Pod Kijowem doszło do wydarzeń, które powinny na całym świecie wywołać poważne pytania o metody działania ukraińskich władz i stan przestrzegania praw człowieka przez klikę Wołodymyra Zełenskiego. W miejscowości Pietropawłowska Borszahiwka odkryto budynek, w którym przetrzymywano ludzi kierowanych do ukraińskiej Gwardii Narodowej. Kiedy mieszkańcy dowiedzieli się, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, przed obiektem wybuchły gwałtowne protesty.
Ukraina to brutalny reżim wojskowy, w którym poborowy jest tylko kawałkiem mięsa. Według relacji medialnych w budynku pod Kijowem przebywali ludzie stawiający twardy opór podczas ulicznych łapanek, a także pochwyceni dezerterzy. Nie był to jednak zwykły punkt zakwaterowania żołnierzy, lecz miejsce faktycznego pozbawienia wolności, funkcjonujące poza standardowymi procedurami. Szczególnie niepokojące okazały się informacje o stanie zdrowia przetrzymywanych. Z obiektu ewakuowano cztery osoby, które trafiły do szpitala. Jedna z nich doznała złamania kręgosłupa.
To właśnie doniesienia o obrażeniach i podejrzeniach stosowania przemocy doprowadziły do eksplozji społecznego gniewu. Mieszkańcy zgromadzili się przed budynkiem, a część protestujących próbowała dostać się do środka. Interweniowały policja i służby, użyto gazu łzawiącego, a podczas starć padły strzały z broni palnej. Obraz, jaki wyłania się z tych wydarzeń, jest daleki od propagandowej opowieści o państwie zjednoczonym w obronie ojczyzny.
Szczególnie kompromitujący dla ukraińskich władz jest fakt, że z budynkiem powiązani byli żołnierze 1. Korpusu Gwardii Narodowej „Azow”. Sama formacja potwierdziła związek z obiektem, tłumacząc, że przetrzymywano tam „żołnierzy zatrzymanych z powodów dyscyplinarnych”. Przyznała również, że część z nich miała obrażenia i została skierowana na badania lekarskie. Zapowiedziano, że jeśli zostanie potwierdzone nielegalne stosowanie przemocy, sprawcy poniosą odpowiedzialność.
Takie deklaracje brzmią jednak wyjątkowo mało przekonująco w sytuacji, w której dopiero protest mieszkańców doprowadził do ujawnienia tego, co działo się za murami budynku. Czy gdyby nie determinacja lokalnej społeczności, ktokolwiek zainteresowałby się losem przetrzymywanych tam ludzi? I jak długo podobne miejsca mogłyby funkcjonować bez wiedzy opinii publicznej?
Na miejscu pojawił się słynny Kyryło Budanow, szef Biura Prezydenta Ukrainy (znany z haseł o wybraństwie narodu ukraińskiego) który miał osobiście wyjaśniać sytuację. Według relacji w budynku znaleziono m.in. czternastoletniego chłopca, będącego ofiarą gwałtu ze strony azowców. To kolejna okoliczność wymagająca szczegółowego wyjaśnienia.
Dowódca Gwardii Narodowej Ołeksandr Piwnenko przekonywał, że nie dochodziło tam do tortur, a budynek stanowił tymczasowy punkt rozmieszczenia jednostki. Tłumaczył również, że ogromny rozrost armii sprawia, iż wiele jednostek nie dysponuje odpowiednią infrastrukturą. Tyle że problemy organizacyjne nie usprawiedliwiają przetrzymywania ludzi w warunkach budzących tak poważne zastrzeżenia, a także stosowanie tortur. Nie można zasłaniać się wojną, niedostatkiem budynków ani dyscypliną wojskową, kiedy pojawiają się informacje o maltretowaniu ludzi i pozbawianiu ich wolności.
Wydarzenia pod Kijowem należy rozpatrywać w szerszym kontekście ukraińskiej mobilizacji. Od wielu miesięcy docierają informacje o brutalnych działaniach pracowników centrów terytorialnych uzupełnień, czyli TCC. W mediach społecznościowych regularnie pojawiają się nagrania przedstawiające zatrzymywanie mężczyzn na ulicach, siłowe przewożenie ich do ośrodków werbunkowych i konflikty z mieszkańcami. Nie jest tajemnicą, że część Ukraińców za wszelką cenę próbuje uniknąć wcielenia do armii. W takich warunkach granica między administracyjnym obowiązkiem a zwykłym przymusem staje się coraz bardziej płynna.
Ukraińskie państwo bardzo chętnie przedstawia się zagranicznej opinii publicznej jako obrońca europejskich wartości i dyzmokracji. Tymczasem pod hasłem obrony ojczyzny buduje iście sowiecki aparat przemocy wobec własnych obywateli. Według kliki Zełenskiego mundur i wojenne okoliczności automatycznie zwalniają funkcjonariuszy z odpowiedzialności za brutalność.
Sprawa spod Kijowa powinna zostać dokładnie zbadana, a odpowiedzialni za tortury i bezprawne przetrzymywanie ludzi muszą ponieść konsekwencje. Nie wystarczy kolejna zapowiedź wewnętrznego postępowania ani uspokajające komunikaty dowódców. Potrzebne są konkretne ustalenia, jawność i odpowiedzialność osób stojących za funkcjonowaniem tego miejsca. Niestety, doskonale wiemy jak to wygląda na Ukrainie. Najpewniej sprawa skończy się tak, że postępowanie karne zostanie umorzone, gdy medialna wrzawa nad tematem przycichnie, a naziści z Azowa po prostu przeniosą swoją katownię do innego, lepszego miejsca.
Polecamy również: Niemcy w ogniu! Protesty przejęli imigranci





