Euro 7 czyli absurd, który zniszczy spalinówki

II Powojenna Konferencja Żydoznawcza GŁÓWNE WYDARZENIE MAGNA POLONIA II Powojenna Konferencja Żydoznawcza Program i szczegóły →

Norma Euro 7 to kolejny przykład tego, jak unijna ideologia klimatyczna uderza w zwykłych kierowców. Pod hasłami ochrony środowiska i walki z „płonącą planetą” zieloni komuniści z Brukseli dokładają producentom samochodów kolejne obowiązki, komplikują konstrukcję pojazdów i zwiększają koszty ich wytwarzania. Rachunek za tę politykę zapłaci oczywiście klient. Eurokraci mogą opowiadać o ratowaniu planety, ale to nie tylko oni będą musieli wyłożyć dodatkowe tysiące złotych na zakup samochodu czy setki złotych na naprawę kolejnego elektronicznego układu. Ich jednak na to stać. Zwykłych ludzi – niekoniecznie.

Euro 7, czyli zielony absurd, który zniszczy spalinówki. Rozporządzenie UE 2024/1257, ustanawiające normę Euro 7, będzie wdrażane etapami. Od 29 listopada 2026 roku nowe wymagania obejmą nowe typy samochodów osobowych i dostawczych, a od 29 listopada 2027 roku wszystkie nowe pojazdy tych kategorii. W przypadku ciężarówek i autobusów przewidziano późniejsze terminy. Obecni właściciele samochodów nie będą musieli automatycznie wymieniać swoich pojazdów, ale nowe regulacje wpłyną na rynek nowych aut.

Paradoks polega na tym, że ostateczna wersja Euro 7 jest łagodniejsza od pierwotnego projektu Komisji Europejskiej. Limity emisji spalin dla samochodów osobowych w dużej mierze utrzymano na poziomie Euro 6, jednak rozszerzono wymagania dotyczące trwałości układów oczyszczania spalin, monitorowania emisji i zanieczyszczeń pochodzących z innych części pojazdu. Nawet po złagodzeniu projektu pozostaje pytanie: czy kolejne komplikowanie samochodów rzeczywiście przyniesie korzyści proporcjonalne do kosztów?

Producenci mają stosować elektrycznie podgrzewane katalizatory, bardziej rozbudowane układy SCR, dodatkowe czujniki czy instalacje elektryczne 48 V, aby spełnić wymagania w określonych warunkach eksploatacji. Nie oznacza to, że każdy samochód będzie musiał otrzymać wszystkie te rozwiązania. Niestety, kierunek jest oczywisty: konstrukcje stają się coraz bardziej skomplikowane, a ich produkcja i serwisowanie mogą być coraz droższe. W przypadku awarii rachunek poniesie kierowca, który często nie ma żadnego wpływu na techniczne fanaberie narzucane przez regulatorów.

Szczególnie absurdalnie brzmi pomysł ograniczania pyłu powstającego podczas hamowania. Unijni urzędnicy uznali, że walka z emisjami musi objąć nie tylko spaliny, lecz także cząstki powstające wskutek ścierania klocków i tarcz hamulcowych. Producenci mają więc opracowywać nowe materiały cierne, zmieniać konstrukcję układów hamulcowych, a w niektórych rozwiązaniach stosować specjalne urządzenia wychwytujące pył, przypominające niewielkie odkurzacze zamontowane przy kołach.

Trudno o lepszy symbol biurokratycznego absurdu. Samochód, który ma przede wszystkim sprawnie i bezpiecznie przewozić ludzi, staje się polem eksperymentów regulacyjnych. Zamiast pozostawić producentom swobodę opracowywania trwałych i ekonomicznych rozwiązań, urzędnicy tworzą kolejne normy, które trzeba spełnić za wszelką cenę. Każdy dodatkowy element to potencjalne koszty produkcji, serwisowania i wymiany. Nawet jeśli nie wszyscy producenci zdecydują się na montaż takich urządzeń, sam obowiązek spełnienia limitów wymusi zmiany technologiczne.

