Marcin Drewicz: setna rocznica (1926-2026) Zamachu Majowego, czyli droga do Zaleszczyk
Setna rocznica Zamachu Majowego przypada dopiero za cztery miesiące – 12-14 maja – lecz warto już teraz przynajmniej wzmiankować o niej, by tejże rocznicy, gdy nadejdzie, pospolicie nie przegapić, jak przegapiono w Polsce – jedni rzeczywiście przez gapiostwo, a inni „na polecenie” – setne rocznice wydarzeń formujących czasy obecne z minionym już Stuleciem włącznie, jak zwłaszcza Rewolucja Bolszewicka (1917), Odzyskanie Niepodległości przez Polskę (1918), Traktat Wersalski (1919) i przede wszystkiem Cud nad Wisłą (1920); a dla krajów rozciągających się na południe od Polski Traktat w Trianon (1920).
Czekamy, ach, czekamy na, jak to się mówi, „nowoczesną” i w oparciu o także „nieznane dotąd źródła” w wieloletnim trudzie wypracowaną szeroką monografię tematu Zamach Majowy, w twardej oprawie, w formacie B5, wielesetstronnicową, może więcej niż jednotomową, odpowiadającą na możliwie wszystkie pytania (czy jednak ktoś kiedyś „na wszystkie” pytania odpowiedział?), autorstwa któregoś z tych wziętych etatowych akademickich historyków, lub może zespołu historyków.
Piszemy „etatowych akademickich”, gdyż nawet najlepszy nieetatowy i nieakademicki – który musi siebie i rodzinę utrzymywać z innego rodzaju działalności – nie ma po prostu, w dzisiejszej Polsce (!), ani czasu, ani środków niezbędnych do wykonania tego rodzaju dzieła. Bo to trzeba przecież posiedzieć w bibliotekach i w archiwach nie tylko polskich, ale i w wielu innych krajach, nie tylko sąsiednich, lecz także tych położonych dalej, nawet tych zamorskich-zaoceanicznych. To trwa, to kosztuje, to powoduje rozłąkę z rodziną… Kto za to zapłaci? Skoro przecież: „godzien jest robotnik zapłaty swojej”.
Dlaczego w roku 1926 tzw. służby w czas nie uprzedziły o przygotowaniach do Zamachu, aby go zdławić w zarodku?
Jakim to sposobem tamte pobuntowane wojska przedostały się na lewy brzeg Wisły w Warszawie?
Dlaczego najwyższe władze Rzeczypospolitej Polskiej tak lekko i szybko poddały się woli zamachowców?
Dlaczego wojska idące tym władzom z odsieczą, przebywszy już setki kilometrów, utknęły bezproduktywnie gdzieś na obrzeżach Warszawy?
I tak dalej… I tak dalej… Tak, owszem, ustrój polityczny Polski „Przedmajowej” (1918-1926) był zły, lecz ustrój polityczny Polski „Pomajowej” (1926-1939-1945) też był zły – „Kariera Nikodema Dyzmy” – no i polityka zagraniczna była fatalna (!). Skąd wiemy, że ona taka była? Po owocach. Przerażających, doprawdy, przerażających… zbieranych w latach 1939-1945 i długo, długo później.
Źródłowe badanie przyniosłoby odpowiedź na pytanie, czy tamtą politykę, tzw. politykę Józefa Becka (młodszego), można nazywać rzeczywiście „polityką polską”. Jeśli nie polską, no to czyją?
Owszem, „Polityka polska i odbudowanie państwa” – głosi tytuł sławnej książki sławnego autora (Romana Dmowskiego). Wszelako ta w książce opisana „polityka polska” kończyła się tak po prawdzie gdzieś jeszcze przed Traktatem Ryskim (1921). A później…
Paradoksalnie, odpowiedzi na pytania o „politykę polską”, lecz w odniesieniu do naszej dziś współczesności, po Stu Latach (2026), rysują się czy nie bardziej wyraźnie, aniżeli te w odniesieniu do czasu sprzed trzech-czterech pokoleń. Bo wydawało by się, że powszechna wiedza o danym wydarzeniu rośnie wraz z upływem czasu mijającego od tego wydarzenia. Najwidoczniej nie o każdym wydarzeniu, co dotyczy także i owego Zamachu Majowego.
