Profesor Julian Auleytner, twórca koncepcji programu 500+, stwierdził w rozmowie z Money.pl, że sytuacja demograficzna Polski będzie się pogarszać, a powrót do dodatniego przyrostu naturalnego w dającym się przewidzieć czasie uważa za nierealny. Jako najważniejszy sposób łagodzenia skutków kryzysu wskazał imigrację. Jednocześnie przyznał, że 500+ nie rozwiązało problemu dzietności. Dodatkowo podał całkowicie błędne przyczyny kryzysu demograficznego, czym dowiódł, że jest tego samego pokroju specjalistą co Barbara Mróz-Gorgoń.
Twórca 500+ nie wierzy już w swój program. To wyjątkowo znamienne, gdyż słynny zasiłek wprowadzony przez PiS, przez wiele lat przedstawiano jako jeden z najważniejszych instrumentów polityki pronatalistycznej. Można oczywiście powiedzieć, że 500+ poprawiło sytuację materialną wielu rodzin. Nie zmienia to jednak faktu, że jako lekarstwo na katastrofę demograficzną poniosło porażkę.
Rządy PiS przez lata przekonywały Polaków, że wystarczy transfer pieniędzy, aby odwrócić trend wymierania. Tymczasem teraz sam twórca programu mówi, że dodatni przyrost naturalny jest nierealny. W skrócie: mamy prawo dziś mówić o swoistym demograficznym oszustwie. Nie w tym sensie, że samo świadczenie było bezwartościowe, lecz w tym, że społeczeństwu sprzedano iluzję, iż problem kulturowy i cywilizacyjny można rozwiązać przelewem z budżetu.
Jeszcze bardziej kontrowersyjna jest diagnoza przedstawiona przez Auleytnera. Jako przyczynę kryzysu wskazuje on na „klimat” małych miejscowości, przemoc w rodzinach i inne patologie, twierdząc, że właśnie tam zapadają decyzje dotyczące demografii.
Przemoc i patologie oczywiście istnieją i nie wolno ich bagatelizować. Robienie z nich jednak głównego wyjaśnienia polskiej katastrofy demograficznej jest dalece niewystarczające. Kryzys dzietności jest zjawiskiem ogólnoeuropejskim i dotyczy zarówno wsi, małych miejscowości, jak i największych metropolii. Sam Auleytner przyznaje zresztą, że jest to szerszy trend cywilizacyjny występujący w całej Europie.
Prawdziwego problemu należy szukać znacznie głębiej — w zmianie modelu życia i systemu wartości. Jest to zatem głównie kryzys kultury. W mojej ocenie jednym z najważniejszych czynników jest triumf ideologii indywidualizmu: feminizmu i jego radykalnejgo, antyrodzinnego jądra ideolwego, hedonizmu, konsumpcjonizmu i kultury nieustannej samorealizacji kosztem życia rodzinnego i prokreacji.
Przez lata macierzyństwo i rodzina były przedstawiane w mediach głównego nurtu jako ograniczenie wolności, przeszkoda w karierze albo koszt, który trzeba dokładnie skalkulować. Jednocześnie kultura masowa coraz częściej promowała przekaz, w którym najważniejsze są niezależność, kariera, przyjemność, konsumpcja i realizowanie własnych potrzeb. Nie chodzi o odbieranie kobietom prawa do pracy czy ambicji zawodowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy macierzyństwo przedstawia się jako coś gorszego od kariery, a tradycyjne role rodzinne jako przejaw wręcz zacofania, średniowiecza i niewolniczego „patriarchatu”.
Do tego dochodzi sztucznie podsycany konflikt między kobietami i mężczyznami. Media głównego nurtu i popkultura coraz częściej przedstawiają relacje między płciami jako walkę interesów. Kobieta ma być niezależna od mężczyzny i się samorealizować, mężczyzna zaś coraz częściej jest przedstawiany jako problem, zagrożenie albo niedojrzały egoista. Równolegle część przekazu skierowanego do mężczyzn odpowiada tym samym — nieufnością wobec kobiet i przekonaniem, że rodzina oznacza utratę wolności. Taki model kulturowy w oczywisty sposób odstręcza od tworzeniu trwałych związków, małżeństw i rodzin.
