Nowy rok szkolny dopiero się rozpoczął, a wraz z nim wracają pytania o kierunek, w którym zmierza polska oświata. Zmiany w programach nauczania, spory wokół edukacji zdrowotnej, ograniczanie znaczenia historii i religii – wszystko to składa się na obraz szkoły, która coraz mocniej ma nie tylko uczyć, ale również wtłaczać do głów młodego pokolenia lewicową propagandę.
Jednym z najnowszych elementów indoktrynacji dzieci jest tzw. dieta planetarna. Od 1 września obowiązują nowe zasady żywienia w szkołach i przedszkolach. Wśród ich założeń znalazło się zwiększenie udziału warzyw, owoców, produktów pełnoziarnistych i roślin strączkowych oraz ograniczenie częstotliwości podawania mięsa. Co najmniej raz w tygodniu w ramach obiadu ma pojawić się potrawa na bazie roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych.
Oficjalnie chodzi o zdrowie dzieci i ochronę środowiska. Problem w tym, że sama nazwa „dieta planetarna” pokazuje, że nie chodzi wyłącznie o zdrowie konkretnego ucznia. Jej założenia obejmują również ograniczanie wpływu produkcji żywności na klimat. I właśnie tutaj pojawia się pytanie: czy szkolna stołówka powinna być kolejnym miejscem realizowania odgórnie wyznaczonych celów klimatycznych?
Nie ma nic złego w zachęcaniu dzieci do jedzenia warzyw, owoców czy roślin strączkowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy ograniczanie produktów pochodzenia zwierzęcego zostaje przedstawione jako element koniecznej transformacji żywienia, a rodzice stracili wpływ na to, co trafia na talerze ich dzieci na szkolnych stołówkach. Tym bardziej że organizm dziecka nie jest organizmem dorosłego człowieka. W okresie intensywnego wzrostu potrzebuje odpowiedniej ilości białka, wapnia, jodu, żelaza oraz witamin. Dlatego wszelkie eksperymenty dotyczące żywienia najmłodszych powinny być prowadzone z ostrożnością.
Co ciekawe, Barbara Nowak powołuje się na wyniki badań naukowców z Hiszpanii, w których odnotowano związek większego przestrzegania klasycznego wskaźnika diety planetarnej z niższym spożyciem m.in. witaminy B12, wapnia i jodu. W ten sposób dziecko żywione zgodnie z zasadami diety planetarnej będzie cierpiało na niedobory tych składników. Temat wymaga zatem co najmniej poważnej debaty, a nie bezrefleksyjnego zachwytu nad rewolucyjnymi hasłami o „ratowaniu planety”.
Warto również pamiętać, że mięso, ryby, jaja i nabiał dostarczają składników ważnych w diecie dzieci. Nie oznacza to, że dziecko powinno jeść mięso codziennie ani że warzywa są zbędne. Chodzi o rozsądne proporcje i zapewnienie pełnowartościowego jadłospisu, a nie o podporządkowanie żywienia dzieci jedynie słusznej ideologii.
Jest też kwestia najbardziej prozaiczna, ale zarazem kluczowa: czy dzieci chcą takie posiłki jeść? Ze szkół dochodzą głosy, że część uczniów nie akceptuje niektórych dań przygotowywanych według nowych zasad i oddaje pełne talerze. Jeżeli okaże się, że zjawisko jest powszechne, będzie to oznaczało nie tylko problem wychowawczy czy organizacyjny, ale również marnowanie żywności i pieniędzy. Nawet najlepiej skonstruowany jadłospis nie spełnia swojej funkcji, jeżeli dziecko go nie zje.
Dieta planetarna jest więc kolejnym przykładem ideologizowania polskiej szkoły. Coraz częściej okazuje się, że jej podstawowym zadaniem nie ma być przekazywanie wiedzy i uczenie samodzielnego, krytycznego myślenia, ale raczej formowanie dzieci zgodnie z określonymi założeniami dotyczącymi klimatu, zdrowia i liberalno-lewicowego stylu życia.
Te same zarzuty można postawić w odniesieniu do innych zmian wprowadzanych przez resort edukacji kierowany przez Barbarę Nowacką. Polacy wskazują na systematyczne ograniczanie kanonu lektur i wiedzy historycznej, wprowadzanie kontrowersyjnych treści w ramach edukacji zdrowotnej oraz redukcję znaczenia religii w szkole.
W Częstochowie trwa protest głodowy „W obronie polskich dzieci przed demoralizacją i wynarodowieniem”. Jego inicjator Jan Karandziej był działaczem opozycji antykomunistycznej i uczestnikiem wydarzeń związanych ze strajkami w 1980 roku. Do protestu dołączył Stanisław Oroń. Protestujący alarmują, że zmiany w polskiej szkole dotyczą nie tylko programów nauczania, ale również wartości i tożsamości przekazywanych kolejnemu pokoleniu.
Polska szkoła powinna przede wszystkim uczyć, a szkolna stołówka nakarmić dziecko pełnowartościowym posiłkiem. Rodzice z kolei powinni mieć prawo pytać, dlaczego ich dzieci mają jeść według określonego modelu i jakie są rzeczywiste skutki jego wprowadzenia. Niestety, coraz częściej okazuje się, że pod przykrywką edukacji narodowej odbywają się eksperymenty ideologiczne na najbardziej bezbronnych – naszych dzieciach. Jest to ze wszech miar obrzydliwe, ale właśnie tak działa lewica – zabiera się na najsłabszych, najmniej świadomych zagrożenia.
Polecamy również: Ukraiński przekręt na darowiźnie od warszawskiego metra
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