A miarą i obrazem tamtych braków niech będzie osławiona szosa do Zaleszczyk z września 1939 roku. Warto pamiętać, że podobną rolę odegrało przejście graniczne w położonych w tym samym (sąsiednim) regionie Kutach, aczkolwiek to właśnie utarte hasło „Zaleszczyki” skupia w sobie całą ówczesną grozę.
Nota bene – dzisiaj także, skoro obcoplemienni nachodźcy właśnie z tamtych i z jakże wielu innych spokojnych okolic dzisiejszej Republiki Ukraińskiej odgrywają w granicach dzisiejszej Polski rolę ni mniej ni więcej, tylko „ofiar wojny”; ubliżając tym samym owym prawdziwym ofiarom prawdziwej wojny, toczonej wszakże o tysiąc kilometrów stamtąd.
O Zamachu Majowym roku 1926, jak to się mówi, „nie wiemy nic”. Czy ów jeszcze w PRL-owskim systemie cenzury nakręcony film fabularny w reżyserii Ryszarda Filipskiego (1980) daje nam-widzom pełną tzw. panoramę wydarzeń i czy mógł on ją wtedy dawać? Czy daje nam szeroką panoramę ten jakoś przełamujący owe także post-PRL-owskie (!) przemilczenia dokument fabularyzowany pt. „Zapomniany Generał” (2012) – o osobie gen. Tadeusza Jordan Rozwadowskiego? Zapomniany generał… Lecz rolę Józefa Piłsudskiego zdążyło już w różnych filmach i serialach zagrać bodaj z piętnastu (?) aktorów.
Czy, a jeśli tak, to jakiej dla szerokich rzesz odbiorców przeznaczonej produkcji medialnej-filmowej o Zamachu Majowym doczekamy się w bieżącym, rocznicowym roku 2026?
Podział Polski „na dwa obozy” – te, które się starły w jakże krótkiej warszawskiej wojnie w maju 1926 roku; i te dzisiejsze, też ponoć dwa lub, jak kto woli „dwa w jednym” (PO-PiS). Podział jakiegoś kraju i wynikająca z niego krwawa lub ta bezkrwawa wojna domowa – są to rzeczy w dziejach ojczystych i powszechnych znane. Tak na przykład – w Hiszpanii całe półtorawiecze (!) licząc od (pierwszego) wygnania oo. jezuitów w latach 70. XVIII stulecia niejako pracowało na ów potężny wybuch, jakim była Rewolucja oraz Wojna Domowa lat 30. XX już wieku.
Podział, czyli rozdarcie jakiegoś narodu z powodu działań zwykle dwojakich sprawców – zewnętrznych i wewnętrznych. Podobnie było i z rozbiorami Polski w drugiej połowie wieku XVIII. Ale – co tu owijać w bawełnę – podobnie dzieje się w naszej już epoce nie dość, że z narodami, to i ze… Świętym Kościołem Rzymskokatolickim.
Wróćmy atoli do Polski sprzed Stu Lat i zapytajmy o te najgłębsze podstawy podziału wówczas, w maju roku 1926 tak dobitnie objawionego (ale i przecież wcześniej – m.in. niedoszły większościowy rząd Korfantego!). Objawionego – więc już nie skrywanego, skoro się biją i do siebie nawzajem strzelają. Czy poprzez minione Sto Lat zrazu uczestnicy i świadkowie tamtych wydarzeń, a po nich historycy kolejnych generacji – także ci emigracyjni („londyńscy”, „paryscy” i inni) – wyraźnie i bez reszty nam na to pytanie o podział w narodzie odpowiedzieli?
