W ramach kolejnej odsłony swojej wesołej twórczości, tudzież mnożenia etatów dla pociotków, rząd warszawski chce powołać „Centrum Walki z Dezinformacją”. Projekt zarządzenia przygotowany przez Ministerstwo Cyfryzacji zakłada utworzenie struktury, która ma koordynować działania państwa w zakresie przeciwdziałania dezinformacji. W jej pracach mają uczestniczyć przedstawiciele ministerstw, służb, policji, prokuratury oraz NASK. Wszystko brzmi niezwykle poważnie. Jest tylko jeden drobny problem: podobne zadania już wykonuje NASK.
Tusk znów kombinuje w celu ocenzurowania Internetu, a dodatkowo dubluje już istniejące instytucje. Ministerstwu Cyfryzacji już dziś podlega przecież Ośrodek Analizy Dezinformacji. Istnieje również Połączone Centrum Operacyjne Walki z Dezinformacją. Są eksperci, analitycy i urzędnicy zajmujący się tym, aby Polacy nie dali się nabrać na fałszywe informacje. Mimo, że w teorii mamy już instytucje zajmujące się dezinformacją, uznał, że potrzebna jest kolejna. Być może następny krok stanowić będzie Ministerstwo Prawidłowego Myślenia, a potem Centralny Urząd ds. Koordynacji Ministerstwa Prawidłowego Myślenia.
Sam pomysł walki z rzeczywistą dezinformacją nie jest oczywiście absurdalny. Izrael, Niemcy, Rosja, Ukraina, UE, globaliści oraz ich agenci w Polsce prowadzą przeciwko nam liczne operacje wpływu. W Internecie pojawiają się fałszywe informacje, manipulacje i spreparowane materiały. Państwo ma prawo się przed tym bronić. Problem zaczyna się wtedy, gdy pojęcie „dezinformacji” zostaje rozszerzone tak bardzo, że zaczyna obejmować nie tylko fałszywe informacje, lecz także poglądy i interpretacje, z którymi autorzy państwowych analiz się nie zgadzają.
I właśnie tutaj działalność NASK powinna skłaniać do szczególnej ostrożności. Przypomnijmy, że swego czasu opublikował materiał dotyczący genderyzmu. Wśród twierdzeń zakwalifikowanych jako „dezinformacja” znalazło się między innymi zdanie: „Istnieją tylko dwie płcie”. Można oczywiście dyskutować o biologii i cechach płci oraz można mieć różne poglądy na kwestie społeczne i prawne ich dotyczące. Pytanie brzmi jednak: czy państwowa instytucja powołana do walki z dezinformacją powinna siać antynaukową dezinformację?
Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, otwiera się przed nami niezwykle szerokie pole do działania. Ktoś krytykuje politykę rządu wobec Ukrainy – czy jest to jeszcze zwykła krytyka, czy już „prorosyjska narracja”? Ktoś sprzeciwia się skrajnie lewicowej, unijnej polityce migracyjnej – czy wyraża pogląd, czy rozpowszechnia „ksenofobiczną” „dezinformację”? Ktoś krytykuje postulaty środowisk dewiacyjnych – czy prowadzi spór światopoglądowy, czy może szerzy „homofobię”? Ktoś krytykuje politykę Izraela – czy komentuje działania państwa i jego obywateli, czy zaraz zostanie oskarżony o „antysemityzm”?
Kiedy państwowa instytucja zaczyna łączyć krytykę danych zachowań i wydarzeń je z kategorią „dezinformacji”, granica pomiędzy sprawdzaniem faktów a kontrolowaniem debaty publicznej może stać się bardzo cienka. W ten właśnie sposób może dojść do zbudowania systemu totalitarnego, który kontroluje sposób w jaki myślą obywatele.
W rzeczywistości państwo oczywiście powinno mieć możliwość wykrywania fałszywych informacji, zagranicznych operacji wpływu i kampanii manipulacyjnych. Nie oznacza to jednak, że krytyka rządu, polityki zagranicznej, lewicowych rozwiązań społecznych, czy wskazywanie na proste fakty biologiczne automatycznie staje się dezinformacją. W wolnym państwie człowiek ma prawo się mylić, mieć poglądy niepopularne, krytykować władzę, formułować oceny, z którymi urzędnik się nie zgadza a przede wszystkim powinien mieć prawo do mówienia prawdy.
Co więcej, nadmierne rozszerzenie pojęcia dezinformacji może przynieść skutek odwrotny do zamierzonego. Jeżeli ludzie zaczną widzieć, że pod hasłem walki z fałszem państwowe instytucje klasyfikują jako fałsz twierdzenia prawdziwe oraz określone poglądy w sporach politycznych i światopoglądowych, przestaną ufać całemu systemowi. Wtedy prawdziwa dezinformacja będzie miała jeszcze łatwiejsze zadanie.
Jeżeli dezinformacją zacznie być każda niewygodna opinia dotycząca Ukrainy, migracji, genderyzmu, sodomitów, Ukraińców czy Żydów, okaże się, że największym zagrożeniem dla III RP okaże się nie rosyjski agent, lecz jej obywatel, który śmie mieć własne zdanie. Wtedy pozostanie już tylko powołać Ministerstwo Prawdy z Departamentem ds. Prawidłowego Myślenia. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś wcześniej sprawdzi, czy pomysł jego powołania nie jest przypadkiem… dezinformacją.
Polecamy również: Wiech pod lupą. OSW ujawnia plagiat w doktoracie
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




