Europejskie rolnictwo znalazło się pod coraz większą presją. Z jednej strony Komisja Europejska proponuje ograniczenie środków przeznaczonych na Wspólną Politykę Rolną w nowym budżecie Unii Europejskiej na lata 2028–2034. Z drugiej strony Bruksela konsekwentnie otwiera unijny rynek na żywność i produkty rolne pochodzące spoza UE.
Rolnicy znów pod presją. Według propozycji budżetu UE na lata 2028–2034 środki przeznaczone na rolnictwo mają zostać zmniejszone o około 21 miliardów euro względem obecnej perspektywy finansowej. Dla milionów europejskich rolników oznacza to mniej pieniędzy na rozwój gospodarstw, inwestycje i utrzymanie konkurencyjności. Dla unijnych urzędników najwyraźniej jest to jedynie kolejna pozycja w excelowej tabelce.
Paradoks polega na tym, że jednocześnie Bruksela prowadzi politykę, która zwiększa presję na europejskich producentów żywności. Gdy własnym rolnikom ogranicza się wsparcie, otwierane są kolejne kanały importu dla produktów spoza Unii Europejskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że unijni decydenci uznali europejskie rolnictwo za problem, który należy stopniowo ograniczać, zamiast strategiczny sektor wymagający ochrony.
W tym samym czasie Komisja Europejska forsuje dalszą liberalizację handlu z Ukrainą, wspiera wdrażanie umowy Mercosur i negocjuje kolejne porozumienia handlowe. Europejskim rolnikom tłumaczy się natomiast, że muszą produkować drożej, spełniać coraz bardziej rygorystyczne normy środowiskowe, ograniczać nawożenie, redukować emisje i dostosowywać się do kolejnych regulacji. Kiedy jednak przychodzi czas ochrony własnego rynku, nagle okazuje się, że zasady wolnego handlu są ważniejsze od interesów producentów żywności w państwach członkowskich.
Szczególnie wymowna jest sytuacja Polski. W ostatnich dniach do naszego kraju przyjechał unijny komisarz ds. rolnictwa Christophe Hansen. Zamiast rozmawiać przede wszystkim o ochronie polskich gospodarstw przed skutkami wcześniejszego kryzysu zbożowego, przedstawiciel Brukseli przekonywał do ponownego otworzenia polskiego rynku na „zboż techniczne” i pogłębiania współpracy handlowej z Ukrainą. Można odnieść wrażenie, że doświadczenia polskich rolników z ostatnich lat zostały w unijnych gabinetach już wygodnie zapomniane.
Polscy gospodarze słyszą więc prosty przekaz. Najpierw mają konkurować z importem tańszych produktów z zewnątrz. Następnie mają spełniać normy, których nie muszą spełniać ich zagraniczni konkurenci. Potem dowiadują się, że pieniędzy na wsparcie będzie mniej. A na końcu oczekuje się od nich wdzięczności za europejską solidarność.
Bruksela tłumaczy takie działania koniecznością budowania otwartej gospodarki i wzmacniania partnerstw handlowych. Problem polega na tym, że koszty tej polityki ponoszą przede wszystkim rolnicy państw członkowskich. To oni mają dostosowywać się do kolejnych decyzji podejmowanych setki kilometrów od swoich gospodarstw. To oni ponoszą skutki spadku cen i wzrostu konkurencji. To oni mają utrzymywać produkcję żywności przy coraz mniejszym wsparciu.
Coraz więcej osób zadaje więc pytanie: jaki jest sens członkostwa we wspólnym rynku, jeśli instytucje mające reprezentować interesy państw członkowskich coraz częściej działają w sposób sprzeczny z interesami ich producentów? Trudno nie zauważyć ironii sytuacji, w której Unia nakłada na własnych rolników jedne z najbardziej restrykcyjnych wymagań na świecie, po czym otwiera granice dla produktów pochodzących z krajów, gdzie takich ograniczeń po prostu nie ma.
Jeżeli Bruksela wymaga wysokich standardów od własnych producentów, powinna równie skutecznie chronić ich przed nieuczciwą konkurencją. Jeżeli natomiast jednocześnie ogranicza wsparcie finansowe i zwiększa presję importową, trudno dziwić się narastającemu przekonaniu, że europejskie rolnictwo staje się ofiarą polityki prowadzonej przez tych, którzy teoretycznie powinni go bronić.
Skoro deklarowanym celem Unii Europejskiej jest wzmacnianie własnej gospodarki, trudno zrozumieć logikę działań polegających na osłabianiu jednego z najważniejszych sektorów państw członkowskich. Chyba że ktoś w Brukseli doszedł do wniosku, że najłatwiej budować konkurencyjność Europy poprzez ograniczanie konkurencyjności Europejczyków.
Logika zaiste brukselska.
Polecamy również: Brytyjski skandal stulecia rozwija się. 250 tys. ofiar nachodźców
Podoba Ci się to co robimy? Wesprzyj projekt Magna Polonia!





