Polska Wiadomości

Bambinizm kontra wieś. Wojna o konie pod Morskim Okiem

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!

Wczorajsza lewacka pikieta na Palenicy Białczańskiej po raz kolejny pokazała, jak bardzo spór o transport konny do Morskiego Oka przestał być dyskusją o rzeczywistym dobrostanie zwierząt, a stał się elementem ideologicznej walki z wykorzystywaniem zwierząt do pracy. Organizatorzy protestu, wśród których znalazły się ruch społeczny „Dla Zwierząt” oraz Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt, domagają się całkowitego zakończenia przewozów konnych. Co szczególnie znamienne, jedna z aktywistek miała wprost stwierdzić, że nie interesują jej badania koni ani opinie weterynarzy.

Bambinizm ponownie atakuje polską wieś i korzysta w tym z typowo miejskiej ignorancji. Jeżeli ktoś chce rozstrzygać, czy zwierzę jest przeciążone, cierpi albo jest niewłaściwie traktowane, powinien opierać się przede wszystkim na wiedzy weterynaryjnej, badaniach fizjologicznych i doświadczeniu osób, które zawodowo zajmują się końmi. Tymczasem w przypadku lewackich aktywistów kolejność wydaje się być odwrotna: najpierw pojawia się przekonanie ideologiczne, a dopiero później poszukuje się argumentów, które mają je uzasadnić.

W przypadku Morskiego Oka problem jest tym bardziej wyrazisty, że praca koni odbywa się w systemie objętym konkretnymi regulacjami. Wszystkie konie dopuszczane do pracy przechodzą coroczne badania weterynaryjno-hipologiczne, w tym badania ortopedyczne. W 2026 roku badań nie przeszły dwa spośród 282 koni. Regulamin Tatrzańskiego Parku Narodowego ogranicza również liczbę kursów jednego konia do dwóch dziennie, przewiduje obowiązkowe przerwy oraz ogranicza liczbę pasażerów na wozie do dziesięciu.

Co więcej, przedstawiciele medycyny koni cytowani przez PAP zwracali uwagę, że samo spojrzenie na konia po wysiłku nie pozwala stwierdzić, czy doszło do jego przeciążenia. Do oceny rzeczywistego stanu organizmu potrzebne są badania oraz analiza tego, jak szybko parametry fizjologiczne zwierzęcia wracają do normy. W prowadzonych przez ekspertów badaniach nie stwierdzono zmian wskazujących na uszkodzenia mięśni, odwodnienie czy zaburzenia metaboliczne świadczące o przeciążeniu koni w obowiązującym systemie pracy na trasie do Morskiego Oka.

Tego rodzaju akcje bardzo często wyrastają z charakterystycznego dla części wielkomiejskich środowisk przekonania, że rzeczywistość można urządzić według prostych, abstrakcyjnych zasad: zwierzę nie powinno pracować, człowiek nie powinien ingerować w naturę, a każda forma wykorzystywania zwierzęcia do ludzkiej pracy jest z definicji podejrzana.

Problem zaczyna się wtedy, gdy osoby wychowane w zupełnie innych warunkach próbują za pomocą tych prostych zasad opisywać życie ludzi, którzy ze zwierzętami mają kontakt nie w ramach weekendowej wizyty w gospodarstwie agroturystycznym, lecz przez całe życie.

Wieś bardzo szybko weryfikuje takie wyobrażenia. Wystarczy, że mieszkaniec dużego miasta przeprowadzi się na wieś, kupi kawałek ziemi i postanowi założyć sobie własny ogród. Posadzi warzywa, przygotuje grządki, posieje rośliny i będzie przekonany, że natura będzie wyglądała dokładnie tak, jak na obrazku z poradnika ekologicznego. Po czym przyjdzie noc i przez ogrodzenie przejdą dziki. Innym razem pojawią się jelenie, sarny albo inne zwierzęta, które zniszczą uprawy, nad którymi człowiek pracował przez wiele tygodni. I wtedy często następuje bardzo szybkie zderzenie z rzeczywistością.