Nie można też pomijać zmiany stosunku do nienarodzonego życia. Aborcja nie wyjaśnia oczywiście całego kryzysu demograficznego, ale jest elementem szerszej zmiany kulturowej, w której dziecko coraz częściej przedstawiane jest jako problem do rozwiązania, a nie jako naturalny cel i wartość życia rodzinnego. Szczytem tego myślenia są ostatnie pikiety wsparcia oszalałych feministek dla zbrodniarki, która w okrutny sposób zamordowała trójkę własnych dzieci.
Najbardziej niebezpieczna w wypowiedzi profesora Auleytnera jest jednak propozycja, by skutki kryzysu rekompensować… masową imigracją. Owszem, migracja może chwilowo zwiększyć liczbę mieszkańców i uzupełniać braki taniej siły roboczej w zagranicznych koncernach i u polskojęzycznych januszy biznesu. Nie rozwiązuje jednak przyczyny problemu: niskiej dzietności własnego społeczeństwa. Jeżeli Polacy będą mieli coraz mniej dzieci, a brakujące pokolenia będą zastępowane ludnością napływową, nie będzie to rozwiązanie kryzysu demograficznego, lecz jego maskowanie.
Co więcej, doświadczenia państw Europy Zachodniej pokazują, że masowa imigracja generuje jeszcze większe problemy niż starszenie i wymieranie społeczeństwa: napięcia kulturowe, spadek bezpieczeństwa na ulicach, brutalną przestępczość, presję na mieszkalnictwo i usługi publiczne oraz problemy ze spójnością społeczną. Co więcej, imigranci również się starzeją. Jeżeli więc źródłem problemu pozostaje niska dzietność, stałe uzupełnianie braków kolejnymi falami migracji (zwykle samych mężczyzn, którzy wbrew narracji dewiacyjnej nie rodzą dzieci) oznaczałoby konieczność nieustannego importowania ludności.
To nie jest polityka demograficzna. To polityka zarządzania skutkami wymierania i wypierania Polaków przez kolorowe ludy trzeciego świata.
500+ nie było całkowicie bezsensowne. Pomogło wielu rodzinom i mogło krótkookresowo zwiększyć liczbę urodzeń. Nie można jednak mylić ograniczonego efektu programu z rozwiązaniem problemu. Demografia nie zależy bowiem wyłącznie od wysokości świadczenia. Zależy także od tego, czy młodzi ludzie chcą zakładać rodziny, czy ufają sobie nawzajem, czy postrzegają rodzicielstwo jako wartość i czy kultura zachęca ich do posiadania dzieci.
Dlatego Polska potrzebuje nie kolejnego „plus”, lecz poważnej polityki rodzinnej połączonej ze zmianą kultury. Trzeba ułatwiać młodym ludziom mieszkanie, pracę i wychowywanie dzieci, ale równocześnie odbudować prestiż małżeństwa, macierzyństwa, ojcostwa i wielopokoleniowej rodziny. To ostatnie zaś nie może nastąpić inaczej jak poprzez zakaz i wręcz penalizację lewicowej propagandy feministycznej, antyrodzinnej i proaborcyjnej.
Bo jeżeli społeczeństwu przez lata mówi się: żyj dla siebie, konsumuj, realizuj się, unikaj zobowiązań, traktuj drugą płeć jak konkurenta, a dzieci jako ograniczenie i zagrożenie dla „płonącej planety”, nie można później oczekiwać, że kolejne 800 czy 1000 złotych miesięcznie nagle odwróci ten proces. Dlatego żadna wysokość 500+, 800+ ani 1500+ nie uratuje polskiej demografii. Z kolei zastępowanie brakujących pokoleń masową imigracją również nie jest rozwiązaniem. To jedynie kolejny problem, który państwo odziedziczy po własnej kapitulacji wobec lewicowej, antyludzkiej propagandy.
Autor: Radosław Patlewicz
Polecamy również: Morska farma Tuska miała dawać prąd. Na razie go zabiera
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!




