Hiszpania, która pod rządami lokalnego Tuska, czyli premiera Pedra Sáncheza pokazała, jak łatwo hasła o ochronie demokracji mogą zostać wykorzystane do budowania cenzury i totalitaryzmu. Właśnie wyciekł tam 54-stronicowy dokument przygotowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, zawierający 281 kartotek dziennikarzy, publicystów i komentatorów, a państwowi urzędnicy nie ograniczyli się do zanotowania ich nazwisk, miejsc pracy czy obszarów zainteresowań zawodowych, lecz przypisywali konkretnym osobom poglądy polityczne oraz określali ich stosunek do rządu Sáncheza.
Opanowana przez skrajną lewicę Hiszpania tworzy teczki na niepokornych dziennikarzy. W dokumentach pojawiają się między innymi określenia takie jak „wspiera rząd”, „anty-sanchista”, „tendencja konserwatywna”, „skrajna prawica” czy „dezinformator”, a także uwagi dotyczące stosunku poszczególnych dziennikarzy do polityki migracyjnej i innych decyzji rządu.
Już sam fakt sporządzania przez ministerstwo tego rodzaju politycznych charakterystyk powinien budzić poważny niepokój, ponieważ czym innym jest analiza tego, jakie media zajmują się określonymi tematami, a czymś zupełnie innym tworzenie katalogu osób niepokornych wobec jedynie słusznej linii rządzącej partii.
Szczególnie wymowny jest fakt, że na liście znaleźli się dziennikarze zajmujący się ujawnianiem informacji niewygodnych dla hiszpańskiego establishmentu, w tym reporterzy publikujący materiały dotyczące afer i zarzutów korupcyjnych związanych z PSOE, otoczeniem Pedra Sáncheza oraz kryzysem w Ceucie, związanym z najazdem na tę enklawę murzyńskich i arabskich barbarzyńców.
Lewicowy minister spraw wewnętrznych Fernando Grande-Marlaska nie zaprzeczył istnieniu dokumentu, lecz określił go jako „wewnętrzne narzędzie robocze”, mające służyć do „orientowania się w tym, co mówi się w mediach o bieżących wydarzeniach”. Tłumaczenie to trudno uznać za satysfakcjonujące, ponieważ określenie czegoś mianem „narzędzia roboczego” nie odpowiada na pytanie, po co państwowemu ministerstwu potrzebna informacja, że konkretny dziennikarz jest „anty-sanchistą”, ma „tendencję konserwatywną” albo czy został uznany przez lewackich urzędników za „dezinformatora”.
Gdyby chodziło wyłącznie o profesjonalny monitoring mediów, wystarczyłoby odnotować, jaka redakcja zajmuje się danym tematem i jakie stanowisko zostało w niej przedstawione. Tworzenie osobnych kartotek zawierających zdjęcia, charakterystyki poglądów i ocenę stosunku konkretnego człowieka do rządu wchodzi jednak na zupełnie inny poziom, szczególnie gdy robi to Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.
Problem jest tym poważniejszy, że w ostatnich latach lewicowe, prounijne rządy coraz chętniej posługują się pojęciami „dezinformacji”, „skrajnej prawicy” czy „zagrożenia dla demokracji” wobec swoich przeciwników politycznych i niewygodnych środowisk medialnych. Oczywiście istnieją fałszywe informacje, ale sama krytyka polityki migracyjnej nie czyni z dziennikarza automatycznie „dezinformatora”, a krytyka premiera nie czyni go automatycznie przedstawicielem „skrajnej prawicy”.
Najbardziej niepokojące jest więc to, że państwo zaczęło klasyfikować dziennikarzy według ich stosunku do rządu. Dziennikarz nie jest przecież urzędnikiem, którego zadaniem jest realizowanie polityki gabinetu premiera, lecz człowiekiem, którego rolą jest między innymi kontrolowanie władzy, zadawanie jej niewygodnych pytań i ujawnianie informacji, których rząd najchętniej nie ujrzałby na pierwszych stronach gazet. W zdrowym państwie krytyczny dziennikarz nie powinien być traktowany jako problem do sklasyfikowania, lecz jako ważny element systemu kontroli władzy.
Sposób gromadzenia i klasyfikowania tych informacji powinien zostać dokładnie wyjaśniony. Ponaglony przez oburzone media i społeczeństwo, sprawą zainteresował się hiszpański organ ochrony danych, który ma zbadać między innymi charakter dokumentu, zakres zgromadzonych przez urzędników informacji, sposób ich wykorzystania oraz podstawę prawną ich przetwarzania.
Cała sprawa jest szczególnie ironiczna w przypadku rządu Pedra Sáncheza, który tak często przedstawia się jako obrońca demokracji przed „skrajną prawicą”, a jednocześnie jego własne ministerstwo stworzyło dokument pozwalający przypisywać dziennikarzom właśnie takie etykiety. Można odnieść wrażenie, że władza, która ostrzega przed politycznym etykietowaniem, sama zaczyna tworzyć własny system etykietowania ludzi pracujących w mediach.
NASZ KOMENTARZ: Jeżeli władza zaczyna sporządzać listy swoich krytyków, problemem nie są już tylko ci, którzy znajdują się na liście. Problemem jest sama władza, której marzy się totalitaryzm.
Zdjęcie poglądowe: Pedro Sánchez.
Polecamy również: OMZRiK wyleciał z kolejnego serwisu zbiórkowego. Sukces mec. Litwina
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