Trzeba przy tym zaznaczyć, że Euro 7 nie nakazuje wszystkim producentom instalowania odkurzaczy przy tarczach hamulcowych. Przepisy określają limity emisji cząstek, pozostawiając wybór metod ich ograniczania. Możliwe jest zastosowanie innych materiałów klocków i tarcz czy szersze wykorzystanie hamowania rekuperacyjnego w pojazdach zelektryfikowanych. Nie zmienia to jednak istoty problemu: kolejne wymaganie oznacza dodatkowe obciążenie konstruktorów i presję kosztową, która ostatecznie trafi do do nowych cenników w salonach z autami.

Podobna historia dotyczy opon. Ich ścieranie również staje się przedmiotem regulacji, co może wymusić zmiany w składzie mieszanek gumowych i konstrukcji ogumienia. Pytanie brzmi, jak te rozwiązania wpłyną na cenę, trwałość i właściwości opon. Ostatecznie kierowca będzie oczekiwał przede wszystkim bezpieczeństwa, przyczepności i rozsądnej ceny, a nie kolejnych certyfikatów wymyślonych w brukselskich gabinetach.

Kontrowersje budzą również systemy pokładowego monitorowania emisji, określane skrótem OBM. Samochody będą skuteczniej kontrolować działanie układów ograniczania zanieczyszczeń, a przepisy obejmują także trwałość baterii trakcyjnych. Nie oznacza to automatycznie całodobowego śledzenia kierowcy przez policję, ale rodzi pytania o zakres gromadzonych danych, dostęp do nich i ich wykorzystanie. Im więcej elektroniki i systemów diagnostycznych, tym większe znaczenie ma przejrzystość zasad oraz ochrona prywatności użytkowników.

Wśród pomysłów eurokomunistów pojawia się także tzw. geofencing, czyli rozpoznawanie przez pojazd określonych obszarów geograficznych i możliwość dostosowania jego pracy do lokalizacji. Nie jest jednak prawdą, że Euro 7 nakazuje każdemu samochodowi montaż takiego systemu czy automatyczne przełączanie wszystkich hybryd na napęd elektryczny w strefach czystego transportu. Warto odróżniać rzeczywiste obowiązki wynikające z rozporządzenia od rozwiązań technologicznych rozwijanych przez producentów.

Największym problemem pozostaje cena. Każda nowa technologia wymaga badań, testów, homologacji i późniejszego serwisowania. Wzrost kosztów szczególnie mocno może uderzyć w segment małych samochodów, gdzie marże są ograniczone, a klienci wyjątkowo wrażliwi na podwyżki. Producenci mogą zrezygnować z niektórych modeli albo podnieść ceny. W rezultacie zwykły Europejczyk może zostać zmuszony do dłuższego użytkowania starego auta, ponieważ na nowe nie będzie go stać.

NASZ KOMENTARZ: Kolejne unijne regulacje mają w teorii poprawiać jakość środowiska, ale ich ekonomiczne konsekwencje w praktyce utrudniają wymianę starszych pojazdów na nowsze. Euro 7 dokłada kolejną cegiełkę do procesu coraz droższej i bardziej skomplikowanej motoryzacji. Eurokraci powinni sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy walka o czystsze powietrze musi oznaczać samochody dostępne tylko dla najbogatszych? My z kolei odpowiedzmy sobbie na inne pytanie: czy przypadkiem nie o to głównie chodzi – by samochód był na powrót dobrem luksusowym, jak przed II Wojną Światową?

Polecamy również: Rząd uderza w aktywistów wspierających wojnę hybrydową

MAGNA POLONIA NA E-MAIL Nie przegap najważniejszych tekstów.

Najważniejsze publikacje, nowe wydania i informacje o naszych działaniach bezpośrednio na Twoją skrzynkę.

FUNDACJA MAGNA POLONIA

Magna Polonia istnieje dzięki Czytelnikom.

Jeśli ten tekst był dla Ciebie wartościowy, pomóż nam finansować portal, wydawanie książek, działalność kulturalną i kolejne projekty Fundacji.

7 143 zł39%
Cel: 18 200 zł · brakuje 11 057 zł
Zobacz darczyńców tego miesiąca →
POLECAMY Kancelaria Litwin Potrzebujesz wsparcia prawnego? Sprawdź ofertę kancelarii, którą polecamy naszym Czytelnikom. Przejdź do strony →