Jeden z największych niemieckich deweloperów farm wiatrowych ABO ENERGY stanął na skraju bankructwa. Przestał spłacać obligacje a akcje potaniały o -84% w zaledwie 5 miesięcy. Okazało się, że generowanie energii z wiatraków bez dopłat, subwencji i gwarantowanych cen od zielonych komunistów z Bundestagu, nie przynosi zysków. Wkrótce aż 1400 osób może stracić pracę.
Gdy dotacje się kończą, wiatraki i auta elektryczne znikają. Branża energetyki wiatrowej od lat rozwijała się dzięki państwowym ulgom, taryfom gwarantowanym i dopłatom inwestycyjnym. Gdy te narzędzia, dające branży warunki szklarniowe przestają funkcjonować, inwestorzy zaczynają kalkulować działania bez subsydiów. Wówczas okazuje się, że rentowność projektów dramatycznie spada.
Branża energetyki wiatrowej od dziesięcioleci była jednym z filarów polityki klimatycznej i energetycznej wielu państw. Jednak jej dynamiczny rozwój opierał się w ogromnej mierze na ulgi podatkowych, dotacjach i gwarancjach cenowych. Gdy państwowe wsparcie maleje lub znika, sektor może stanąć w poważnych tarapatach — zarówno pod względem finansowym, jak i konkurencyjności rynkowej.
Wiatraki są popularne wtedy, gdy rządy oferują inwestorom stałe ceny za energię, preferencyjne kredyty oraz ulgi podatkowe na ksozt innych sektorów gospodarki. Dzięki temu projekty stawały się rentowne nawet przy wyższych kosztach produkcji i budowy. Bez tych narzędzi, rynek musi konkurować z paliwami kopalnymi czy gazem, które nie ponoszą takich kosztów środowiskowych ani nie zawsze muszą pokazywać je w rachunkach.
W regionie Brandenburgii, który był jednym z centrów wiatrakowych Niemiec, rynek przez lata rozwijał się dzięki zachętom państwowym — budowa farm, lokalne firmy, zatrudnienie i know-how stale rosły. Gdy zaś polityczne priorytety się zmieniają i subsydia maleją, koszty utrzymania, remontów i obsługi infrastruktury zaczynają dominować nad przychodami.
Realne przykłady z rynku pokazują, że obniżenie wsparcia może zahamować inwestycje. W Stanach Zjednoczonych usunięcie federalnych ulg podatkowych dla wiatraków doprowadziło do przerwania boomu instalacyjnego, gdy firmy ścigały się, by ukończyć projekty zanim ulgi wygasają, a po ich zakończeniu, rynek gwałtownie zwolnił.
Podobne zjawisko obserwujemy właśnie w Niemczech, gdzie część starszych turbin to farmy, które osiągnęły koniec okresu dotacji — i inwestorzy muszą teraz zastanowić się, czy kontynuować działalność na warunkach rynkowych, czy likwidować aktywa, których rentowność bez wsparcia, drastycznie spada.
Nie jest też przypadkiem, że w USA projekty takie jak Ocean Wind 1 planowane na wodach New Jersey zostały odwołane z powodów finansowych, w tym przez rosnące koszty i niepewność wsparcia przyszłego systemu wsparcia.
Gdy rządy decydują się ograniczać ulgi, pojawia się mechanizm „pułapki środków własnych”. Inwestorzy, którzy budowali projekty licząc na gwarancje cenowe czy kredytowe, nagle zostają wystawieni na pełne ryzyko rynku: zmienne ceny energii elektrycznej, koszty utrzymania i amortyzację instalacji. W praktyce oznacza to niższe zyski lub straty, brak środków na inwestycje w modernizację czy repowering oraz większe ryzyko bankructw w sektorze specjalistów i producentów komponentów. W takich warunkach nowe projekty stają się mniej atrakcyjne dla finansujących, a tempo rozwoju branży spada.
Ten sam mechanizm działa szutcznie napompowanej dotacjami branży samochodów elektrycznych. UE i wiele innych krajów wprowadziły zwolnienia podatkowe i dopłaty do zakupu, które rzecz jasna przyniosły sztuczne napompowanie popytu. Gdy premie spadają, a samochody elektryczne muszą konkurować z autami spalinowymi bez pomocy fiskalnej, następuje spadek popytu, przesunięcie decyzji zakupowych do segmentów tańszych aut spalinowych oraz niepewność co do wartości używanych pojazdów elektrycznych.
Brak dotacji działa na producentów EV tak samo jak na branżę wiatrakową: bez polityki wsparcia, popyt jest niewystarczający, by utrzymać tempo produkcji i inwestycji w infrastrukturę. Oczywiście nie można generalizować, że oba sektory upadną natychmiast. Koszty technologii wiatrakowej i elektrycznej realnie spadły w ciągu ostatnich lat, choć wciąż nie są w stanie knokurować z węglem, zwłaszcza w warunkach wolnego rynku.
Fakty są okrutne: na większości rynków to właśnie polityka publiczna — ulgi podatkowe, dopłaty czy gwarancje cenowe — była głównym stymulatorem inwestycji. Gdy te narzędzia znikają lub są wycofywane bez alternatywnej polityki rynkowej (np. systemów regulowanych cen, podatków węglowych czy mechanizmów rynku mocy), tempo rozwoju może znacząco spowolnić, a część projektów może stać się nieopłacalna bez wsparcia.
Branże oparte na odnawialnych źródłach oraz elektromobilności stoją dziś przed krytycznym wyborem: albo dopracują modele biznesowe niezależne od subsydiów, albo też staną się wrażliwe na polityczne wahnięcia w budżetowej polityce wsparcia.
NASZ KOMENTARZ: Wszystko wskazuje na to, że bez przychylnego środowiska regulacyjnego — stałych ulg i dopłat od zielonych komunistów — obie branże mogą doświadczyć gwałtownych zawirowań inwestycyjnych i upadku, nawet jeśli technologia sama w sobie staje się powoli tańsza i bardziej efektywna. Zyskuje bowiem na jakości zbyt wolno i nie jest w stanie konkurować na uczciwych zasadach z węglem i pojazdami spalinowymi.
Polecamy również: Tusk chce karać za znieważanie unijnej flagi
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




