniu do synagogi” nawoływanie, aby owe miliony raptem porzuciły swoje świątynie parafialne i przyszły „do was”, jest przejawem POSPOLITEJ… NIEROZWAGI (sic! mówiąc najłagodniej).

   Powtarzamy po raz kolejny: Nie! Odwrotnie! To do tamtych, jak wy je arogancko nazywacie, „posoborowych” i „modernistycznych” świątyń ma POWRÓCIĆ liturgia i nauczanie (sic!) „przedsoborowe”. A wy macie się do tego nareszcie zacząć przyczyniać!

   Tacy gorliwi jesteście? No to gdzie byliście wtedy, całkiem niedawno, kiedy to w Polsce prowadzono na skalę niespotykaną w dziejach naszego Kościoła (Telewizji, Internetu) propagandę, skuteczną zresztą, za beatyfikowaniem tej z czasów niemieckiej okupacji nieszczęśliwej ś.p. rodziny Ulmów? Skoro można było beatyfikować ś.p. Ulmów – gdy nawet (prawie) nie pisnął ów, tradycyjny (!) wszakże, advocatus diaboli – to taki na przykład List KEP „o chodzeniu do synagogi” był już tylko kwestią czasu.

Tamto jesienią roku 2023, to o przedwiośniu roku 2026. Krok po kroku… Wytrwale. Planowo. Metodą „salami”. Zajrzyjcie do przygotowanej przez tąż KEP „Podstawy programowej katechezy Kościoła Katolickiego w Polsce” z roku 2018. Itd. Itp. Że o innych licznych epizodach już nie wspomnimy. Obudźcie się wreszcie!

   Nie zapominajmy atoli, że ten jak wyżej POWRÓT w niektórych miejscach już był następował (!), dopóki tego nie zgasił ów „biskup Rzymu” Franciszek i jego tutaj w Polsce prominentni krajowi zwolennicy.

   Przypomina się nam historia sprzed kilku lat, z jednej z podwarszawskich parafii, „posoborowych” oczywiście, która zawiera w sobie liczne aspekty omawianego tu problemu. Otóż był tam pewien parafianin, gospodarz na bodaj kilkunastu a może więcej niż kilkunastu hektarach, z małżonką i z gromadką dzieci, który znał jakiegoś księdza, i to z innej diecezji, który to ksiądz aczkolwiek do żadnego odrębnego Zgromadzenia, czy też Bractwa nie należał, to jednak umiał odprawiać Mszę Trydencką. Miejscowi księża nie przejawiali zainteresowania taką Mszą.

Pomimo to ów parafianin uprosił proboszcza – słuchajcie, słuchajcie, zwłaszcza ci wszyscy, którzy chcecie wypchnąć katolików ze świątyń „posoborowych” – aby ten po prostu użyczył owej obszernej parafialnej świątyni na, póki co nieregularne, bo przez jednakże kilka niedziel w ciepłej porze roku odprawianie Mszy Trydenckiej.

   Tak więc z treści stosownego plakatu i z ogłoszeń parafialnych odczytywanych osobiście przez owego „nie zainteresowanego” proboszcza (sic!) ludzie mogli się dowiedzieć, że w najbliższą niedzielę, lecz o godzinie nowej, wcale tam nie „mszalnej”, gdyż o 15:00, zostanie odprawiona Msza Tradycyjna, i że – o jakże to ważna informacja dla szeregowego parafianina! – kto w takiej Mszy weźmie udział, ten tym sposobem spełni obowiązek Mszy niedzielnej i na żadną „drugą” Mszę tego dnia już chodzić nie będzie musiał.

   I rzeczywiście, ów parafianin-gospodarz poustawiał, wciąż samotnie (!), wciąż w pojedynkę (!), to co trzeba do Mszy odprawianej „tyłem”, a o zapowiedzianej godzinie zebrała się jakaś garstka ludzi, po czym ów przyjezdny ksiądz, pod nieobecność duchowieństwa miejscowego, Mszę Tradycyjną odprawił. Na początek dobre i to – nieprawdaż? Następnym razem było podobnie, i jeszcze następnym razem… gdy przybył jakiś inny obcy ksiądz (też umiejący odprawiać „starą Mszę”).

Lecz zanim Msza Trydencka weszła w zwyczaj w tamtej parafii, i zanim także miejscowe duchowieństwo drgnęło, by nieco głębiej się w rzecz zaangażować, z wyżyn „ówczesnego Watykanu” rozesłano na szeroki świat – jak powszechnie wiadomo – owe regulacje, w następstwie których przynajmniej w tamtej parafii owa inicjatywa upadła. I tyle.

   Lecz iluż tam mieliśmy czynnych (!) w rzeczy samej „trydenckich misjonarzy” (sic!), by tak rzec: naturszczyków, zupełnie nie powiązanych z żadnymi „tradycyjnymi” środowiskami, wspólnotami, czy bractwami, na czele z tamtym energicznym, pobożnym, lecz samotnym parafianinem, z księżmi, którzy się z daleka fatygowali i Msze tam odprawiali; lecz i owych, by tak rzec, ćwierćmisjonarzy (a to już coś!), jak ów proboszcz i inni miejscowi księża, którzy wszakże… nie stawiali przeszkód. Doceńmy to, ach, doceńmy! Na bieżącym etapie dziejów Kościoła Powszechnego; teraz już po owym Liście KEP „o chodzeniu do synagogi”.