Nagle okazuje się, że natura nie jest sympatycznym obrazkiem z mediów społecznościowych. Dziki nie pytają właściciela grządki o zgodę na wejście, jeleń nie rozumie, że właśnie zainwestowaliśmy kilkaset złotych w sadzonki, a sarna nie respektuje naszego przekonania, że wszystkie zwierzęta powinny mieć możliwość swobodnego korzystania z naszego ogródka.

Człowiek mieszkający na wsi musi więc nauczyć się rzeczy, których mieszkaniec wielkiego miasta nawet nie dostrzega: zwierzęta mają swoje potrzeby, instynkty i zachowania, gospodarka rolna wymaga ochrony upraw, hodowla oznacza codzienną pracę, a opieka nad zwierzęciem nie sprowadza się do głaskania go i zapewniania mu wygodnego życia.

To właśnie dlatego tak łatwo pomylić autentyczną troskę o zwierzęta z tzw. bambinizmem. Prawdziwa troska wymaga wiedzy o biologii zwierzęcia, jego fizjologii, potrzebach żywieniowych, zachowaniu i możliwościach wysiłkowych. Wymaga także zaakceptowania faktu, że zwierzęta gospodarskie od tysięcy lat żyją w relacji z człowiekiem, która obejmuje również pracę.

Koń pracujący nie musi być automatycznie koniem krzywdzonym. Tak samo pies myśliwski nie musi być ofiarą dlatego, że wykonuje zadania, do których został wyhodowany. Pies pasterski może pracować przy stadzie, a koń może ciągnąć wóz. Kluczowe pytanie brzmi nie „czy zwierzę wykonuje pracę?”, lecz „czy praca odbywa się w warunkach zapewniających zwierzęciu dobrostan?”.

I właśnie dlatego tak istotne są badania weterynaryjne, normy obciążenia, przerwy, odpowiednie żywienie, kondycja zwierzęcia i kontrola jego stanu zdrowia. Tymczasem odrzucenie z góry badań i opinii lekarzy powoduje, że dyskusja przestaje być dyskusją o dobrostanie zwierząt, a staje się dyskusją o ideologicznym zakazie pracy zwierząt.

W przypadku Morskiego Oka dodatkowo mamy do czynienia z konkretnym systemem regulacji oraz wieloletnią debatą, w ramach której wprowadzono także alternatywny transport elektryczny. TPN planuje nawet zakup kolejnych pojazdów elektrycznych.

Można oczywiście dyskutować, czy taki model transportu powinien zostać zachowany, zmieniony albo całkowicie zastąpiony innym rozwiązaniem. Można krytykować poszczególne przypadki niewłaściwego traktowania zwierząt i domagać się kontroli. To wszystko są uzasadnione elementy debaty publicznej. Nie można jednak zastępować tej debaty prostym założeniem, że skoro koń pracuje, to z definicji dzieje mu się krzywda.

Paradoks polega na tym, że ludzie rzeczywiście żyjący blisko natury zazwyczaj znacznie lepiej wiedzą, czym ona jest. Wiedzą, że jest piękna, ale jednocześnie bezwzględna. Wiedzą, że zwierzę może być jednocześnie pożyteczne, potrzebne i wymagające opieki, ale też szkodliwe i niebezpieczne. Wiedzą również, że odpowiedzialność człowieka za zwierzę nie oznacza konieczności traktowania go jak człowieka.

Czasami wystarczy jedna zniszczona przez dziki grządka, kilka zjedzonych przez jelenie drzewek albo pierwsza zima na własnym gospodarstwie, aby człowiek bardzo szybko zrozumiał, że natura nie działa według zasad wymyślonych przy biurku Włodzimierza Ilicza Lenina, czy innej Grety Thunberg.

Polecamy również: Bohater Czerwonego Krzyża oskarżony o zabójstwo

Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!