Podział nie wziął się „z wczoraj”. Czy zarysował się on był dopiero u progu XX wieku, czy może już w epoce postyczniowej? Czy wcześniej? Czy już w epoce napoleońskiej (sic!)? Czy jeszcze wcześniej? Kto po której stronie stał świadomie i z wyrachowania? A kto, by tak rzec, inercyjne, zwyczajowo? Czy zatem znaczna część spośród Polaków tamtych i późniejszych generacji cierpiała, walczyła i ginęła za rzeczywiście SWOJĄ SPRAWĘ?
Za czyje sprawy, w tylu wojnach, przez całe życie i przeciwko komu wojował ów jakże sławny Sienkiewiczowski „Latarnik”? Ale i niejako „po drugiej stronie” (do jakiego stopnia „po drugiej”?) – jak to pokazano w n.p. filmie „One Man’s Hero” (1999) o oddziale „Patricios” (irlandzkich ochotników od Św. Partyka) z wojny USA przeciwko Meksykowi lat 1846-1848 – da się usłyszeć w oryginalnej ścieżce dźwiękowej także zdania w języku… polskim i nawet w tymże języku… słowa modlitwy (sic!).
My tu zapytujemy o czasy sprzed Lat Stu i o jeszcze dawniejsze. Lecz czy ktoś w podobnie – patrz wyżej – gruntownej źródłowej monografii, tym razem z dziedziny politologii-historii najnowszej już wyjaśnił także te najgłębsze przyczyny niedojścia do skutku w roku 2005 owego „solidarnościowego” – tak wtedy mówiono – rządu PO-PiS? Rządu tak bardzo długo i głośno zapowiadanego i oczekiwanego przez wszystkie ówczesne polskojęzyczne mass media. Zwykli ludzie gapili się w telewizor i słuchali tego, wtedy…! No i… co właściwie? A to, że Polska od niedawna była już wówczas członkiem Unii Europejskiej. Więc po co jej tzw. rząd warszawski?
Jakże wiele się od tamtego czasu wydarzyło! Nie ma żadnego-tam „końca historii”, o nie… Czy zatem ów „główny podział polityczno-partyjny” w Polsce, owszem, „okrągłostołowej”, więc także ostatniego dwudziestolecia jest… sztuczny, jakże wytrwale (!) suflowany przez „międzynarodowe” siły? Gdyż ten podział sprzed Stu Lat, z roku 1926, sztuczny najpewniej nie był.
Kilkanaście lat później, acz jeszcze przed wybuchem wojny światowej Jędrzej Giertych pod pseudonimem J. Mariański wystąpił z powieścią political-fiction zatytułowaną właśnie „Zamach” (1938), w której inspirował się on także atmosferą i wydarzeniami warszawskimi właśnie z maja 1926 roku – więc jedno się już wydarzyło „w realu”, pociągnęło ono za sobą określone następstwa, a groza kolejnego podobnego wydarzenia, jak to mówią, wisiała w powietrzu.
Jeśli więc dzisiejszy podział pomiędzy największymi politycznymi partiami w Polsce jest sztuczny, to o co się tak po prawdzie pomiędzy sobą biją owi aktywiści „z obydwu posolidarnościowych obozów”, nieszczęsną Ojczyznę stawiając jako zakładnika tego swojego bezmyślnego sporu (sic!)? Może po prostu o pieniądze i o wpływy pochodzące od zagranicznych-międzynarodowych patronów? A może o to tylko, o co z takim zapałem wojowały strony sporu w Mickiewiczowskim „Panu Tadeuszu”? Czy o coś jeszcze? Bo przecież nie polska, lecz cudza i wręcz anty-polska sprawa wisiała nad całym tym Soplicowem. Nieprawdaż?
