Zachodnie media od czterech lat malują obraz Ukrainy jako państwa walczącego o przetrwanie. Pojawiają się dramatyczne reportaże, apele o kolejne transze pomocy, zbiórki na generatory, kamizelki, sprzęt i „wsparcie humanitarne”. Europejczycy, w tym Polacy, otwierali portfele, tłumacząc sobie, że pomagają krajowi stojącemu nad przepaścią. Tymczasem rzeczywistość w Kijowie wygląda jak reklama luksusowego salonu samochodowego.
Generatory z Polski, Bentleye w Kijowie. Według danych publikowanych przez TopGir.com.ua import drogich samochodów – powyżej progu podatku luksusowego – eksplodował po 2022 roku:
- 2022: 2300 sztuk
- 2023: 4852 sztuki
- 2024: 4938 sztuk
- 2025: 11 998 sztuk
Ten ostatni wynik jest wręcz groteskowy. Prawie tyle luksusowych aut, co w poprzednich trzech latach razem wziętych. W kraju, który według zachodnich polityków i mediów praktycznie nie jest w stanie funkcjonować bez nieustannego finansowego kroplówki z zagranicy.
Najbardziej symboliczny jest przypadek salonu Bentley Kyiv, który miał znaleźć się na trzecim miejscu w Europie pod względem wyników sprzedaży. Trudno o lepszy obraz współczesnego „kraju wojennego”: z jednej strony dramatyczne apele o kolejne miliardy euro i dolarów, z drugiej – kolejki po Bentleye, Ferrari i Rolls-Royce’y.
Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że „bogaci są wszędzie”. To prawda. Problem polega jednak na skali i tempie wzrostu rynku luksusowego właśnie w czasie wojny. Jeśli państwo rzeczywiście balansuje na granicy finansowej katastrofy, to logicznie należałoby oczekiwać raczej ograniczenia konsumpcji luksusowej, a nie rekordowego boomu. Już nie mówiąc o tym, że średniacy z Europy zrzucają się na generatory dla Ukraińców, podczas gdy mogłyby to zrobić ich własne elity. Wystarczyłoby, gdyby przeznaczyły na wsparcie wojny część swoich pieniędzy i zamiast turbodrogich, kupowały zwykłe samochody.
Wygląda jednak na to, że bogaci Ukraińcy mają los swojego kraju w nosie. Mają środki na superauta, ekskluzywne apartamenty, drogie restauracje i salony premium. Ale jednocześnie to Europa ma słyszeć, że bez kolejnych miliardów pomocy wszystko się zawali.
Polacy również dorzucili do tego swoją cegiełkę. Organizowano zbiórki na agregaty, generatory i pomoc techniczną. W mediach społecznościowych trwały kampanie przekonujące, że „każda złotówka ma znaczenie”. Patrząc jednak na rekordowy import luksusowych samochodów do Kijowa, można odnieść wrażenie, że właściciele tych aut raczej nie musieli sprzedawać zegarków, by przetrwać zimę. Sarkazm nasuwa się sam: dobrze, że zwykli ludzie w Polsce zaciskali pasa i finansowali generatory, bo inaczej ktoś w Kijowie mógłby mieć problem z ładowaniem klimatyzowanych foteli w nowym Bentleyu.
Cała sytuacja pokazuje przede wszystkim gigantyczny rozdźwięk między narracją kierowaną do zagranicy a rzeczywistością części ukraińskich elit i klasy najbogatszych. Zachód słyszy o konieczności nieograniczonej pomocy i wyrzeczeń, podczas gdy rynek dóbr luksusowych przeżywa prawdopodobnie najlepszy okres w swojej historii. Nie oznacza to oczywiście, że cała Ukraina żyje w luksusie – wielu ludzi rzeczywiście cierpi z powodu wojny. Jednak właśnie dlatego obraz ulic pełnych nowych aut premium działa tak drażniąco. Bo trudno jednocześnie przekonywać świat o skrajnej biedzie i rekordowo pompować segment ultra-luksusowy.
Pytanie, które coraz częściej może pojawiać się w Europie, brzmi więc prosto: skoro w kraju ogarniętym wojną znajduje się aż tyle pieniędzy na dobra luksusowe, to czy rzeczywiście skala zagranicznej pomocy powinna pozostawać bez żadnych pytań i warunków?
Być może zamiast kolejnych emocjonalnych apeli warto byłoby wreszcie zacząć rozmawiać o tym, gdzie dokładnie trafiają pieniądze, kto na wojnie zarabia i dlaczego w cieniu konfliktu jedni zbierają na agregaty, a inni odbierają kluczyki do nowych samochodów za setki tysięcy euro. Niestety, tego typu pytania pojawiają się jedynie w mniejszych mediach, jak nasz skromny portal.
Polecamy również: Miliony dla OMZRiK. Gdzie są pieniądze?
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