   Lecz gdy nieco później opowiedzieliśmy tę historię komuś ze środowiska (bractwa) pielęgnującego Tradycję Katolicką, usłyszeliśmy… Co takiego? Ano to – „oczywiście!” – aby tamten z odległej parafii chłop-gospodarz przyszedł „do nich”, do ich kaplicy. Dech w nas zaparło, lecz nie odmówiliśmy sobie przyjemności zadania w rozmowie głównego „ciosu”:

   „Ależ moi mili. Jakże wy uparcie nie chcecie zrozumieć dookolnej rzeczywistości! Przecież tamten człowiek już choćby o samym waszym ISTNIENIU, o działalności waszego środowiska  nadal nie ma zielonego pojęcia. On o Mszy Trydenckiej dowiedział się z innego źródła, przecież NIEZALEŻNIE od was, albowiem „jedni są od Kefasa, a inni od Apollosa”. Może po prostu – wie to on – od własnej sędziwej babki lub ciotki. Miał też jakieś prywatne znajomości z tamtymi księżmi.

Wy, wasza organizacja, jak się okazuje, do powzięcia przez niego takiej wiedzy w ogóle nie byliście potrzebni; skoro wy jej przecież po takich jak tamta „modernistycznych” parafiach programowo nie szerzycie. O tamtych wydarzeniach dowiadujecie się ode mnie, gdyż i tamci księża odprawiający takąż samą Mszę Tradycyjną są wam, jak rozumiem, nieznani. Powtarzam: to wy macie tam pójść, jak chodzili tam uprzednio ci księża z innej diecezji, a nie siedzieć tutaj z założonymi rękami w oczekiwaniu, aż ktoś, nie wiadomo jak, przyjdzie kiedyś do was albo właśnie nie przyjdzie…”.

   Zniecierpliwienie naszych nabożnych słuchaczy rosło, lecz my już nie zważaliśmy na nic, sięgając do tekstu pewnego dawnego kazania mszalnego; a tam stoi zapytanie:

   „Co by to było, gdyby Pan Nasz Jezus Chrystus, ot tak, pozostał sobie w Nazarecie? I gdyby – że ośmielimy się tak tu rzecz ująć, w trybie przecież warunkowym – narzekał On na to, że w tej małej miejscowości nikt zainteresowany Go nie odwiedza”.

   A teraz z dosyć nowego kazania:

   „Był taki film zatytułowany 'Misja’; rzecz działa się w Paragwaju w połowie XVIII stulecia. Czy pamiętacie pierwsze sceny, pierwsze ujęcia z tego filmu, jeszcze za napisami początkowymi? Nad czym to radzą owi hiszpańscy ojcowie jezuici zaraz po pochowaniu doczesnych szczątków swojego współbrata, który – tam i wtedy – zginął był śmiercią męczeńską? Czy nad tym, że oni tym-tam dzikim Indianom żyjącym w dżungli (hisz. selva tropical) ponad Wodospadami już nic więcej nie mają do zakomunikowania? I że odtąd będą oni, ci jezuici, sobie czekać na dole, aż ktoś sponad Wodospadów raczy zejść i do nich na ten dół przybyć?”.

   Otóż właśnie! Kim dla owych dzisiaj pielęgnujących w Polsce rzymskokatolicką tradycyjną liturgię i naukę duchownych i świeckich są te wielomilionowe rzesze Polaków-katolików co niedziela „chodzących do kościoła”, czyli do najbliżej ich domu znajdującej się świątyni, zazwyczaj parafialnej? Nooo…? Kim oni są? Ci maluczcy. Czyżby owym dzikim pogańskim plemieniem dotąd o Chrystusowej Dobrej Nowinie niczego nie WIEDZĄCYM?

   Po co komu ten SZTUCZNY ROZBRAT, podrasowany pychą (!) tych co poniektórych, co to „już wiedzą lepiej”? Lecz nie fatygują się oni, aby tą bezcenną WIEDZĄ podzielić się z pozostałymi; wyższość (!) w tym układzie zachowując dla siebie. Nic dziwnego zatem, że ów przywołany powyżej stosunek liczbowy „jednych” świątyń w Polsce do tych „drugich” przez długie lata trzyma się na pułapie jak 250:1. I jakoś-tak nie chce drgnąć.

   Wyszliśmy od zagadnienia Soboru Watykańskiego Drugiego, wzmiankowaliśmy czasy ariańskie oraz prace Św. Atanazego, lecz także ową Rewolucję Protestancką sprzed kilkuset zaledwie lat. Historia Kościoła Świętego jest to przeogromny gmach. Warto pamiętać o tym, że mieszczą się w niej także anty-sobory (!), i anty-papieże (zdarzało się nawet kilku jednocześnie!), i kandydaci do papiestwa, którym wytknięto przynależność do antykościelnych stowarzyszeń, że o anty-patriarchach, czy o anty-kardynałach już nie wspomnimy.

   Najpoważniejsi historycy Kościoła sporządzali rankingi , czy też klasyfikacje tyleż samych papieży, co ich pontyfikatów; dokonując tychże pontyfikatów bilansu i porównania. Aczkolwiek każdy taki pontyfikat, krótszy czy dłuższy, trwał poprzez kolejny, niepowtarzalny odcinek dziejów powszechnych. Lecz problem główny był zawsze ten sam! Natomiast kryteria oceny są od czasów wydarzeń Nowego Testamentu jasne i stałe.

   Stąd też nasz polski najlepszy polityk, czyli ów o niewyparzonej gębie Imć Pan Zagłoba gdy było trzeba, to wartko wypowiadał to odtąd sławne zdanie o herezji, że mianowicie „diabeł się w ornat ubrał i ogonem na Mszę dzwoni”. O dziwo, niektóre dzisiejsze „polityczne” telewizyjne „gadające głowy” znają ten cytat i nawzajem się nim okładają. Co to znaczy: potęga Wielkiej Literatury i Historii.

   Uczmy się zatem Historii! Bierzmy z Niej nauki także na nasze czasy!

Polecamy również: Afera Giertycha. Czy jego środowisko to „ruscy agenci”?

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!