„Krajobraz po uczcie” (1978) – tak swój poetycki opis tamtego w dziejach Polski okresu wyśpiewywał Jacek Kaczmarski. Oto tyle było wzniosłego gadania i recytacji, lecz w rezultacie „oni” nie zrobili tego, tamtego, ani owego. Chociaż mogli! Działali, ale na błędnych kierunkach. W następstwie tego nic nie zrobili, a Ojczyznę doprowadzili do upadku. Ale… dlaczego? Jak do tego doszło i jacy tak po prawdzie „szatani byli tam czynni”? A jacy czynni są… dzisiaj?
Działania „pod fałszywą flagą”, wsadzanie kogoś „na lewe sanki”, jak to dzisiaj mówią, zatem prowokacje, polityczne mistyfikacje, medialne – znane jakże dobrze z czasów PRL – zniekształcanie masowego przekazu o najbardziej nawet powszechnych aspektach dookolnej rzeczywistości („czarne jest białe, a białe jest czarne”), więc wyprowadzanie w pole, na manowce, łapanie na tę „przynętę” kolejnych ludzi i grup motywujących się czystym polskim patriotyzmem, aczkolwiek niepoprawnie… gapowatych (sic!), czyniąc ich tą metodą nieefektywnymi (sic!) dla Sprawy Polskiej.
A najlepiej, by tacy gapowaci (sic!) patrioci nawzajem się… potrykali, z iście sarmackim zapałem i animuszem, najlepiej gdy przed kamerami „w porze największej oglądalności”.
Czy zatem w takich oto „okolicznościach przyrody” dowiemy się wreszcie na Setną Rocznicę Wydarzeń owej, jak powiadają, całej prawdy o Zamachu Majowym roku 1926?
Jeszcze jedno: Jakieś dwadzieścia lat temu pewien pan w wieku wówczas około lat czterdziestu uprzejmie acz stanowczo strofował towarzystwo, że oto jego tatuś (!) mu był powiedział, że mianowicie nie należy mówić „Zamach Majowy”, lecz „Przewrót Majowy” (sic!). Przyznajmy przy okazji, iż język polski jest przebogaty, więc poddający się rozmaitym – jak ten tutaj – zabiegom.
I zauważmy, że „u nich” pojęcie „Przewrót”, tłumaczące się wprost na o łacińskim pochodzeniu „Rewolucję”, okazuje się być jednak słabsze, pomimo wszystko – a może tylko w tych konkretnych okolicznościach „mądrości etapu”? – od z pozoru pospolitego przecież „Zamachu”.
Gdyż tamtemu panu szło o wywarcie wśród rozmówców wrażenia, że ów Zamach (Przewrót) Majowy nie był niczym groźnym, lecz li tylko niewinną polityczną igraszką „w rodzinie” po linii znanego – nomen-omen – też Mickiewiczowskiego wezwania: „kochajmy się!”.
W swobodnej atmosferze wakacyjnej gawędki przy stole lub może przy ognisku uwagę poczynioną przez tamtego pana zrazu puszczono mimo uszu, lecz po chwili ktoś z obecnych się jednak zmitygował i zadeklarował, iż on jednak pozostanie przy nazewnictwie „Zamach”, i że – odwrotnie – on tamtego pana wraz z jego (nieobecnym) tatusiem (sic!) zachęca do przyjęcia takiego właśnie nazewnictwa. To tam i wtedy wywołało, nie trwającą wszakże zbyt długo, konsternację. A co Wy o tym wszystkim myślicie?
Nam się przypomina coś jeszcze – spraw jest przecież wiele – aczkolwiek tu już nie będziemy tego tematu rozwijać. Oto po Zamachu Majowym w Odrodzonym Wojsku Polskim, jedynym w historii (co dopiero po wielu dziesięcioleciach można było stwierdzić) zwycięzcy nad bezbożniczą Armią Czerwoną, pozmieniano… sztandary pułkowe (sic!). Czy zatem armia teraz już „bez Boga” na sztandarze była w stanie – gdy przyszło co do czego – odeprzeć ten straszny dwustronny najazd ówczesnych bezbożnych największych światowych potęg?
Polecamy również: Skandaliczne zaniedbania jaczejki OMZRiK. Komornik zajął jej konto
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




